Polska przed wyborami parlamentarnymi

Brzemię socjotechniki

JAN KOFMAN

 

SLD potrafiło zmienić swój image, zyskało poparcie także dzięki profesjonalnym posunięciom socjotechnicznym, ale po wyborach skutki tej taktyki postawią Sojusz w trudnej sytuacji. Położenie Polski w ciągu najbliższych paru lat będzie również trudne.

Ten artykuł ukaże się w tygodniu przedwyborczym – zawarte w nim wnioski zostaną więc zweryfikowane niemal natychmiast. Jednak niektóre kwestie zostały rozstrzygnięte już na długo przed wyborami.


Kwestie rozstrzygnięte

Po pierwsze, znamy faworyta. SLD może liczyć nawet na ponad 50 proc. głosów, a im bliżej wyborów, tym pozycja Sojuszu mocniejsza. Niewiadomą pozostają natomiast rozmiary rzeczywistego zwycięstwa socjaldemokracji. Tu zadziała inna reguła: im niższa będzie frekwencja, tym lepszy będzie wynik SLD. Jeśli ma dojść do zwycięstwa Sojuszu, to w interesie życia publicznego i kraju leży, by wynik ten zapewnił mu samodzielne rządy. Jeśli SLD-UP uzyskają poniżej 43 proc. głosów, to w grę wchodzić będzie koalicja – zapewne z PSL, który skądinąd podporządkowuje politykę nawet nie tyle jakkolwiek rozumianemu interesowi grupowemu, co w rzeczy samej interesowi aparatu partyjnego. Taka koalicja będzie brzemienna w skutki polityczne, społeczne i gospodarcze. 
Porozumienie SLD-UP-PSL to jednak nie tylko zagrożenia. W kampanii wyborczej ludowcy, przede wszystkim Jarosław Kalinowski, wyraźnie wytłumili dotychczasową antyeuropejską retorykę. Pojawia się ona wyłącznie podczas niepublicznych wystąpień działaczy PSL. Jeśli po wyborach Stronnictwo zostanie zepchnięte do opozycji, to może ostro wystąpić przeciw członkostwu Polski w Unii Europejskiej i jest wielce prawdopodobne, że wyprowadzi chłopów na drogi, tym bardziej że ludowcy czuć będą na plecach oddech rosnącej w siłę Samoobrony. Jeśli PSL wejdzie do układu rządzącego, to – wbrew temu, co się powszechnie uważa – łatwiej będzie moderować stanowisko Stronnictwa i przekonywać je do wspierania integracji z Unią Europejską. Oczywiście, nie za darmo. Te „polityczne przekupstwa” mogą odbić się ujemnie przede wszystkim na gospodarce i jakości życia publicznego.
Pytanie brzmi: co jest ważniejsze – zdrowa gospodarka czy szybkie członkostwo w Unii? W przypadku nadmiernego zwiększenia interwencjonizmu państwa w gospodarkę niebezpieczeństwa, paradoksalnie, w zasadzie nie ma – Unia się na to po prostu nie zgodzi. Bruksela zaakceptuje natomiast i wyższe podatki, i rozrost państwa opiekuńczego, gdyż i dziś jest to w niej trend dominujący. Takie wewnątrzpolityczne rozwiązanie okaże się więc wprawdzie niebezpieczne dla polskiej gospodarki, lecz integracja z Unią powinna jednak pozostać nadrzędnym celem naszej polityki. 
Po drugie, już od dłuższego czasu brak jest przeciwwagi dla Sojuszu. Dotychczasowy rządzący układ prawicowy, AWS, rozpadł się i przystępuje do wyborów rozbity tak politycznie, jak – co ważniejsze – również moralnie. Nie idzie z podniesionym czołem, przekonany do swych racji, lecz z podwiniętym ogonem. Liderzy AWSP zajmują stanowisko defensywne, ograniczając się do niemrawej obrony tego, co dokonali; podkreślają że mimo popełnionych błędów, to jednak wielkie osiągnięcia. Dziś jest to argumentacja skazana na niepowodzenie. Obrona czterech reform, przecież rzeczywiście niezbędnych i ratujących kraj przed perturbacjami, nie trafia już jednak do społeczeństwa.

Kampania


Nowa konfiguracja polityczna, która wytworzyła się po rozpadzie AWS, wpływa na przebieg kampanii wyborczej i towarzyszącą jej atmosferę. Przedwyborcza debata nie wydaje się tu zapowiadać jakichś radykalnych zmian. Jest dość spokojna, wręcz ospała. Dodatkowo na taki jej przebieg wpłynęły tragiczne wydarzenia w USA. Kampanii nie towarzyszą też większe spięcia i afery. Skandale, które już w nadmiarze ją poprzedzały (MON, PZU i dziesiątki innych), dotknęły głównie AWSP, nie szkodząc specjalnie Platformie Obywatelskiej czy nawet Prawu i Sprawiedliwości. Przed kilkoma miesiącami SLD wyrażał obawy, że rządząca prawica ma w zanadrzu wielkie afery wymierzone w Sojusz. Jeśli to była prawda, to teraz i tak jest już za późno na ich ujawnienie. Liderzy Sojuszu są przekonani, że nie ma groźby frontalnego ataku, który zachwiałby pozycją SLD, i wyraźnie tonują swe wypowiedzi. 
W obecnej kampanii brakuje merytorycznej dyskusji. Debata obraca się wokół kilku tematów, a najmodniejszym jest edukacja, bo zbożne cele z nią wiązane nie budzą żadnych kontrowersji. Jeśli chodzi o bezrobocie, to poza sloganem, że należy je zwalczać, mało jest konkretnych propozycji. Dyskusja właściwie nie dotyka też głównych kwestii ideologicznych, np. aborcji. Oświadczenie Rady Stałej Episkopatu, do którego nawiązuje część przywódców obozu jeszcze rządzącego, nie przyniesie wymiernych wyborczych skutków. Oświadczenie to pozostanie ostrzeżeniem o charakterze moralnym i raczej nie wpłynie na preferencje wyborców. 
Kampanię czołowych ugrupowań cechuje na ogół niska jakość argumentacji. Dotyczy to przede wszystkim liderów SLD, którzy poza ogólnikami unikają deklaracji w kwestiach gospodarczych i społecznych. W sprawach reformy finansów publicznych, które już niedługo za rządów SLD mogą stać się polskim Waterloo, jeśli nic się w tej sprawie zdecydowanego nie zrobi, czy w kwestii walki z bezrobociem, brak jest ze strony Sojuszu propozycji konkretnych rozwiązań. Z punktu widzenia socjotechniki jest to zrozumiałe – SLD nie chce stracić wypracowanej przewagi. Jednak na pewno nie jest to korzystne dla kraju. 


Jak to będzie...


Warto zwrócić uwagę, że między głównymi konkurentami przynajmniej w niektórych sprawach panuje „blankietowa zgodność”, przede wszystkim w sferze polityki zagranicznej (rola Polski w NATO, integracja z Unią Europejską). Zastanawia tu zwłaszcza zmiana retoryki ludowców, którzy już oficjalnie deklarują chęć współrządzenia (Kalinowski). Przykładem tej postawy może być też artykuł Ryszarda Bugaja i Michała Strąka w zeszłotygodniowej „Rzeczpospolitej”. Tekst ten to nieco dziwna oferta, właściwie nie wiadomo pod czyim adresem kierowana. Autorzy stawiają w nim dwie diagnozy. Pierwsza: wszystko będzie dobrze, jeśli wyeliminujemy Unię Wolności. I druga: wszystko będzie dobrze, jeśli SLD wejdzie w koalicję z PSL – to prawdopodobnie propozycja pod adresem konserwatywnego, postpeerelowskiego, skrzydła SLD. Takie stanowisko nie dziwi u Strąka, ale jednak zaskakuje u Bugaja. Pomysł autorów, by premierem został PSL-owiec, jest nierealistyczny. Jeśliby o wiele silniejszy partner (SLD) nie miał premiera, to prędzej czy później skończyłoby się to tak, jak w przypadku premierostwa Waldemara Pawlaka.
Po trzecie, pewne miejsce w parlamencie ma Platforma Obywatelska, dość duże szanse ma Prawo i Sprawiedliwość. W o wiele gorszej sytuacji jest poprzedni wielki zwycięzca AWS: jest więcej niż pewne, że 23 września AWSP będzie wielkim przegranym, bez względu na to, czy ostatecznie znajdzie się w Sejmie, czy co może równie prawdopodobne – wypadnie z niego. Przegraną będzie też Unia Wolności. W wyborach parlamentarnych większej roli nie odegrają ugrupowania skrajnie populistyczne – i to bez względu na kolor partyjnych sztandarów. Ani Liga Polskich Rodzin, ani PPS, ani Alternatywa. Nie znaczy to jednak, że nie mają one klienteli. W sumie stanowi ona spory elektorat, a logika walki wyborczej i układu sił na politycznej scenie powodują, że głosy na nie oddane zostaną odebrane przede wszystkim prawicy. To ogranicza szanse AWSP czy PiS, ale zmniejszy również liczbę głosów oddanych na ludowców, które przejmie przede wszystkim Samoobrona – i być może znajdzie się w Sejmie. W takim wypadku Polska dołączy, niestety, do Słowacji, Czech, Rumunii, Węgier czy Bułgarii, gdzie skrajni populiści, przeciwnicy Unii Europejskiej, nacjonaliści odgrywają swoją destrukcyjną rolę.
Jeśli w ogóle doszło do zapowiadanej przez PO konsolidacji klasy średniej, młodzieży i aktywnej inteligencji, to i tak obecny rezultat uzyskiwany w sondażach nie spełnia oczekiwań twórców tej formacji. Platforma może bowiem liczyć w sumie na 14, 15 proc. głosów. Za to odebrała głosy UW i AWS. Co ciekawe, według ostatniego sondażu (PBS w Sopocie dla TVN, ogłoszonego 13 września) poparcie dla Platformy, AWSP, PiS, UW i LPR jest w sumie mniejsze niż dla AWS i UW w 1997 r. Oznacza to, że być może niezbędna przebudowa sceny politycznej wywołana powstaniem PO jak na razie nie przyniosła spodziewanych efektów. Pośrednio wzmocniła SLD, wyraźnie osłabiła prawicę, niemal śmiertelnie ugodziła w UW. 
A jeśli UW i AWSP nie wejdą do sejmu? AWSP zechce wtedy skorzystać ze skutecznego oręża, czyli związku zawodowego „Solidarność”. Dojdzie do wystąpień społecznych na dużą skalę, strajków i demonstracji. Brak UW w sejmie będzie wprawdzie poważną stratą ale nie będzie to oznaczać, jak niektórzy sugerują, że ostatecznie wyeliminowane zostałyby zeń siły rozsądku. Takie siły, w różnej co prawda proporcji, tkwią i w SLD, i w PO, i – jednak – w PiS. Platforma w sposób naturalny będzie musiała zatem przejąć po UW funkcję partii rozsądku. Problem polega na tym, że w zdominowanym przez SLD parlamencie będzie bez znaczenia, czy PO głosuje za czy przeciw. Bez UW i AWSP scena polityczna na pewno jednak będzie zubożona.
Po czwarte, pojawiła się teza, że tegoroczne wybory są najważniejszymi wyborami po roku 89. Jeśli tak jest rzeczywiście, to są najważniejsze, ale przede wszystkim w sferze świadomości. Może nam grozić rewindykacja pewnych obszarów przeszłości i rewindykacja pewnych ocen historycznych, a więc regres w porównaniu z tym, na jakim poziomie znajduje się dziś świadomość społeczna. Władzę zdobędą postkomuniści – to bez wątpienia ważne wydarzenie. Ale przecież nie można powiedzieć, że w ten sposób historia zatoczy koło i wróci do punktu wyjścia. SLD wcale nie jest prostą kontynuacją PZPR, nie jest też socjaldemokracją w stylu zachodnioeuropejskim – jest czymś ,,pomiędzy”. Wymiana pokoleń będzie stymulowała przemiany w obozie postkomunistycznym. Znajdujemy się w okresie transformacji ustrojowej i mentalnej; kiedyś te procesy zakończą się i postkomunizm też się skończy. 
Jednak na razie, zwłaszcza w kwestii korupcji, istnieje zagrożenie: postkomuniści powracają do władzy, i to w dużo większej skali niż to było w roku 93. Działacze z sięgającego czasów PZPR zaplecza SLD będą chcieli zaspokoić swoje apetyty. Pragmatyczno-liberalna „góra” będzie miała ogromne trudności z opanowaniem partyjnych „dołów”. 
SLD, które przez ostatnie 4 lata często wspierało AWS w planach rozbudowy państwa opiekuńczego, będzie musiał się wywiązać z przedwyborczych obietnic składanych emerytom, rolnikom, robotnikom. I to jest największy problem Leszka Millera i jego kolegów: albo SLD zacznie realizować swoje obietnice, co przyniesie dramatyczne i dalekosiężne skutki w życiu społecznym i gospodarczym, albo się z nich wycofa kosztem utraty społecznego poparcia.
SLD potrafiło zmienić swój image, zyskało poparcie społeczne także dzięki profesjonalnym posunięciom socjotechnicznym, ale po wyborach skutki tej taktyki postawią Sojusz w trudnej sytuacji. Położenie Polski w ciągu najbliższych paru lat będzie również trudne.



Autor jest historykiem i politologiem; współzałożycielem, a w latach 1982-94 redaktorem naczelnym drugoobiegowego (do 1990) Kwartalnika Politycznego „Krytyka”; profesorem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i w Instytucie Historii uniwersytetu w Białymstoku. Napisał m.in.: „Nacjonalizm gospodarczy – szansa czy bariera rozwoju” (1992), „Economic Nationalism and Development. Central and Eastern Europe between the Two World Wars” oraz – z Wojciechem Roszkowskim – „Transformacja i postkomunizm” (1999, 2000).

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl