Głosowanie i sumienie

MARCIN KRÓL

 

Często powtarza się, że w takiej sytuacji, kiedy nie wiadomo, co robić – najlepiej jest postąpić zgodnie ze swoim sumieniem. Nie bardzo rozumiem tę dyrektywę, bo w zasadzie uważam, że zawsze należy postępować zgodnie z nakazami sumienia. Wszelako jest pewna interpretacja owej wskazówki, która dobrze stosuje się do rozsądnego postępowania w najbliższą niedzielę, a mianowicie: nie kombinujmy, ale głosujmy lub nie, ale jeżeli głosujemy to na tego, kto nam się podoba, czyje poglądy, tradycja, wygląd i pogląd wydają się nam najbliższe. 
Od kiedy istnieją badania opinii publicznej i rozmaite sondaże, ludzie wiedzą z góry, kto wygra, a kto przegra i w znacznej mierze tym się sugerują. Bywa oczywiście tak, jak w trakcie ostatnich wyborów w Stanach Zjednoczonych, że wynik nie jest pewien do ostatniego momentu, a nawet po ostatnim momencie, ale jest to jednak rzadkość. Nie przypadkiem po angielsku mówimy często o landslide, czyli lawinie w trakcie głosowania. Jeżeli bowiem już widać, że jedna partia wygra, że sporo kamieni udało się jej zebrać, to inne kamyki się przyłączają, chociaż przedtem, albo nie wiedziały na kogo głosować, albo wiedziały, ale zmieniły zdanie. Nie zachowujmy się zatem jak kamienie czy raczej jak barany i nie postępujmy zgodnie z zasadami owczego pędu (wszak owca to żona barana). Nie kombinujmy przede wszystkim, bo tu nie ma nic do kombinowania. Jest tylko sumienie i nasze poczucie przyzwoitości oraz ładu moralnego i estetycznego.
Wszyscy i zawsze wolimy sytuacje, kiedy dobro ściera się ze złem, białe z czarnym. Wtedy wiemy, jak postępować i w ogóle jest ciekawie, zwłaszcza, jeżeli poglądy na to, co dobre i co złe, są w danym społeczeństwie silnie zróżnicowane. Jednak w demokracjach bywa tak tylko bardzo rzadko. Idea „końca wieku ideologii” wprowadzona przez Daniela Bella w 1960 roku ciągle jest aktualna (chociaż może niebawem okazać się, że pojawiają się nowe ideologie), co sprawia, że w demokracjach jest na ogół szaro i tylko z wysiłkiem odróżniamy odcienie szarości. Jak już pisałem, na pewno nie uda się nam tego zrobić dzięki niesłychanie marnym programom partii politycznych, albo do siebie nazbyt podobnym, albo stanowiącym wcielenie typowego wishfull thinking, jak na przykład (słyszałem to z ust lidera jednej z partii chłopskich), że polskie rolnictwo ma być opłacalne. Ma być, ale jak to zrobić?
Odcienie szarości i odmienne brzmienia nudy przedwyborczej można odróżnić pamiętając raczej niż analizując. Nie przekonują mnie w tej sytuacji żadne spekulacje publicystów i politologów. Nie przekonuje mnie, ani argument, że wreszcie może dojdzie do rządów jednej partii, a nie koalicji, co rzekomo miałoby być lepiej, ale nie wiem dlaczego, ani inny argument, że z jedną partią to nas wezmą do Europy, a z inną – nie. To też jest nieprawda, Europa mało się ciekawi naszymi partiami politycznymi, a znacznie bardziej naszym zacofaniem gospodarczym. Nie przekonuje mnie tym bardziej, że ktoś jest na lewicy, a ktoś na prawicy, bo to już nie ma w Polsce żadnego sensu, ani to, ze ktoś jest sprawny w rządzeniu, a kto inny mniej, skoro nie wiem, po co będzie rządził. Sprawny może być także człowiek zły.
Skoro taka jest sytuacja, to pozostało mi tylko kierowanie się sumieniem, co – wbrew temu, o czym pisałem na początku – nie jest w polityce całkowicie konieczne. Lepiej byłoby kierować się rozsądkiem, ale nasz rozsądek i nasza roztropność nie znajdują na scenie politycznej pożywienia. Sumienie lub też ten podstawowy odruch wewnętrzny, odruch jaki kieruje nami przy podejmowaniu wszystkich poważnych decyzji, odruch etyczny i estetyczny, a nie polityczny – musi decydować w sytuacji, kiedy polityki zostaliśmy w znacznym stopniu pozbawieni. A zatem nie dajmy się ponieść lawinie i postąpmy w najbliższą niedzielę zgodnie z tym, co rzeczywiście jest najbliższe naszym intuicjom i odruchom, chociaż niestety nie rozumowi.
 

Marcin Król 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl