Krwawiąc ziemię, zdobyć niebo

MICHAŁ KOMAR, BARTŁOMIEJ SIENKIEWICZ

 

Zamach na koronowaną głowę 
czy prezydenta
(...) wszedł już 
do powszechnego wyobrażenia o życiu 
wszystkich szefów państw
(...) 
Żeby zamach bombowy wywarł jakiś wpływ 
na opinię publiczną w obecnej chwili, 
musi wykraczać poza intencje zemsty czy terroru. 
Musi być czysto niszczycielski
”. 
Joseph Conrad, „Tajny agent”

We wtorek 11 września 2001 roku uprowadzone przez terrorystów samoloty pasażerskie uderzyły w cele na terytorium USA. W wyniku ataku częściowemu zniszczeniu uległ Pentagon, całkowitemu zaś zniszczeniu dwa budynki World Trade Center w sercu Nowego Jorku. Wstępny szacunek ofiar to: pięć tysięcy istnień ludzkich, zniszczona znaczna część południowego Manhattanu, straty materialne liczone w dziesiątkach miliardach dolarów. Przez parę dni na ekranach telewizorów cały świat oglądał tragedię ofiar i ich rodzin, tragedię ugodzonej cywilizacji. 
Niemal natychmiast po terrorystycznym ataku pojawiły się komentarze głoszące, że jesteśmy świadkami przełomowego wydarzenia w dziejach współczesnego świata; początku wojny wydanej Ameryce i wartościom, jakie ona reprezentuje. Odpowiedzialnością za ten czyn obarcza się grupę islamskich fanatyków religijnych, którym przewodzi Osama bin Laden, ukrywający się w Afganistanie, znany z przygotowania szeregu aktów terroru w ostatniej dekadzie. Wydarzenia 11 września postawiły w centrum zainteresowania pytanie o naturę zjawiska, jakim jest współczesny terroryzm, i możliwą skalę jego oddziaływania na bieg historii. Innymi słowy: czy nasz świat może ulec zniszczeniu – wskutek przemocy będącej wytworem myśli radykalnej?
Ta idea nie jest ani nowa, ani obca. Nie została stworzona na jałowej ziemi afgańskiej. Od setek lat określa kształt i treść radykalizmów zrodzonych w kulturze Wschodu i Zachodu. Projekt jest jasny: krwawiąc ziemię – zdobyć przemocą niebo. Z czasem synonimem „zdobycia nieba” stanie się „uderzenie w serce systemu”: „...nie jest prawdziwym republikaninem ten, kto nie poświęci swego życia dla satysfakcji zniszczenia miliona barbarzyńców” – napisze w 1848 roku Karl Heinzen, by zaraz potem przedstawić wizję zniszczenia miasta ze stu tysiącami mieszkańców przy pomocy trującego gazu czy rakiet Congreve’a (nb. to właśnie użycie rakiet Congreve’a w walce o Fort McHenry w 1814 roku zainspirowało Francisa Scotta Key’a do napisania „Star Spangled Banner”, tekstu hymnu Stanów Zjednoczonych). Ten typ nihilistycznego myślenia jest niezależny od kultury, rasy czy religii – wydaje się stałą w naszym świecie aberracją duszy i umysłu. 
Pośród wielu odmian przemocy określanych jako „terroryzm” – terroryzm religijny zajmuje szczególne miejsce. O jego wyjątkowości decyduje fakt, iż zasadniczym punktem odniesienia dla tego typu radykalizmu nie jest porządek ziemski, lecz sfera duchowa – nie podlegająca rygorom racjonalności politycznej, gospodarczej czy społecznej. Toteż wojna prowadzona przez takie grupy nie kończy się nigdy, gdyż jakiekolwiek porozumienie pokojowe jest tożsame – wedle terrorystów – z wyrzeczeniem się świętych zasad. To z kolei powoduje, że z tego typu radykalizmem nie da się zawrzeć taktycznego porozumienia, nie da się wynegocjować okupu czy zawrzeć przejściowego sojuszu. Postawa, o której mowa, zakłada użycie przemocy nie jako środka do osiągnięcia politycznego celu – lecz jako celu samego w sobie, bo skoro świat opanowany przez Cywilizację Zła jest domeną i emanacją diabła, to każdy rodzaj przemocy jest usprawiedliwiony.
Grupy skrajne, działające na wspomnianych wyżej zasadach, nasiliły swoją działalność w ostatniej dekadzie. Charakterystyczne jest przy tym – wedle świadectwa szefa CIA George’a Teneta (w tegorocznym wystąpieniu w Senacie USA) – że owe grupy mają coraz częściej ponadnarodowy charakter, działają w rozproszeniu, nie podlegają jednolitemu dowództwu – tworząc siatkę wzajemnie wspierających się ogniw. Żołnierze tej armii wywodzą się najczęściej ze społeczeństw islamskich. Wylęgarnią tego typu radykalizmów staje się ta część świata, którą Zachód nazwał „Trzecim” – a którego codziennością jest ubóstwo, konflikty zbrojne, zwiększający się dystans do osiągnięć kultury materialnej Zachodu. Szczególnie silnie zjawisko to występuje w krajach islamskich, w których od dziesięcioleci trwa ożywienie religijne; jednym z jego przejawów jest pojawienie się licznych ugrupowań odwołujących się do przemocy jako sposobu realizacji planu zbawienia.


NIM NASTĄPI ODWET


Z ogólnej liczby aktów terroru na świecie w ostatniej dekadzie – systematycznie wzrasta procent aktów terroru wymierzonych przeciwko Stanom Zjednoczonym. Dla wielu islamskich organizacji ekstremistycznych USA stało się ucieleśnieniem Zła, sprawcą nieszczęść: biedy, przemocy, konkwisty gospodarczej i kulturowej. Toteż w minionych latach wielokrotnie próbowano dosięgnąć zbrojnie „Światowego Szatana”. Przedstawicielstwa dyplomatyczne Stanów Zjednoczonych, amerykańskie firmy, instalacje wojskowe, a także samo terytorium USA były już celem ataków terrorystycznych różnej maści zamachowców. Od dawna zarówno w świecie polityki, jak i w scenariuszach przygotowywanych przez wojsko i służby specjalne przewidywano możliwość eskalacji terroryzmu do poziomu zagrażającego stabilności świata. Wydarzenia 11 września były więc wstrząsającym spełnieniem obaw żywionych powszechnie od czasu zakończenia zimnej wojny. Niemniej, to nie zawalenie się na oczach milionów telewidzów wież WTC będzie decydowało o tym, czy historia świata potoczy się nowymi torami, lecz reakcja Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników na to wydarzenie. Efektywność, skala, a także zdolność do przewidzenia skutków politycznych odwetu określi rzeczywiste znaczenie tragedii 11 września 2001 dla biegu dalszych wydarzeń. 
Nie ulega wątpliwości, że demokracje liberalne Zachodu muszą zdobyć się na odpowiedź uwzględniającą nie tylko aspekt policyjno-militarny, ale także działania w sferze bankowości i finansów (co jest koniecznym warunkiem odcięcia terrorystów od funduszy umożliwiających im funkcjonowanie). W warunkach globalizacji gospodarczej oznacza to, że powstający front antyterrorystyczny nie może zawęzić się wyłącznie do państw wspólnoty transatlantyckiej, ale wymaga pozyskania na trwałe współpracy władz państw spoza tego obszaru. Szok wywołany wydarzeniami 11 września wciąż jeszcze trwa i sprzyja działaniom dyplomatycznym zmierzającym do powołania tego typu koalicji. 
W obecnej chwili jest zbyt wcześnie, aby przesądzać o ostatecznym wymiarze politycznym, militarnym i psychologicznym wydarzeń, o których piszemy. Można jednak już teraz zarysować przynajmniej trzy dylematy, od rozwiązania których zależy, czy 11 września będzie początkiem postępującej destabilizacji globalnej, czy też będzie datą symboliczną kolejnego – po zimnej wojnie – egzaminu zdanego przez demokrację. 


KLUCZOWE PYTANIA


Od dziesięcioleci siłą napędową konfliktu między światem islamu a Zachodem jest konflikt izraelsko-palestyński. Po tragedii amerykańskiej Izrael zwiększył presję policyjno-wojskową wobec Autonomii Palestyńskiej. Informacje dochodzące z tego rejonu wskazują, że władze Izraela pragną wykorzystać sprzyjający moment dla realizacji polityki, która nie rysuje perspektyw pokojowego rozwiązania konfliktu. Władze państw arabskich nie mogą ignorować emocji swych społeczeństw, które solidaryzują się ze sprawą palestyńską. Przyzwolenie Zachodu – a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych – na pozostawienie władzom izraelskim wolnej ręki w działaniach paraliżujących możliwość zawarcia porozumień z władzami Autonomii, stawia izolację terrorystycznych grup islamskich pod znakiem zapytania. Inaczej mówiąc: od zdolności do ugaszenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego zależy swoboda manewru w tworzeniu ligi antyterrorystycznej wraz z państwami kręgu islamu.
Jest wysoce prawdopodobne, że celem pierwszego uderzenia odwetowego będzie terytorium Afganistanu rządzonego przez talibów dających schronienie i opiekę przypuszczalnym autorom zamachów w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Aby to było możliwe, Stany Zjednoczone muszą uzyskać pełną pomoc ze strony Pakistanu, zarówno w wymiarze technicznym (lotniska, bazy logistyczne, otwarcie przestrzeni powietrznej itp.), jak i politycznym (radykalne odcięcie się Pakistanu od wszelkich związków z rządem talibów i gotowość współdziałania w ich aktywnym zwalczaniu). Tymczasem Pakistan jest państwem z trudem utrzymującym wewnętrzną równowagę, rządzonym przez armię, które to rządy nie rozwiązały żadnego z palących problemów kraju. Do tych problemów należy m.in. narastająca obecność integrystów muzułmańskich w życiu publicznym – co przejawia się w kolejnych ustępstwach władz na rzecz środowisk fundamentalistycznych w takich dziedzinach, jak wymiar sprawiedliwości, szkolnictwo, obyczajowość. W Pakistanie żyje 20 milionów mniejszości pusztuńskiej – a to właśnie afgańscy Pusztunowie wykształceni w szkołach koranicznych w Pakistanie stworzyli ruch talibów. Zgoda władz Pakistanu na pełne współdziałanie w operacji przeciw Afganistanowi będzie postrzegana przynajmniej przez część społeczeństwa pakistańskiego jako zdrada sprawy islamskiej. To zaś oznacza, że Stany Zjednoczone będą musiały się zaangażować w podtrzymanie obecnego rządu Pakistanu; na dłuższą metę może się to okazać bardziej absorbujące i trudne niż sama operacja anty-terrorystyczna; w skrajnych wersjach scenariusza może przypominać próbę utrzymania u władzy szacha Iranu Rezy Pahlawiego w latach 70. Destabilizacja Pakistanu, państwa posiadającego broń jądrową, miałaby katastrofalne skutki dla całego rejonu Azji Środkowej – a także dla reszty świata. 
W wojnie przeciwko światowemu terroryzmowi klasyczny arsenał środków militarnych jest mniej istotny niż sprawne aparaty policyjno-wywiadowcze, niewielkie lecz kosztowne siły komandosów, zaawansowane techniki rozpoznania i silna dyplomacja. Rzeczywistymi partnerami USA w tak pojętej wojnie, posiadającymi wspomniane możliwości, mogą być tylko silne państwa mające doświadczenie w walce z terroryzmem. Reszta może co najwyżej spełniać role pomocnicze, bądź symboliczne, zaznaczające powszechność frontu antyterrorystycznego. Powstaje tym samym pytanie o przydatność w walce z nowym wydaniem terroryzmu takich organizmów polityczno-wojskowych jak Sojusz Północno-Atlantycki. Z punktu widzenia USA poszukujących silnych sojuszników w działaniach odwetowych, potencjał takich państw jak Polska, Belgia czy Portugalia jest znacznie mniej interesujący od potencjału – na przykład – Rosji. Naiwnością byłoby sądzić, że działania odwetowe obejdą się bez ofiar, a także bez ryzyka dla państw-członków takiego antyterrorystycznego przymierza. Pierwsze reakcje Sojuszu Pólnocnoatlantyckiego wykazują determinację we współdziałaniu ze Stanami Zjednoczonymi, niemniej z upływem czasu, a także z narastaniem niebezpieczeństwa, ta gotowość może ulec osłabieniu. Taki scenariusz prowadziłby do faktycznego zaniku znaczenia NATO jako filaru bezpieczeństwa europejskiego. 
Takich dylematów, jak przytoczone powyżej, jest z pewnością więcej. Od ich rozstrzygnięcia będzie zależał kształt świata, w jakim przyjdzie nam żyć. Jedno jest pewne – skuteczność walki z terroryzmem, niezależnie od skali zagrożenia, nie może prowadzić do unieważnienia zasad demokratycznego państwa prawa. I to jest, być może, największy dylemat, z jakim będzie musiała zmierzyć się nasza cywilizacja. 



MICHAŁ KOMAR wydał w latach 80. książkę pt. „Zmęczenie” poświęconą tematyce terroryzmu. Jest pisarzem, scenarzystą, stałym felietonistą „TP”.

BARTŁOMIEJ SIENKIEWICZ był współpracownikiem ministrów Kozłowskiego i Milczanowskiego w MSW i UOP, a następnie współtwórcą i (do wiosny b.r.) wicedyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich. Jest wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Obrony Narodowej.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl