Votum separatum

Na obrzeżach

JÓZEFA HENNELOWA

 

Gdy teraz ludzie czytają komentarze i refleksje odnoszące się do wstrząsu 11 września, większość słów i myśli jest już od razu nieaktualna, bo coraz nowe fakty każą rewidować dopiero co wypowiedziane sądy, oceny, przewidywania. Lepiej więc, że tylu piszących nie napisało jeszcze nic – i może byłoby również lepiej, gdyby także nie wszyscy z tych, co mają okazję mówić publicznie, koniecznie to robili. Zalew słów, jaki osaczył nas od pierwszej godziny ataku na nowojorskie drapacze, i tak był niewspółmierny i do perspektywy wydarzeń, i do odczuć ludzkich. Myślę nawet, że ta dysproporcja będzie rosła i nabierała charakteru ostrzegawczego. Ani politycy, ani media już nie nadążają za ruchami orbity, na którą od tamtego momentu wkroczył świat...
Pozostańmy więc, kto może i potrafi, na obrzeżach. Na razie przynajmniej. Na obrzeżach lokalnych i własnych, prywatnych. Lokalnym obrzeżem wydaje się dziś, w niedzielę 16 września, przede wszystkim nasza polska kampania wyborcza. Tylko niektórzy potrafili nadać jej nowy, powściągliwy charakter. Wątpliwe jednak, czy ktokolwiek na to zwrócił uwagę. Bo wszędzie na ogół dawna buta, demonstracyjne zadowolenie z siebie, pouczanie wszystkich naokoło, agresywność i całkowita niezdolność wykorzystania publicznego głosu na refleksję płynącą z naszych polskich doświadczeń złych i dobrych, na szukanie innych niż dotąd, skoro tyle się nie udało, sposobów „troski o dobro wspólne”, jak z upodobaniem nazywają politykę najwięksi moraliści. A oni z kolei też koncentrują się prawie wyłącznie na ostrzeżeniach, zamiast próbować szukania kluczy do rozwiązań tak koniecznych, tak niezbędnych. Rozwiązań, nie haseł, choćby najpiękniej brzmiących. 
Całkiem prywatnym obrzeżem są dla mnie w tych dniach lektury. Przypadkiem zupełnym lektury o wyraźnym wspólnym mianowniku. Czytane na nowo „Dzienniki czasów wojny” Nałkowskiej, dawno już wydana korespondencja Zygmunta Hertza z Miłoszem i ukończone właśnie „Wspomnienia wojenne” Karoliny Lanckorońskiej. Dwoje z tych autorów już nie żyje, ale wszyscy troje to pokolenia starsze ode mnie o jedno albo dwa. Nadto Dzienniki Nałkowskiej to zapis kondycji społeczeństwa, nie tylko jej samej i jej środowiska. I we wszystkich tych świadectwach to samo uderza: właśnie wspaniały gatunek tej kondycji na czasy trudne, czasy od apokaliptycznych do co najmniej nienormalnych (jak emigrancka egzystencja Hertza). Wrzesień 39 roku u Nałkowskiej, ucieczka z Warszawy, tułanie się tysięcy ludzi po kresowych wsiach i dworach, rozsypka obrony, sytuacja braku ziemi pod nogami, początek nędzy, śmierć za plecami – i zdeterminowany spokój ciągłego ratowania się, wspierania, dźwigania do następnego wysiłku, opieki nad sobą nawzajem, szukania nadziei, którą można by się podzielić z otoczeniem choćby tylko na najbliższą godzinę, i zwyczajna dzielność egzystowania w warunkach w niczym nie podobnych do tych, które dotąd były najnormalniejsze pod słońcem. We wspomnieniach wojennych Lanckorońskiej uderza to jeszcze dobitniej, bo dochodzi przecież od pierwszych dni jej czynna służba społeczna w najróżniejszych formach. Cóż za formację mieli tacy jak ona, że to wszystko nieśli i realizowali jakby było najprostszą oczywistością, a nie próbą apokalipsy... U Hertza w listach widać to tylko pośrednio, bo nigdy w nich nie nawiązuje do czasu łagrów, który musiał być dlań rozstrzygającą cezurą. Daje się tylko odczytać – między setką smacznych ploteczek o ludziach objętych pomocą i opieką „Kultury” i jego własną – tę właściwą miarę rzeczy, której posiadanie dawało mu dość energii by tak właśnie dziesiątkami lat się trudzić. Ale potem przychodzi ostatni rozdział – śmiertelna choroba, też w listach do Miłosza jeszcze utrwalona. I wstrząsająca zmiana tonu: spokojna zwyczajność, znamionująca odwagę najwyższej próby. A o ludziach – już tylko i wyłącznie dobrze. Tych stron nie można czytać bez najgłębszego wzruszenia. 
Właściwie nad takimi lekturami można by tylko zazdrościć ich twórcom zdanych egzaminów. I życzyć sobie po cichu, zawczasu jeszcze, by z nami, skłóconymi, małostkowymi, rozproszonymi na byle co, mogło być choć trochę podobnie. 

Józefa Hennelowa
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl