Islam: ani problem, ani rozwiązanie

Miłosierny i Litościwy

OLGA STANISŁAWSKA

 

Zamach na Amerykę postawił nas wobec niepojętego. Motywacje i mechanizmy psychiczne, które za nim stoją, wymykają się naszemu zrozumieniu. Wielu ludziom, porażonym tym straszliwym niepojętym, zdaje się, że odpowiedź leży na wyciągnięcie ręki, ukryta za jednym pojęciem – islam.


Zbyt często pojęcie to ma tłumaczyć wszystko, co dzieje się w całym świecie arabskim, na Bliskim i na Środkowym Wschodzie. Komentatorzy uciekający od próby zrozumienia złożonych procesów społecznych i politycznych opierają się na cichym założeniu, że muzułmanin to człowiek o innym systemie motywacji, niepojętym dla racjonalnego rozumu. Tymczasem szukanie wyjaśnienia polityki jakichkolwiek państw – albo też aktów terroryzmu jakichkolwiek grup – w dogmatach islamu jest równie absurdalne, jak szukanie wyjaśnienia dla wojen krzyżowych w Ewangelii.
Wielu ludzi epoki krucjat szczerze wierzyło, że Chrystus pragnął, aby zalali ulice Jerozolimy krwią mieszkających w niej muzułmanów i żydów. A jednak historycy nie próbują wyjaśniać krucjat dogmatami chrześcijańskiej wiary; wiedzą, że człowiek potrafi wyczytać w tekstach każdej religii to, co akurat pragnie w nich znaleźć. I że jedynie dokładna analiza zależności społecznych, politycznych, gospodarczych może wyjaśnić, dlaczego w danym miejscu, w danym momencie historii ktoś odczuwa potrzebę takiego, a nie innego odczytania wybranych fragmentów swej religii. Dlaczego rodzą się – i obumierają – religijne integryzmy.
Fundamentaliści bowiem, wbrew temu, co sami być może sądzą, nie są instrumentem religii, którą wyznają. To oni czynią z niej instrument. Lekarstwo do uśmierzenia własnych lęków, umocnienia poczucia własnej wartości – ale też i narzędzie do zdobycia władzy nad innymi ludźmi i osiągnięcia politycznych celów. Takim instrumentem może być każda doktryna etniczna, narodowa czy religijna.
Jak setki milionów chrześcijan znajdują w swojej wierze i tradycji oparcie dla życia godnego i moralnego, tak setki milionów muzułmanów znajdują je w Koranie.


„Nasz Bóg i wasz Bóg jest jeden...”


Rządzące islamem zasady moralne nie różnią się bowiem od zasad chrześcijaństwa czy judaizmu. „Zabijanie niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci jest aktem ohydnym i przerażającym, którego nie akceptuje żadna religia monoteistyczna, i który odrzuca każdy zdrowy ludzki umysł” – powiedział, potępiając zamach w USA, szejk Mohamad Sayed Tantawi, imam uniwersytetu Al-Azhar w Kairze, najszerzej uznawany autorytet islamu. I dodał: „Islam odrzuca przemoc i przelew krwi”.
Pojęcie dżihadu, które zrobiło karierę na ustach islamistów i komentatorów politycznych, zdaje się przeczyć jego słowom. W swym zasadniczym teologicznym znaczeniu słowo „dżihad” oznacza jednak po prostu „wysiłek na drodze Boga”. W różnych momentach historii państw muzułmańskich powracało na pierwszy plan w znaczeniu „świętej wojny”, ale przeważająca większość teologów pozostawała zgodna, że „święta” miała być tylko wojna obronna.
„Zwalczajcie na drodze Boga tych, którzy was zwalczają – mówi Koran – lecz nie bądźcie najeźdźcami. Zaprawdę, Bóg nie miłuje najeźdźców!” Koran zakazuje nawracania żydów czy chrześcijan siłą. „Nie ma przymusu w religii!” – podkreśla. W przeciwieństwie do chrześcijaństwa, które przez większą część swej historii dążyło do zbudowania jednolicie chrześcijańskiego społeczeństwa, islam z zasady zakładał shierarchizowany pluralizm i raczej nie starał się pozbyć ze swoich ziem wyznawców innych religii objawionych, choć często ograniczał ich prawa.
Muzułmanie żyli bowiem w świadomości wspólnego, abrahamowego korzenia wszystkich trzech bliskowschodnich monoteizmów. Prorok Muhammad nie czuł się powołany przez Boga do stworzenia nowej religii, lecz do przypomnienia jednej prawdy, objawionej wcześniej w Torze i Ewangelii, a tylko zniekształconej z czasem przez żydów i chrześcijan.
Także i zbawienie ma być zatem, według islamu, udziałem wszystkich, którzy wierzą w Jedynego Boga – również chrześcijan i żydów, zwanych „ludźmi Księgi”. Koran nawołuje muzułmanów: „I nie sprzeczajcie się z ludem Księgi inaczej, jak w sposób uprzejmy – z wyjątkiem tych spośród nich, którzy są niesprawiedliwi – i mówcie: »Uwierzyliśmy w to, co nam zostało zesłane, i w to, co wam zostało zesłane. Nasz Bóg i wasz Bóg jest jeden i my jesteśmy Mu całkowicie poddani«”.
Allah (po arabsku po prostu „Bóg”) nie jest więc jakimś tajemniczym Bogiem muzułmanów – jest jednym Bogiem wszystkich trzech religii, choć teologowie każdej z nich definiują Go nieco inaczej. „Islam” oznacza właśnie „poddanie” – pokorne poddanie się woli Boga. Takie, jakie było udziałem Abrahama, Mojżesza i Jezusa, których islam czci jako proroków.
W Kościele katolickim dopiero II Sobór Watykański uznał oficjalnie, że boski plan zbawienia obejmuje również żydów i muzułmanów. Poruszająca majowa wizyta papieża w meczecie Umajjadów w Damaszku ukoronowała ten przełom w przemyśleniach Kościoła. „Plan zbawienia obejmuje także i tych, którzy uznają stworzyciela, wśród nich zaś w pierwszym rzędzie muzułmanów; oni bowiem wyznając, iż zachowują wiarę Abrahama, czczą wraz z nami Boga jedynego i miłosiernego, który sądzić będzie ludzi w dzień ostateczny” – mówił tekst soborowej konstytucji „Lumen Gentium”.


Bóg Litościwy i Miłosierny 


Dla wielu komentatorów islam wydaje się pojęciem spójnym i nieodmiennym w historii. A jednak świat islamu oznacza półtora tysiąca lat dziejów – dziejów społeczeństw głęboko odmiennych. Od jego pierwszych wieków tradycja arabska splatała się z perską, berberską, hellenistyczną. Z pierwotnego imperium islamu szybko wydzieliły się kolejne państwa, często walczące ze sobą i połączone jedynie ideą ummy – wspólnoty wszystkich wiernych.
Podobnie jak chrześcijaństwo, islam nie jest więc jednolitym konglomeratem, lecz ogromnym archipelagiem kultur. Obejmuje jedną piątą ludności świata, niemal miliard ludzi rozproszonych po całym świecie, z których zaledwie jedną szóstą stanowią Arabowie.
Wkrótce po śmierci proroka Muhammada w 632 roku islam podzielił się na dwa nurty. Od sunnitów, którzy stanowią dziś ogromną większość, odłączyli się szyici, których różne gałęzie są obecne w Iranie, Iraku, Libanie czy Jemenie. Nie różniły ich dogmaty wiary, lecz spory polityczne – szyici wierzyli, że przywództwo wiernych należało się zabitemu imamowi Alemu i jego rodzinie.
Ale islam to nie tylko sunnici i szyici, lecz także dziesiątki innych, małych odłamów, rozsianych po całym świecie. I dziesiątki tradycji ludowych. Islam to wiejskie kobiety pragnące urodzić dziecko, które pielgrzymują do marokańskich grobowców świętych mężów. To mężczyzna z czołem opartym o kraty mauzoleum św. Jana w meczecie Umajjadów w Damaszku, który prosi o łaski dla chorego ojca. To iracka kobieta wypłakująca podczas szyickiego święta Aszury własne cierpienia i smutki. To francuski sklepikarz, którego rodzice pochodzili z Algierii, zachowujący w ramadanie post. I profesorka sarajewskiego uniwersytetu, której jedynym związkiem z tradycją pozostaje niejedzenie wieprzowego mięsa. Islam to także polscy Tatarzy, dobrzy sąsiedzi z białostockich wsi. Ludzie z Dakaru i Jerozolimy, z Dżakarty i Mombasy – ale także z Paryża, Berlina czy Nowego Jorku, bowiem 15 milionów muzułmanów to obywatele zjednoczonej Europy, a sześć milionów – obywatele USA. Ludzie wierzący bardziej lub mniej, jak chrześcijanie, i jak chrześcijanie lepiej lub gorzej spełniający w życiu zalecenia wiary. Szukający w chwilach smutku i strachu Boga, który jest Miłosierny i Litościwy.
„W imię Boga Miłosiernego i Litościwego” – tak zaczynają się wszystkie rozdziały Koranu. Zakochani w Bogu mistycy islamscy kroczyli do Niego podobną ścieżką miłości, co mistycy żydowscy i chrześcijańscy. Byli i są wśród nich wielcy filozofowie, ale też i prości ludzie, którzy po to, aby znaleźć Boga, zatracają siebie samych w natchnionym wspominaniu Jego imienia.
„Były czasy, kiedy miałem za złe bliźniemu, jeśli jego religia nie była podobna mojej, ale dziś moje serce pozdrawia wszelką formę: łąkę dla gazeli, klasztor dla mnichów, świątynię dla bożków, Kaabę dla pielgrzyma, tablice Tory i świętą księgę Koranu – pisał Ibn Arabi, filozof z XII-wiecznej Andaluzji. – Miłość jedyna jest moją religią, i tam, gdzie ona obierze kierunek, tam jest moja religia i wiara.”


Religia i państwo


Islam nie posiada instytucji „Kościoła” – nie ma ani encyklik, ani nawet, jak buddyzm, ścisłej reguły dla mnichów. Ernest Gellner mówił o swoistym wrodzonym „protestantyzmie” islamu – każdy z wiernych miał sam czytać Pismo i bez pośrednictwa zwracać się w modlitwie do Boga. Jak zaznacza irański teolog Said Hossein Nasr, islam nie znał władzy kleru, znał jednak władzę prawa objawionego. Życie wiernych miały organizować przepisy prawne opracowane w oparciu o Koran i Sunnę, czyli zestaw przekazów o postępowaniu proroka Muhammada.
Chrześcijaństwo, które zrodziło się w prowincji zorganizowanego państwa, od początku nakazywało respekt dla istniejących struktur. Islam zrodził się w luźnym związku plemion i starał się określić nie tylko zasady wiary, ale też podstawowe zasady życia społecznego, na podstawie których wierni budowali nowe państwo.
Wśród metod interpretacji Koranu i Sunny poczesne miejsce zajmował „idżtihad” – własny osąd, osobisty wysiłek umysłu. W XI wieku, czterysta lat po Objawieniu, z przyczyn politycznych zamknięto jednak możliwość „idżtihadu”. Odtąd wszelkie wątpliwości mieli rozsądzać mufti – prawnicy z prawem do wydania fatwy, czyli niezbędnych zarządzeń. Koncepcję „idżtihadu”, interpretacyjnego wysiłku ludzkiego umysłu, zastąpiła koncepcja „taqlidu”, powtarzania tradycji.
A jednak począwszy od końca XIX wieku w islamie coraz silniej odzywają się głosy żądające reinterpretacji prawa dla potrzeb nowoczesnego życia. Koran – mówią – jest wezwaniem religijnym i moralnym, nie zaś kodeksem prawnym. Podaje zasady moralne, by każda epoka mogła stworzyć własny system. Islam nie jest zbiorem gotowych rozwiązań, lecz ich źródłem. Opierając się na tym założeniu, rząd Tunezji znalazł w Koranie podstawę, aby zakazać poligamii. Sam zaś ajatollah Chomeini po obaleniu szacha wprowadził w Iranie parlament – według Koranu wszelka władza wspierać ma się na radzie.
W historii państw muzułmańskich zawsze funkcjonowały zresztą najróżniejsze ustroje i systemy polityczne, a władcy zwykle umieli podporządkować sobie teologów, którzy wspierali ich zamierzenia odpowiednią interpretacją prawa.
Ruchy skrajne w islamie – podobnie zresztą jak w innych religiach – wynikały zwykle z poczucia społecznej niesprawiedliwości. W islamie jednak łatwiej niż w chrześcijaństwie rodziły się utopijne projekty, które powoływały się na argumenty religijne, by stawić czoło tyranom. Społeczność wiernych miała być bowiem sprawiedliwa już na ziemi.
Powrót do religii, jaki w ostatnich dekadach dał się zauważyć w całym świecie islamu, był reakcją na nowoczesność w jej wymiarze nieludzkim, konsumpcyjnym, wykorzeniającym. Reakcją na nową formę biedy i ucisku. Wiara dawała poczucie tożsamości i godności ludziom ze wsi, zagubionym w wielkich metropoliach – Stambule, Kairze, Algierze. Na ich powrocie do religii oparły się również radykalne ruchy polityczne. Najsilniejsze z nich zrodziły się właśnie w tych społeczeństwach, które najszybciej wkraczały w nowoczesność – Iranie, Algierii, Egipcie, gdzie wyhodował je sam rząd, łudząc się, że odciągną ludzi od partii lewicowych. Islam to religia i państwo – mówiono, wskrzeszając utopijną ideę, że w przekazie Proroka można znaleźć przepis na idealne społeczeństwo.
Wpierw rewolucja islamska w Iranie w 1979, a po niej zabójstwo prezydenta Egiptu Sadata, zamachy Hezbollahu podczas wojny w Libanie, sprawa Rushdiego, wojna domowa w Algierii, ataki na cudzoziemców w Egipcie czy w końcu terror talibów w Afganistanie uzmysłowiły światu niebezpieczeństwa islamizmu.
Zachodni politolodzy zauważają jednak, że islam polityczny zwolna się wypala. Nigdzie islamscy radykałowie nie spełnili nadziei, jakie obudzili w masach znękanych ludzi. Pozostały grupy fanatyków pozbawionych szerokiego poparcia. Fanatyków, których ofiarami wszędzie od Algierii po Afganistan są pierwszym rzędzie niewinni, spokojni ludzie, muzułmanie i muzułmanki.
To także tragedia intelektualistów muzułmańskich. W zmaganiach z fundamentalizmem z jednej, a autorytarnymi reżimami z drugiej strony, potrzebne jest im moralne wsparcie i konkretna pomoc z Zachodu –nie zaś samospełniające się przepowiednie o nieuchronnym „konflikcie cywilizacji”. Mimo to, jak zauważa ze smutkiem pewien muzułmański politolog, podczas gdy radykałowie islamscy powtarzają slogan: „Rozwiązanie to islam”, wielu zachodnich, zwłaszcza amerykańskich polityków z równym przekonaniem powtarza hasło: „Problem to islam”. Jedni i drudzy uciekają od próby chłodnej analizy złożonej społeczno-politycznej rzeczywistości.


Autorka jest eseistką i reportażystką, publikującą swoje teksty na łamach „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” i „Zeszytów Literackich”. Nakładem wydawnictwa „Twój Styl” ukazała się ostatnio jej książka „Rondo de Gaulle’a”, plon wielomiesięcznej podróży po Afryce.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl