A. B.

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Zaledwie zaczął się w szoku 11 września wiek dwudziesty pierwszy, a już dwa dni później ukończył 70 lat mój przyjaciel Andrzej Biernacki. Przejąłem się tą rocznicą. Dotąd jubileusze były udziałem naszych profesorów, pisarzy, których czytywaliśmy od zawsze. Po raz pierwszy barierę przekracza ktoś z generacji lat trzydziestych, do której należę. 
A. B., starszy ode mnie o cztery lata, zdążył jeszcze dobrze zapamiętać czasy wojenne. Jego biografia też układała się bardziej dramatycznie niż moja. Już w roku 1940 został z rodziną wysiedlony z rodzinnego domu do Generalnej Guberni. Po roku 1945 nie tylko nie mógł do niego wrócić, ale nawet nie wolno mu było mieszkać w powiecie, w którym się urodził. W roku 1948, przed maturą, został wyrzucony z liceum z przyczyn politycznych. Znalazł się jednak autentycznie lewicowy dyrektor, który przyjął go do swojej szkoły mimo wilczego biletu. Po maturze zatrudnił się jako goniec i zmieniwszy w ten sposób swój status klasowy, po roku dostał się na studia. 
Ale już „na I roku warszawskiej polonistyki skupiła się koło kolegi Biernackiego grupa osób pochodzenia mieszczańskiego i inteligenckiego. Kolega B. wykluczał też marksistowską metodę badań literackich... najpierw położono nacisk na oderwanie ludzi od Biernackiego”. W końcu, w roku ’53 został pod zarzutem niewłaściwej postawy politycznej z uczelni relegowany. Zanim w roku ’59, dzięki dziekanowi Liberze odzyskał prawa studenta, korzystał z Biblioteki Uniwersyteckiej, gdzie go poznałem. Znajomości tej zawdzięczam wiele moich lektur, poczynając od eseju Witolda Jabłońskiego „Geneza chińskiej bibliografii a rodzaje literackie”. A. B., czytelnik i bibliofil, stał się moim nieocenionym przewodnikiem.
W roku 1955, gdy Jarosław Iwaszkiewicz objął po Ważyku redakcję „Twórczości”, A. B. zaczął współpracę z tym pismem, trwającą do dzisiaj. W ciągu ostatnich trzydziestu lat są to felietony zamieszczane w dziale „Noty”, podpisywane Abe, dla których wciąż czytam to pismo. Starsi czytelnicy „Tygodnika” także mogą pamiętać jego teksty.
We wczesnych latach 60. postanowiliśmy wspólnie przygotować antologię polskiego eseju XX wieku. Zdołaliśmy ogłosić we „Współczesności” eseje Ludwika Frydego, Władysława Milbrandta, Konstantego Troczyńskiego z naszymi komentarzami sygnowanymi ABAD. Kolejny: „Sceptycyzm u Berenta” był już na kolumnie, gdy niejaki Jan Zbigniew Słojewski zawiadomił redaktora Józefa Lenarta, zastępcę członka, że autor eseju Jerzy Stempowski to Paweł Hostowiec z paryskiej „Kultury”. Nie cenzura, lecz redakcja wycofała rzecz z numeru, a my zrezygnowaliśmy z dalszej współpracy. Potem jednak udało się Andrzejowi wydać ważną antologię „Portrety uczonych polskich. 51 sylwetek humanistów” (Kraków 1974, Wydawnictwo Literackie).
Od lat 60. ogłosił w „Polskim Słowniku Biograficznym” kilkadziesiąt haseł. Od roku 1979 do końca istnienia tego pożytecznego wydawnictwa, to jest do tomu za rok 1984, prowadził w „Roczniku Literackim” dział biogramów zmarłych w danym roku pisarzy. Jest to jedna z kilku napisanych, lecz nie wydanych jego książek. Książek obserwatora i czytelnika zarazem, zdolnego dostrzec wszystkie zalety talentu i charakteru, także u pisarzy mniejszych, a zarazem surowego i bezwzględnego. Także w życiu łączy A. B. doskonałość manier, i to według miary sprzed roku 1914, z niezmierną surowością. Mam poczucie, że to on mógłby być bohaterem anegdoty, którą profesor Stefan Swieżawski opowiada o Kazimierzu Twardowskim. Twardowski ustąpił kiedyś w tramwaju siedzącego miejsca jakiejś pani. „Gdy ta usiadła, rozległ się za chwilę groźny głos profesora: Proszę wstać! Przestraszona wstała. Twardowski usiadł na swoim dawnym miejscu i wtedy powiedział wyraźnie: »Bo pani nie podziękowała!«”
Wincenty Faber, Zbigniew Kubikowski, Julian Rogoziński, oto pierwsze z brzegu nazwiska pisarzy mniej znanych, których teksty chce się raz jeszcze wziąć do ręki po lekturze stroniczki A. B. Podobnie nocie w „Twórczości” zawdzięczam przyjemność obcowania z esejami Mariana Bizana, a teraz cieszę się na lekturę książki Kordiana Tarasiewicza „Przygody z kawą i herbatą”. Dla odmiany rzecz o autorce zmarłej w roku 1980. „Halina Snopkiewicz karierę literacką zrobiła błyskawiczną. Stało się tak zupełnie, jak zamarzyła bohaterka jej powieści debiutanckiej... Zdam maturę, pojadę do Warszawy i tam wtrynię się w środowisko literackie. Potem przybyli architekci, pracownicy handlu zagranicznego i inni, ale zasada życiowa pozostała ta sama: Byłam wdzięczna władzy ludowej, że zatarła różnice klasowe między nami. Zatarcie wszelako zostało o tyle powierzchowne, iż nie udało się jakoś wytrzebić proletariackiego nawyku nieodmienności liczebnika: Pięćdziesiąt młodych robotników w nienagannych koszulach, świetnie tańczących”. Liche używanie polszczyzny bywa karcone nieubłaganie niezależnie od społecznej rangi delikwenta.
Zbyt dobra pamięć o wczesnych latach 50. poważnie utrudnia życie Andrzejowi. Umie on zresztą wyrazić sympatię wszystkim, którzy w jakiś sposób dali wyraz żalowi z powodu swych uczynków minionego czasu, czego świadectwem może być bardzo sprawiedliwa, wyważona ocena całokształtu działalności Stefana Żółkiewskiego zawarta w książce „Historia ośmiu zjazdów polonistycznych”, jedynej, którą dotąd wydał. Nie jest natomiast zdolny do uznania, że cztery dziesięciolecia poważnej, przyzwoitej działalności wystarczą, by całkiem zapomnieć o czterech latach sprzeniewierzenia się prawdzie. Zmarginalizowany dziś w myśl reguł towarzysko-politycznej poprawności, zapewne i tak pozostanie Andrzej Biernacki jednym z ważnych świadków minionego stulecia.
 

Andrzej Dobosz
 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl