Państwa azjatyckie a talibowie

Likwidacja? Sprzeciwu brak

TADEUSZ BILIŃSKI

 

Eksplozje w Nowym Jorku i Waszyngtonie odbijają się echem kilkanaście tysięcy kilometrów dalej – w Azji. 
Oto Osama ben Laden, saudyjski milioner, niegdyś mudżahedin, a dziś terrorysta, znalazł schronienie 
w Afganistanie. I zgromadzenie afgańskich ulemów wypowiada świętą wojnę supermocarstwu, tak, jak gdyby władcą kraju był nadal Muhammad Ghori planujący kolejny łupieżczy najazd na pogańskie Indie. Równocześnie wszyscy sąsiedzi tego kraju chcieliby ostatecznego rozwiązania „problemu afgańskiego” – tyle że każdy co innego ma na myśli.


Ok. 40 proc. ludności Afganistanu stanowią Pasztunowie zamieszkujący całe południe kraju. Z tej grupy etnicznej wywodzi się większość talibów. Na północy i w centrum kraju żyją Tadżycy, Uzbecy i Hazarowie. Po kilku latach ciężkich walk talibom udało się ich podbić, ale pozycja władz wciąż jest dość chwiejna. Toczą się walki wojsk rządowych z Sojuszem Północnym, którego naczelnym dowódcą był Ahmad Shah Masud, zamordowany niedawno przez zamachowca-samobójcę należącego prawdopodobnie do siatki ben Ladena. Sojusz Północny znajduje oparcie w Uzbekistanie, Tadżykistanie, Rosji, Iranie oraz Indiach. Wszystkie te kraje chciałyby, choć w różnym stopniu, upadku reżymu talibów. 
Dwa pierwsze oraz Rosja – ponieważ obawiają się eksportu islamskiej rewolucji do własnych krajów. Iran – bo talibowie, którzy są ortodoksyjnymi sunnitami zwalczają afgańską mniejszość szyicką. Kilka lat temu zamordowali dziesięciu irańskich dyplomatów, co niemal stało się przyczyną wojny między obu krajami. Indie natomiast – bo talibów popiera Pakistan, z którym New Delhi od dziesięcioleci toczy zimną wojnę przekształcającą się czasami w gorącą. W istocie jedynym, przyjaźnie do talibów nastawionym państwem jest Pakistan. talibowie powstali w Pakistanie, zostali wykreowani przez pakistański wywiad ISI (Inter Services Intelligence) jako przeciwwaga dla bardziej umiarkowanych pod względem religijnym i mniej zależnych od Pakistanu ugrupowań, które po upadku rządu komunistów objęły władzę w Kabulu. Islamabad udzielał talibom moralnego i materialnego wsparcia przez cały czas, kiedy oddziały „uczniów islamu” toczyły boje na terenie Afganistanu (w walkach brały też zresztą udział regularne oddziały pakistańskie). Do czasu wymuszonego przez Amerykanów zamknięcia granicy z Afganistanem, Pakistan był głównym i niemal jedynym dostawcą podstawowych towarów dla tego kraju. Teraz prezydent George Bush postawił przywódcę Pakistanu, gen. Parvez Musharrafa przed nieprzyjemnym dylematem oświadczając, że ci, którzy „nie są z nami, są z terrorystami.” 


Splątane interesy


Generał wybrał rację stanu stając po stronie Waszyngtonu. Problem w tym, czy pakistańskie społeczeństwo, w tym policja i wojsko, podziela jego zdanie. Nastroje antyamerykańskie, antyzachodnie i antychrześcijańskie są w Pakistanie silne i mogą się jeszcze tylko nasilić po rozpoczęciu nalotów na Afganistan, do przeprowadzenia których Amerykanie będą musieli skorzystać z baz lotniczych w Pakistanie lub przynajmniej z jego przestrzeni powietrznej. Partie islamskie odgrywają w wewnętrznej polityce tego kraju ważną rolę, istnieją też obawy, że objęły swoimi wpływami znaczną część młodszego korpusu oficerskiego. Islamabad staje zatem przed dylematem – jak pozbyć się potwora, którego sam wykarmił. 
Indie, sąsiad Pakistanu, skłócony z nim od pół wieku, musi odczuwać satysfakcję, że oto wieloletnia polityka Islamabadu wobec Kabulu legła w gruzach, a Waszyngton, najbliższy niegdyś sojusznik, wymusza na gen. Musharrafie upokarzające ustępstwa. Ale w Delhi muszą też zdawać sobie sprawę, że krwawe zamieszki, chaos, a może nawet rozpad Pakistanu przyniesie nieobliczalne następstwa. Pakistan ma broń atomową oraz pociski rakietowe zdolne przenosić głowice jądrowe. Co stanie się z tym arsenałem w przypadku zdobycia władzy w Pakistanie przez ugrupowania fundamentalistyczne? Co stanie się, jeżeli zatriumfuje chaos? W interesie Delhi leżałoby zatem zlikwidowanie talibów oraz osłabienie Pakistanu, co utrudniłoby antyindyjski ruch powstańczy w Kaszmirze, nie dopuszczając jednak do całkowitego zamętu u sąsiada.
Iran, z jednej strony chętnie pozbyłby się talibów, w szczególności, gdyby miało to oznaczać powrót do Afganistanu miliona uchodźców, stanowiących spore obciążenie finansowe. Z drugiej jednak, nie byłoby z punktu widzenia Teheranu dobrze, gdyby na miejscu talibów powstał w Kabulu rząd proamerykański. No i pozostaje kwestia ropy i gazu. W postsowieckiej Azji Środkowej znajdują się ich duże zapasy, problemem wszak jest transport. Indie i Pakistan byłyby potencjalnie chłonnymi rynkami tego surowca, ale nie mogą, na przykład, skorzystać z turkmeńskiego gazu ze względu na niestabilną sytuację w Afganistanie, przez którego terytorium musiałyby przechodzić rurociągi. Wyjście gazu i ropy z Azji Środkowej na azjatyckie, a może i światowe rynki oznaczałoby powstanie potencjalnie poważnej konkurencji dla irańskich nośników energii. Zresztą, nawiasem mówiąc, istnienie zamkniętego, fundamentalistycznego reżymu islamskiego w Afganistanie jest, z przyczyn podobnych do irańskich, również na rękę innemu gazowo-naftowemu potentatowi w regionie – Arabii Saudyjskiej.


Uzbekistan, Turkmenistan, Tadżykistan, Rosja, Chiny


Państwa poradzieckiej Azji Środkowej powitałyby upadek talibów z mniej lub bardziej skrywaną ulgą. Dla większości otworzyłoby to wreszcie drogę handlową z krajami Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. W szczególności cieszono by się w Uzbekistanie, ponieważ prezydent Islam Karimow od lat zwalcza fundamentalistów w swoim kraju oraz, proszony lub nie, także u słabszych sąsiadów. Turkmenistan utrzymuje poprawne stosunki z talibami, ale u siebie prezydent Niazow jest równie bezlitosny w stosunku do islamistów, jak Karimow. W Tadżykistanie sytuacja jest bardziej skomplikowana: z jednej strony rząd w Duszanbe wspiera Sojusz Północny, który prawie w całości składa się z afgańskich Tadżyków, ale z drugiej przez Tadżykistan prowadzą ważne szlaki przemytu narkotyków, stanowiących podstawę bogactwa wielu miejscowych ojców chrzestnych, powiązanych z lokalną elitą władzy. Znaczna część przemycanych narkotyków pochodzi z Afganistanu, w tym z terenów znajdujących się pod kontrolą talibów.
W przypadku Rosji i Chin sytuacja wydaje się prostsza. Rosja prezydenta Putina przez ostatnie dwa lata toczy wojnę z islamskimi powstańcami w Czeczenii. Wielu z nich to arabscy i afgańscy ochotnicy wyszkoleni w obozach Osamy ben Ladena w Afganistanie. Dlatego Rosjanie bez oporów radością przyjmą zniszczenie przez Stany Zjednoczone jego organizacji Al- Khaida („baza”), czerpiąc z tego nawet swego rodzaju przyjemność. Oto Amerykanie, którzy kilkanaście lat temu przyczynili się do klęski sowieckiej w Afganistanie teraz sami walczą z ludźmi, których niegdyś szkolili i finansowali.
Interesy chińskie związane z sytuacją w Afganistanie też nie są inne. W Xinjiangu, zachodniej prowincji Chin, znaczna część ludności to wyznający islam Ujgurzy i Kazachowie. Wielu z nich walczyło w Afganistanie u boku mudżahedinów z inwazyjnymi wojskami radzieckimi. Teraz przeciwstawiają się Chińczykom. Zresztą historia sprzeciwu wobec władzy chińskiej w tym rejonie jest długa. W XX wieku w Xinjiangu wybuchło przynajmniej 30 antychińskich powstań. W 1990 i 1997 roku doszło do poważnych rozruchów w miejscowościach Baren i Khulja, eksplozji bomb w Pekinie i Urumczi, procesów „ujgurskich rozłamowców” i wyroków śmierci. Sytuacja jest napięta, stąd w interesie Chin, podobnie jak Rosji, leży zniszczenie „islamskiej zarazy”.


Lekcje historii


Prowadzenie wojny w Afganistanie nie jest łatwe, ale nie jest niemożliwe. Afgańczycy potrafią dzielnie walczyć, ale nie są nadludźmi, których czasem robią z nich środki przekazu, wskazując na brytyjską klęskę w wojnie 1839 roku i sowiecką 160 lat później. Wynika to najczęściej z ignorancji. Brytyjczycy przegrali w 1839 roku na własne, niejako, życzenie. Główną przyczyną było nieudolne, niezdecydowane dowództwo, zaskoczenie metodą walki Afgańczyków i brak jasnych celów politycznych i strategicznych. Również uzbrojenie Afgańczyków nie ustępowało brytyjskiemu, a ich strzelby „jezail” o szczególnie długich lufach były nawet celniejsze i miały większy zasięg niż karabeny indyjskich sipajów. Kiedy jednak, rok po klęsce, do Afganistanu wyruszyła brytyjska ekspedycja karna, Kabul został wzięty po kilku tygodniach, przywódcy antybrytyjskiego powstania schwytani i publicznie powieszeni, a wielki, kryty miejski bazar wysadzony w powietrze „na wiecznej rzeczy pamiątkę.” Anglicy osiągnęli również podstawowy cel polityczny, jakim było przekształcenie Afganistanu w państwo buforowe, kierowane przez przyjazny im rząd, który pozostał takim aż do 1947 r.
Wojska radzieckie w Afganistanie miały zdecydowanie trudniejszą sytuację pomimo początkowej dużej przewagi w ilości i rodzaju uzbrojenia. Związek Radziecki wysłał oddziały do Afganistanu, by uchronić miejscowy komunistyczny rząd przed klęską. Ten cel polityczny okazał się niemożliwy do realizacji przede wszystkim dlatego, że pozostali sąsiedzi Afganistanu – Pakistan, Iran i Chiny natychmiast zaczęli wspierać mudżahedinów. Wkrótce dołączyły do nich Stany Zjednoczone i szereg krajów arabskich. Dostarczone powstańcom nowoczesne, lekkie pociski przeciwlotnicze zniwelowały radziecką przewagę w powietrzu i od drugiej połowy lat 80. losy wojny były w zasadzie przesądzone. 
Obecna sytuacja jest inna, bo inne są cele, metody i otoczenie. Celem Stanów Zjednoczonych jest likwidacja terrorystów, ich baz szkoleniowych, a jeżeli okaże się to możliwe, również Osamy ben Ladena. Amerykanie nie zamierzają ani okupować kraju, ani zmieniać afgańskiego rządu, chociaż jeżeli przy okazji upadnie reżym talibów, to w regionie nikt się z tego powodu szczególnie nie zmartwi. A również wielu Afgańczyków odetchnie z ulgą. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl