Nowy Jork: zmierzch miasta?

Pięć mil kwadratowych wojny

STANISŁAW RADECKI z Nowego Jorku

 

Schyłek wielkości miasta zachodzi jako proces, zmierzch czasem trwa stulecie, a czasem tylko dekadę. Nowy Jork, obawiam się, dobiegł swego czasu w ciągu pół godziny, na naszych oczach i – jakież to znamienne – z transmisją telewizyjną w CNN.


Miasta, zupełnie jak ludzie, odchodzą w przeszłość. Każde miasto ma swój czas. Na każde z nich przychodzi czas. Miał swój czas Paryż, Londyn, miały i Ateny. Przesada, bo istnieją nadal, jest jakieś życie, każdy chętnie wybierze się do Rzymu, ale stolica świata to już nie jest. Nowy Jork, przy całej swojej powierzchowności, pysze i niewiarygodnym wręcz bogactwie kształtował oblicze cywilizacji. To, co ukształtowało oblicze XX wieku, od ekonomii przez media, reklamę, modę, po literaturę i sztukę, skoncentrowane było na małej, skalistej wyspie długości ośmiu mil. Obserwator, przejezdny gość, turysta mógł bez trudu dostrzec przejawy rozkładu tego miasta, ukryte, zakamuflowane, prowizorycznie sklecone drutem, zalane świeżym asfaltem, ale widoczne, jak w ginącej Wenecji. Nowojorczyków i wenecjan, przypuszczam, łączy głęboka niechęć do uznania tego faktu. Łączy ich także pycha, fantazja, wyobraźnia pozwalająca wznosić budowle piękne i niemożliwe oraz geniusz handlu i hojność dla sztuki.
Historycy doszukają się mnóstwa innych przyczyn, ale w największym skrócie Rzym (tamten) rozsadziło chrześcijaństwo, a Rzym chrześcijański podupadł z powodu plag i globalnej recesji w jej wczesnym wydaniu. Paryżowi – to moje całkowicie prywatne domniemanie – zaszkodziła kolaboracja z Niemcami (oni tam kręcili filmy, pisali książki, palili gauloise’y i pili wino). Prymat Londynu nowojorczycy kupili sobie w prezencie z okazji wygranej wojny. Schyłek wielkości miasta zachodzi jako proces, zmierzch czasem trwa stulecie, a czasem tylko dekadę. Wenecja odchodzi powoli i z godnością, przez wieki. Nowy Jork, obawiam się, dobiegł swego czasu w ciągu pół godziny, na naszych oczach i – jakież to znamienne – z transmisją telewizyjną w CNN.


Chciałbym się mylić


Chciałbym się mylić, ale widząc rozmiary katastrofy, która dokonała się czterdzieści przecznic dalej, nie wiem, czy potrafię uwierzyć, że miasto się z niej podniesie. Nie wiem nawet, czy potrafię uwierzyć w samą katastrofę. Widziałem ją w telewizji, a ta, jak alkohol, degeneruje emocje. W śmierć – z samej jej istoty – trudno uwierzyć, zwłaszcza w Ameryce, zwłaszcza widzianej na ekranie. Ale to stało się naprawdę. Komentarze i analizy, że to więcej niż zamach, że to wojna, że to akt, który zmieni oblicze Ameryki i świata, stały się oczywiste zanim je wygłoszono, już w chwili, kiedy drugi samolot uderzył w południową wieżę. Czy miasto może wyjść zwycięsko z takiej wojny?
World Trade Center, prędzej czy później, zostanie odbudowane, pewnie nawet jeszcze wyższe i jeszcze bardziej marmurowe. Ale czy do Downtown zechcą wrócić korporacje, które stanowiły o jego potędze, a których hojność kształtowała kulturalny klimat miasta? Korporacyjna Ameryka potrafi liczyć pieniądze, a rachunek, którego dokonuje, mówi, że powrót w okolice Wall Street się nie opłaca. Czy ktokolwiek potrafi udzielić gwarancji, że 11 września się nie powtórzy? I czy ktokolwiek potrafi w te gwarancje uwierzyć? Już nazajutrz po nalotach najwięksi zaczęli mówić o przeniesieniu swoich kwater głównych na drugą stronę Hudsonu, do New Jersey.
Chciałbym się mylić, ale widząc lotniskowiec w zatoce nowojorskiej, F-16 nad wieżowcami Manhattanu i Gwardię Narodową na ulicach nie potrafię uwierzyć, że do miasta wróci owe czterdzieści milionów zwiedzających rocznie, którzy uczynili z Nowego Jorku największą atrakcję turystyczną nie tylko w Stanach, ale na świecie. A czy ekonomia miasta jest w stanie przeżyć bez stałego dopływu ich gotówki?
Chciałbym się mylić, ale nie wiem, ilu rodziców zdecyduje się posłać swoje dzieci na studia w miejsce, które stało się największą atrakcją terrorystyczną na świecie. Jeżeli jeden diaboliczny, opętany nikczemnik potrafi znaleźć dwudziestu szalonych samobójców skłonnych popełnić masowe morderstwo, kto ich zapewni, że dwudziestu następnych w tej właśnie chwili nie przemierza ulic miasta z czymś, co można zmieścić w pudełku na buty, a co zdolne jest unicestwić miliony?
Chciałbym się mylić, ale który przedsiębiorca zdecyduje się prowadzić interesy w mieście, z którego może się przez tydzień nie wydostać, nawet mając do dyspozycji prywatny odrzutowiec?
Chciałbym się mylić, ale któż będzie się dziwić artystom, pisarzom, uczonym, że wybiorą raczej Iowę, Kentucky czy Minnesotę? Ilu z nich zademonstruje odwagę pozostania w mieście, przekonując, że terrorystom chodziło właśnie o złamanie ducha, o wywołanie powszechnego poczucia zagrożenia? I jakaż to odwaga, zapyta ktoś przy zdrowych zmysłach. I jakaż to odwaga, czekać na kolejną katastrofę, o której nie wiadomo kiedy i w jakiej postaci nadciągnie, o której wiadomo tylko tyle, że jest wysoce prawdopodobna. Przecież ci ludzie mają rodziny, dzieci. Czy mają prawo skazywać najbliższych na traumę (w najlepszym przypadku) w imię niezłomności? Obawiam się, że tak daleko idącą skłonność do poświęceń nasza cywilizacja ma już za sobą.


Pieniądze, czyli czas


Genius loci podróżuje z miasta do miasta. Wehikułem, którym się posługuje, są ludzie – jakości, które reprezentują i idee, którym hołdują. Bez nich miejsce nie istnieje, duch błąka się bez celu, kultura bez kotwicy konkretnego miejsca i czasu jałowieje. Dla kultury szerokość i długość geograficzna, pod którą może się rozwijać, jest równie istotna jak alfabet, którym się posługuje, równie istotna jak język (zbiór znaków, w którym się wyraża), równie istotna jak religia, która wyznacza jej wartości brzegowe. Czy Nowy Jork pozbawiony tych ludzi, kimkolwiek oni są – turystami, biznesmenami, studentami, uczonymi, milionerami, twórcami czy rentierami – pozostanie miejscem kultury? Odpowiedź: „Czas pokaże” jest w tym kontekście aktem najwyższego optymizmu.
Przy tym wszystkim pytanie, czy genius wróci do miasta, staje się drugorzędne i ustępuje brutalnemu pytaniu, czy wrócą pieniądze? Kultura jest zajęciem bogatych społeczeństw, nie tylko dlatego, że potrzeba na nią pieniędzy (potrzeba!), ale również dlatego, że potrzeba na nią czasu, czyli pieniędzy. Czasu poświęconego na studia, które pozwolą odróżnić formę od treści i oryginał od plagiatu. Czasu potrzebnego na wizytę w muzeum, potrzebnego, by zarobić na dwa bilety do opery, czasu na przeczytanie sekcji kulturalnej „New York Times’a”. Do Nowego Jorku przybywa się z zapasem takiego najcenniejszego czasu, albo żyje się tu i pracuje bardzo ciężko i bardzo szybko, by go choć trochę odzyskać. Idea czasu przeznaczonego na obcowanie z kulturą jest wbudowana w nowojorską duszę, tak samo jak pośpiech i wściekle jadowite, bezlitosne poczucie humoru. Jeżeli nie wrócą pieniądze, czyli czas, co stanie się z nowojorską duszą i kulturą, w której wyrosła?


Schyłek miasta, zmierzch kultury


Kiedy już tu zamieszkałem, jeszcze czas jakiś nie potrafiłem polubić tego miasta, może nie potrafiłem go oswoić, może ono nie potrafiło oswoić mnie. Któregoś grudniowego świtu zaczął padać śnieg i w ciągu sześciu godzin spadło go ponad pół metra. Obudziła mnie cisza. Było ciemno, stanął ruch, życie zamarło. Nie jeździły żadne samochody, na ulicach nie było żywego ducha. Przyszły mi na myśl Pompeje. Tylko sygnalizacja uliczna, zupełnie zbędna w tych warunkach, miarowo, w kilkuminutowych interwałach odmierzała puls, jak jedna z tych maszyn w sali reanimacyjnej, która przekonuje, że jest jeszcze jakieś życie. Kilkadziesiąt kroków ode mnie stoi kościół, przechodziłem koło niego wiele razy. Ale usłyszałem go dopiero tamtego poranka. Dzwony dały się słyszeć dopiero kiedy ucichło miasto. Teraz, dzień i noc, słychać tylko zawodzące syreny policji, ambulansów, straży pożarnej i to, paradoksalnie, jest pieśń nadziei. Wszyscy boją się ciszy.
Nawet jeśli irytowała nas megalomania tego miasta, nic nie zmieni faktu, że w sztuce dopiero sukces odniesiony w Nowym Jorku stawał się sukcesem globalnym. Przez ostatnie półwiecze intelektualiści, twórcy i dyktatorzy mody podróżowali z Paryża, Londynu i Rzymu do Nowego Jorku, rzadko kiedy odwrotnie. Najlepszy sopran La Scali stawał się światową megagwiazdą dopiero po występie w Metropolitan, dopiero wystawa w MoMA gwarantowała nieśmiertelność i zażarte licytacje w domach aukcyjnych na całym świecie. To miasto przez swoją wyjątkową, niezwykłą otwartość stanowiło rękojmię popytu na każdą odmienność, na nowe trendy i nowe talenty. Miasto, używając swojej własnej legendy, kupowało lub korumpowało to, co w nowoczesnej kulturze najwartościowsze, inwestowało w nią i odsprzedawało z zyskiem. Częścią wartości dodanej w tym procesie był mit Nowego Jorku. Czy mit ten jest w stanie przetrwać wojnę przeciwko symbolom prowadzoną za pomocą samolotów pasażerskich – to pytanie ogromnie istotne dla przyszłości kultury w takiej postaci, w jakiej ją znaliśmy jeszcze tydzień temu.
Czy kultura właściwa tej cywilizacji może się obejść bez kulturalnego centrum o zasięgu obejmującym całą tę cywilizację? Historia przekonuje, że nie. Kultura wydaje się potrzebować ośrodka, soczewki, materialno-geograficznego punktu odniesienia, wokół którego mogłaby orbitować. Przecież nie chodzi o to, że w panoramie miasta brakuje dwóch budynków, ani nawet o to, że w ośmiomilionowej aglomeracji znika, jak dziś szacują, pół miliona miejsc pracy. Chodzi o to, że w pejzażu globalnej kultury może zabraknąć szalenie istotnego miejsca, miejsca w sensie greckiego topos, nie w sensie polis. Schyłek miasta prowadzi do zmierzchu kultury, która sobie owo miasto zafundowała: Aleksandria, Konstantynopol, Wenecja i tyle innych miejsc... Chciałbym wierzyć, że Nowy Jork nie jest następny na liście.
Nowojorczycy już wkrótce zapełnią bary i restauracje, nadal będą chodzić na broadwayowskie musicale, mecze koszykówki i baseballa, bedą wałęsać się po galeriach i stać w kolejkach po bilety na Czechowa. Stymulowani przez media, polityków i wszechobecne flagi będą jeden drugiego zapewniać o swojej niezłomności, a ukradkiem wypatrywać, czy do miasta wróci prawdziwe życie. Czy wróci?
Powiedzą, że taka jest siła życia, iż wróciło nawet do Warszawy po Powstaniu. Tak, ale to było po wojnie, wojnie, która się skończyła. A ta się dopiero zaczyna i nikt, dosłownie nikt, nie wie, czy wojna, która się tak zaczyna, w ogóle może mieć koniec.
Nie wiem, jak mogłem nie lubić tego miasta. W najgorszym śnie nie przypuszczałem, że może go zabraknąć. Już mi go brakuje.



Autor jest publicystą, stałym współpracownikiem „Tygodnika”, mieszka w Nowym Jorku.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl