Nowa twarz świata

PAWEŁ ŚPIEWAK

 

Świat się nie zmieni tak bardzo po ataku na Nowy Jork i Waszyngton, a tylko raz jeszcze odkryje swoją dawną, nieco skrywaną, brzydką twarz.

Mocno i stanowczo zabrzmiało zdanie: po zamachu w USA świat będzie już inny. Pierwszy wypowiedział je były izraelski minister spraw zagranicznych Szlomo ben Ami. Po nim powtarzają je dziennikarze, profesorowie, politycy. O co tu chodzi? Pierwsze skojarzenie ma charakter psychologiczny. Szok i przerażenie świata jest tak intensywne i tak szeroko obecne, że chce się je wyrazić najmocniejszymi słowami. To nie tyle świat będzie inny, słyszę w tym stwierdzeniu, ale my, świadkowie i ofiary tego zamachu będziemy inni. Jeszcze raz to, co niemożliwe, stało się możliwe. Jeszcze raz okazało się, że szaleństwo i niszczenie nie ma granic. Wiemy, że można skutecznie zaatakować symbole władzy i mocy jedynego imperium światowego. Nikt już nie może czuć się bezpieczny. Nie sposób ufać żadnej instytucji, żadnemu systemowi bezpieczeństwa, w tym potężnej organizacji wywiadowczej CIA. „Nasze ikony upadły. Jeśli wierzyliśmy, że Ameryka jest niezwyciężona, nie mniej niż te Wieże, symbole amerykańskiej potęgi finansowej, to wiara ta skończyła się. Nie mamy na kim polegać. Polegać możemy tylko na Ojcu w Niebiosach”. Taki list dostałem od swoich żydowskich przyjaciół. Trudno nie zgodzić się z jego przesłaniem.


Cywilizacja ryzyka


Pierwsze reakcje i wypowiedzi są proporcjonalne do skuteczności ataku. Cel bezpośredni terrorystów – przerażenie i bezsilność ofiar, upokorzenie Ameryki – został osiągnięty. Spektakl widział cały świat. Miliardy ludzi mogły na gorąco oglądać upadające wieżowce i płonący Pentagon. Terroryści świetnie wpisali się w kulturę medialną, którą pogardzają. Wszyscy powtarzają jedno: staliśmy się mimowolnymi uczestnikami jakiegoś filmu grozy. Fikcja z Hollywood połączyła się z rzeczywistością i przez długie godziny nie wiedzieliśmy, co jest rzeczywiste, a co tylko wymyślone.
Ale czy świat będzie inny? Zmieni się doktryna wojenna. Zmieni się być może układ sojuszniczy. Pewnie nastąpi jakiś rodzaj odwetu. Wcale nie jest pewne, czy będzie to odwet skuteczny. Tu na niewiele zdadzą się czołgi, rakiety i samoloty. Retoryka wojenna wydaje się być zbyt prymitywna i nieadekwatna wobec sytuacji. To nie jest western, w którym na koniec zjawia się dobry szeryf. Trudno za pomocą nowoczesnych broni pokonać światowy ruch, który, jak można sądzić, ma głębokie oparcie w wielu skupiskach muzułmańskich na całym świecie. Wojna będzie musiała przybrać nową formę. Więcej do roboty będą miały wywiady, inwigilacje, kontrole kont bankowych, staranniejszy system wydawania i sprawdzania wiz, paszportów. Metody policyjne mogą się okazać skuteczniejsze od wielkich armat. 
Ale czy to oznacza, że świat się zmieni? Nie, albo raczej nie, bo inne wyjście będzie tylko zwycięstwem terroryzmu. 
Po części banałem stała się wizja globalizacji i koncepcja nowoczesności jako cywilizacji ryzyka. Oznacza to, że dominująca cywilizacja jest cywilizacją otwartą, powiązaną niezliczoną liczbą transakcji, kontaktów, wymian. Jej symbolem jest ruch lotniczy z tysiącami samolotów, co dzień przelatującymi ponad oceanami. Z jednej strony granice stają się coraz bardziej umowne, możliwość pełnej kontroli nad wymianą idei, informacji, przesyłaniem pieniędzy, zawieraniem kontraktów, jest coraz trudniejsza. Z drugiej, konflikt wojenny, recesja, trzęsienie ziemi lub inne naturalne katastrofy w jednej części świata odbijają się na życiu ludzi w bardzo odległych punktach globu. Ryzyko jest wpisane w nasze decyzje tym bardziej, że tempo zmian jest wielkie i wydaje się nam, że nie mamy oparcia w sprawdzonych i dawnych wzorcach postępowania. Tworzy się układ współzależności, który istnieć może tylko dzięki temu, że przestrzegane są w miarę podobne reguły gry, przynajmniej w stosunkach międzynarodowych. Każdy, kto tego porządku nie przestrzega, staje się nowym barbarzyńcą.


Strażnicy


Strażnikami tego ładu są uznane przez świat państwa i międzynarodowy rynek gospodarczy. Nie sposób sobie wyobrazić, by otwarty ład mógł zostać w sposób istotny ograniczony bez poważnego osłabienia istniejącego porządku międzynarodowego. Giełda nowojorska pozostanie giełdą najpoważniejszą dla całego globu, a transakcje zawierane w Ameryce dotyczyć będą wszystkich. Sieci internetowe nie zostaną przerwane, a w księgarni Amazon, pod drugiej stronie Atlantyku, nadal będę kupował książki wierząc, że nikt mnie nie oszuka i nie wyjmie z mojego konta więcej niż się należy, a właściwą przesyłkę dostanę w wyznaczonym terminie. Tankowce dostarczą ropę, a ja rano napiję się brazylijskiej czy etiopskiej kawy...
Ani Ameryka, ani Europa nie mogą się odizolować od świata i zamknąć w swoich granicach. Nikt nie będzie wyrzucał imigrantów muzułmańskich. Nie zabroni się budowy nowych meczetów we Francji czy w Niemczech. Byłoby to zaprzeczeniem własnego moralnego i prawnego porządku. Pozostanie lęk, nieufność czy wręcz niechęć do Arabów, Irakijczyków, Palestyńczyków, która będzie tylko podsycać ich poczucie obcości, własnej dumy, czasem rywalizacji lub nienawiści do świata „białych”, do Izraela i amerykańskiej cywilizacji. 
Strażnikami ładu są w pierwszym rzędzie państwa. Od odpowiedzialności rządzących elit politycznych i zdolności egzekwowania swoich decyzji zależy teraz ład świata. Ruchy terrorystyczne znajdują oparcie tam, gdzie albo państwa przestają istnieć (Palestyna, Afganistan, Somalia, Liban), albo gdzie poszczególne państwa współdziałają z terrorystami lub ich nie zwalczają. Nie ma miejsca na polityczną próżnię. Trafną okazała się koncepcja, która wskazywała na zagrożenie ze strony państw bandyckich, zdolnych, choćby w jednym regionie, zburzyć istniejący ład. Do tej pory wydawało się, że skutki wojny w Afganistanie mają tylko lokalne konsekwencje. Sądzono, że wojna z Irakiem bezpośrednio dotyczy regionu Zatoki Perskiej. Osamotniony Izrael w walce z palestyńskim terroryzmem nie może być już przedstawiany jako agresor. Teatr wojny można w otwartym świecie przenosić do dowolnego punktu. Oznacza to, że odpowiedzialność za pokój i spokój świata wymaga nie tylko współdziałania wielu państw, ale też, że globalny ład może trwać jedynie wtedy, gdy ma on swoich strażników czy hegemonów. Nie ma miejsca na doktrynę pełnej narodowej suwerenności, która głosi, że sprawy wewnętrzne danego kraju są tylko jego sprawą i nikomu nie wolno się do nich wtrącać. O tyle, o ile jedno z państw przygotowuje ataki terrorystyczne lub daje schronienie terrorystom, w sposób jaskrawy łamie prawa człowieka, można i trzeba je atakować lub, co najmniej, kontrolować. 


Pancerne szyby


Globalny ład opierać się musi na dwóch sprzecznych zasadach. Z jednej strony wymaga silnych, skutecznie działających państw współdziałających w utrzymaniu międzynarodowych powiązań, z drugiej – państw czy organizacji-hegemonów, które w razie konfliktów czy napięć ten naruszony ład mogą przywrócić. Im intensywniej odczuwać będziemy zagrożenie terroryzmem, tym bardziej potrzebny będzie ów globalny hegemon. Oznacza to, że będą istnieć państwa lepsze i gorsze, państwa, które będą reguł tego ładu pilnować i te, które będą pilnowane. I te wielkie potęgi będą wyznaczać reguły i język świata. 
Innymi słowy, nie sposób pożegnać się z jakąś formułą światowego imperializmu. Tyle że nie będzie oparty o dwa supermocarstwa, ale o wiele regionalnych potęg. Tak czy inaczej, strażnikami tego ładu będą państwa Północy i być może części Azji. Reszta musi się, chcąc nie chcąc, podporządkować. Konsekwencje psychologiczne i polityczne takiego stanu rzeczy są trudne do przewidzenia. Wiemy jedno: resentyment słabych i odepchniętych niesie w sobie olbrzymi potencjał rebelii.
Świat się nie zmieni tak bardzo po ataku na Nowy Jork i Waszyngton, a tylko raz jeszcze odkryje swoją dawną, nieco skrywaną, brzydką twarz. Nienawiść, jak się dowiadujemy, musi zostać ukarana, chaos – przynajmniej na jakiś czas – opanowany, część terrorystów zlikwidowana. A to, jak zwykle w świecie polityki, wymaga nie tyle moralnych wezwań, modlitwy, ale zwykłej siły i pęczniejących archiwów tajnej policji. Papamobile na zawsze będzie okryte pancerną szybą i otoczone rojem niespokojnych agentów. 



Autor jest socjologiem, historykiem idei, wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim, stałym współpracownikiem „Res Publiki Nowej” i „Tygodnika Powszechnego”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl