Nie tylko terroryzm

Z prof. ADAMEM DANIELEM ROTFELDEM, dyrektorem Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem w Sztokholmie, rozmawia KRZYSZTOF BURNETKO

 

Krzysztof Burnetko: Czy zamach na WTC i Pentagon jest początkiem III wojny światowej? Zwolennicy tej tezy porównują go z japońskim atakiem na Pearl Harbor w 1941 r...
Adam Daniel Rotfeld: – W obu przypadkach był to wstrząs dla społeczeństwa amerykańskiego i w obu zaskoczone zostały służby wywiadowcze. Pod każdym innym względem porównanie jest chybione. Pearl Harbor był punktem zwrotnym w wojnie z państwami Osi, Roosevelt mógł wreszcie przystąpić do wojny po stronie aliantów. Ataki terrorystyczne w Nowym Jorku i Waszyngtonie nie są początkiem III wojny. Mogą być początkiem co najwyżej międzynarodowej koalicji przeciwko terroryzmowi.
– Co to może oznaczać w praktyce?
– Zmienią się priorytety: w miejsce programu obrony przeciwrakietowej, opartego na założeniach teoretycznych i wirtualnych celach, na plan pierwszy wysuną się zagrożenia już istniejące. 
Nie znamy sprawców tej zbrodni, ale bez ryzyka można powiedzieć, że chodziło im o podważenie pozycji Stanów Zjednoczonych jako przywódcy wspólnoty demokratycznych państw. Akt terroru wymierzony w dwie wielkie budowle, symbolizujące amerykańską potęgę ekonomiczną i wojskową, miał zdyskredytować USA w oczach społeczności międzynarodowej. Dziś już wiemy, że efekt jest odwrotny od zamierzonego. Paradoksalnie zamach umocnił pozycję USA. Pozostaje pytanie: co dalej? 
Sprawcy i ich inspiratorzy wcześniej czy później będą wykryci i ukarani. Istotniejsze są jednak skutki długofalowe. Z jednej strony – i jest to powód do optymizmu – opracowany zostać musi globalny program walki z terroryzmem. Jednak z drugiej strony reakcją będzie prawdopodobnie przesunięcie nastrojów społecznych w wielu krajach na prawo, w poszukiwaniu „silnego człowieka”, który zapewni ład i bezpieczeństwo. Demokratyczne państwa mają swą piętę Achillesa. W warunkach poszanowania swobód obywatelskich społeczeństwa tych państw, jeśli są zaatakowane przez terrorystów, mogą utracić zaufanie do demokratycznie wybranych rządów. Obywatel ma prawo oczekiwać od państwa bezpieczeństwa, a rządy mają obowiązek je zapewnić. Poczucie bezradności sprawia, że społeczeństwa mieszczańskie, postawione przed fałszywym wyborem: wolność czy bezpieczeństwo, z reguły skłaniają się ku bezpieczeństwu – nawet kosztem swobód. Miejmy jednak nadzieję, że tym razem rządy wyciągną wnioski i podejmą skuteczne działania przeciwko terroryzmowi bez uszczerbku dla demokracji.
Czy w10 lat po końcu zimnej wojny i na początku XXI w. to międzynarodowy terroryzm jest największym zagrożeniem dla pokoju?
– Są i inne. Pytanie o zagrożenia sam sobie zadałem, kiedy w 1991 r. wybrano mnie dyrektorem SIPRI. Zorganizowałem wtedy konferencję z udziałem najwybitniejszych specjalistów w dziedzinie bezpieczeństwa. Zastanawialiśmy się, jaki powinien być program badawczy Instytutu w nowych warunkach. Kiedy bowiem w połowie lat 60. powstawał SIPRI, założyciele postawili mu dwa zadania: zapobieganie konfliktom oraz wyścigowi zbrojeń, a zwłaszcza rozprzestrzenianiu broni masowej zagłady. Rychło okazało się, że w pierwszej sferze nic zrobić nie można – trwała ostra rywalizacja między dwoma blokami. SIPRI skupił się na badaniach wyścigu zbrojeń, a przede wszystkim na ujawnianiu danych. Wtedy były one niedostępne opinii publicznej, zwłaszcza w obozie radzieckim wszystko było objęte tajemnicą.
Po upadku bloku wschodniego problem ukrywania danych stracił na znaczeniu: nawet Rosjanie dzielą się niektórymi dotąd pilnie strzeżonymi informacjami. SIPRI może też wreszcie podjąć drugie zadanie: badać naturę konfliktów i sposoby zapobiegania im, w szczególności na poziomie regionalnym oraz – właśnie – sposoby zwalczania terroryzmu.


Skala regionu


– To teraz największe niebezpieczeństwo? 
– Tak. System dwubiegunowy sprawiał, że nawet najdrobniejszy spór lokalny stawał się przedmiotem rywalizacji w skali światowej, czy były to napięcia w Erytrei, czy w Mozambiku. Dopiero po upadku jednego z mocarstw konflikty te sprowadzone zostały do właściwych im wymiarów i pojawiła się możliwość rozwiązywania problemów w skali lokalnej i subregionalnej. Upadek ZSRR sprawił nadto, że zajęliśmy się Rosją już nie jako stroną w sporze mocarstw, ale osobnym państwem, które – co ważne – jest pozostałością po imperium.
– W Rosji ciągle żywe są imperialne ambicje – jak za caratu i ZSRR.
– ZSRR w istocie przejął imperialne aspiracje carskiej Rosji. Więcej: uzyskał rangę imperium globalnego motywowanego ideologicznie. Teraz Rosja nie pretenduje do roli imperium pod względem ideologicznym, ale wciąż – ze względu na olbrzymie terytorium i potencjał nuklearny – chce nim być jako państwo narodowe. Główną przeszkodą jest wewnętrzna słabość – Rosja od dziesięciu lat znajduje się w kryzysie. Koniec każdego imperium jest bolesny. Austria, która po I wojnie światowej utraciła mocarstwową pozycję i olbrzymie terytoria, długo uważała to za przejściowe zrządzenie losu. Wiele problemów prowincjonalnego nacjonalizmu austriackiego, którego ostatnim wytworem jest m.in. partia Haidera, wynika właśnie z nostalgii za utraconym cesarstwem. Podobne żale miała Turcja po rozpadzie imperium otomańskiego. 
Wspominam o Austrii i Turcji, bo imperium rosyjskie, a później radzieckie, przypominało bardziej struktury austro-węgierskie i otomańskie niż kolonialne imperia Wielkiej Brytanii, Francji czy Belgii. Choćby dlatego, że było kontynentalne, podczas gdy tamte były zamorskie. W Rosji zakorzenione było przekonanie, że Kaukaz jest naturalną i integralną częścią imperium. Dlatego i dziś Rosjanom trudno pogodzić się z secesyjnymi dążeniami Czeczenii, Dagestanu czy Inguszetii, a także z faktem, że jeśli te kraje mają pozostać w granicach Rosji, to w zamian musi ona zagwarantować im szeroką autonomię. 
Nowy wymiar zyskały też stosunki między Rosją a Europą. Tu także musi powstać nowy ład w sferze bezpieczeństwa. Układ taki wyłania się również w relacjach między Rosją a Azją. Tego typu relacje w skali regionu są teraz najistotniejsze dla pokoju.
– Czy da się zapobiegać konfliktom, które często mają złożone podłoże? 
– W 1996 r. SIPRI opublikowało analizę dezintegracji Jugosławii i ZSRR. Alarmowaliśmy, że w najbliższym czasie wybuchnie sprawa Kosowa. Gdyby podjęto wówczas odpowiednie działania – nadano autonomię, wspierano naukę w języku albańskim, wprowadzono samorząd z umiarkowanymi politykami albańskimi – można było temu konfliktowi zapobiec. Kłopot w tym, że polityka zwykle jest reaktywna, a rzadziej kreatywna. Politycy podejmują odważne decyzje dopiero wtedy, gdy są do tego zmuszeni kryzysem. Wcześniej zwlekają, bo każda decyzja niesie ryzyko. Prawidłowość ta występuje zwłaszcza w czasach pokoju, gdy sytuacja jest stabilna, a narody żyją w dobrobycie. Do władzy dochodzą wtedy ludzie, którzy nie są mężami stanu, lecz jedynie kompetentnymi urzędnikami. Mają kwalifikacje, ale brakuje im wizji. Ich cechą jest unikanie odpowiedzialności. Inaczej sprawy mają się w warunkach wojny; towarzyszą jej sytuacje skrajne, które wymagają zdecydowanych i szybkich wyborów. Siłą rzeczy ster obejmują silne osobowości. To nie przypadek, że takie postacie, jak de Gaulle, Churchill czy Roosevelt pojawiły się na czele demokratycznych państw w czasie wojny i nie jest też przypadkiem, że de Gaulle czy Churchill utracili społeczne poparcie w momencie, kiedy sytuacja wróciła do normy i wyborcy uznali, że odważne decyzje nie będą już potrzebne. 


Cena pokoju


Strach przed wszechwładnym w demokracji wyborcą sprawia, że nawet interwencje humanitarne przeprowadza się tak, by broń Boże nie było strat – zwłaszcza w ludziach. Hamulcem są też koszty materialne: bo co powiedzą wyborcy?
– Są i inne bariery: przecież dzisiejsi przywódcy są otoczeni podobnym sobie aparatem, który, jak każda biurokracja, jest niemal genetycznie zaprogramowany na unikanie zdecydowanych posunięć. Stąd, na przykład, rozmowy w sprawie rozszerzenia Unii Europejskiej sprowadzane są często do debat nad długością dopuszczalnego do sprzedaży ogórka. Tymczasem nie to powinno być podstawą zasadniczej decyzji, czy kraje regionu Europy Środkowo-Wschodniej przyjąć do Unii. Będzie to wydarzenie epokowe, przesądzi o pokojowym rozwoju Europy na najbliższe sto lat. Lecz choćby nawet politycy zdobyli się na taką wizję i uznali, że w jej imię warto przejść do porządku dziennego nad pewnymi niedociągnięciami kandydatów, to aparat biurokratyczny ściągnie ich na ziemię. To on ma wcielać w życie idee polityków, a 17 000 urzędników unijnych może storpedować wszystko. Dzieje się to metodą erozji: a to uznają, że brakuje jakiegoś dokumentu, a to nie dopilnują terminu itd. 
– Pokój ma swoją cenę.
– Tak, ale nawet najdroższy pokój kosztuje mniej niż najtańsza wojna. Naturalnym odruchem jest jednak bagatelizowanie zagrożenia. Skuteczne zapobieganie konfliktom jest mało spektakularne i trudno wymierne.To tak jak z powodzią. Kiedy ktoś zasugeruje, że trzeba na wszelki wypadek zbudować zbiorniki retencyjne, zaraz znajdzie się wielu, którzy powiedzą: teraz nas na to nie stać. Kiedy jednak woda wyleje, straty są nieporównanie większe niż pozornie zaoszczędzone środki. Zapobieganie konfliktom także kosztuje o wiele mniej niż odbudowa regionu, w którym do konfliktu doszło.
Popularny staje się ostatnio pogląd, że dla zapewnienia pokoju najważniejsze jest udoskonalanie prawa międzynarodowego. Prawo ma zastąpić politykę. 
– To nieporozumienie. Zwolennicy tej tezy nie zauważają, jak zmieniła się istota relacji międzynarodowych. 
Dziś o bezpieczeństwie świata nie przesądzają stosunki między państwami, lecz sytuacja wewnątrz państw. To nowa jakość. Mówi się, że o bezpieczeństwie świata zdecyduje układ sił między Stanami Zjednoczonymi a Chinami czy między Ameryką a Rosją – owszem, to ważne, ale o wiele ważniejsze jest, jak potoczą się wypadki w Rosji i Chinach. 
W Ameryce rozwój sytuacji jest przewidywalny. O Rosji i Chinach tego powiedzieć się nie da. Wiadomo tylko, że Moskwie i Pekinowi największe kłopoty sprawić mogą nie ewentualni wrogowie z zewnątrz, lecz niekorzystny przebieg wewnętrznych procesów społecznych i ekonomicznych. Podobnie jest z prognozowaniem rozwoju Unii Europejskiej. Badacze analizują tu stosunki francusko-niemieckie, relacje między Unią a Stanami Zjednoczonymi itd. Natomiast decydujące dla Unii będzie to, kto obejmie władzę w poszczególnych krajach członkowskich. Już widać, jak kampanie wyborcze wpływają na opinie polityków chociażby w sprawie rozszerzania Unii. 
O roli Polski w Europie w równie wielkim stopniu, jak polityka zagraniczna ministrów Skubiszewskiego, Geremka czy Bartoszewskiego, zdecydował sukces reform społecznych i ekonomicznych wprowadzanych od 1989 r., zwłaszcza przez rząd Mazowieckiego i Balcerowicza. Gdyby one się nie udały, Polska byłaby tak zmarginalizowana jak Bułgaria czy Ukraina. 
Demokratyzacja świata umacnia bezpieczeństwo także dlatego, że o ile w okresie zimnej wojny wszystko było przesądzone przez dwa bloki, to teraz wiele zależy także od mniejszych państw. Dawniej takie kraje, jak Polska czy Szwecja, były pionkami układu bipolarnego, teraz i one mogą wpływać na stan światowego bezpieczeństwa.
– Czy jednak wzrost liczby graczy na scenie międzynarodowej nie grozi chaosem? 
– Stabilizacji zagrażać może nie tyle pojawienie się większej liczby państw, co niedostosowanie zasad i reguł, na jakich dotąd opierał się ład międzynarodowy, do nowych wyzwań i zagrożeń. Przez lata kilka reguł uważano za niewzruszone – bo gwarantujące bezpieczeństwo. Od konferencji w Helsinkach w 1975 r. wymieniano je niemal jak Dekalog: chodzi o suwerenną równość państw, nienaruszalność granic i integralność terytorialną, zasadę nieużywania siły i obowiązek pokojowego rozstrzygania sporów, zasadę współpracy między państwami i niemieszania się w sprawy wewnętrzne, obowiązek respektowania praw człowieka i nakaz przestrzegania w dobrej wierze zobowiązań prawnomiędzynarodowych. Osobne miejsce zajmowało prawo narodów do samostanowienia. Rzecz w tym, że między prawem do samostanowienia a zasadą integralności terytorialnej państw istnieje sprzeczność. Skrajną konsekwencją prawa do samostanowienia jest możliwość secesji, co oznacza podważanie integralności terytorialnej państw. Ilustracją był rozpad bloku radzieckiego. 
– Jak rozwiązać tę sprzeczność?
– Trzeba reinterpretować niektóre zasady stosunków międzynarodowych i sformułować kilka nowych. Na prośbę Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie SIPRI w 1996 r. opracował ,,Nowy program bezpieczeństwa Europy”. Postulowaliśmy potrzebę nowej definicji prawa narodu do samostanowienia oraz reguły integralności terytorialnej państw. 
Prawo do samostanowienia w tradycyjnym rozumieniu oznacza, że naród ma prawo do oderwania się i stworzenia własnego państwa. Dziś na świecie mamy ponad 190 państw; wiele z nich nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Teoretycznie twór uznawany za państwo obejmuje trzy elementy: terytorium, ludność oraz skutecznie wykonywana nad nimi władza. Kłopot w tym, że wiele współczesnych państw ma nie do końca określone terytorium bądź ludność lub nie są one zdolne do wykonywania kontroli nad terytorium i ludnością. 
Z tego punktu widzenia można wyróżnić pięć kategorii aktorów współczesnej sceny międzynarodowej. Pierwsza to państwa, które odpowiadają wszystkim trzem kryteriom, a ponadto ich władza ma demokratyczną legitymację lub przynajmniej deklaruje, że dąży do jej legitymizacji. Przykładem Rosja, gdzie wprawdzie wybory nigdy nie były w pełni demokratyczne, ale świat je uznawał – wychodząc z założenia, że skoro państwo rosyjskie zgłasza chęć doskonalenia instytucji demokratycznych, trzeba odnieść się do tej deklaracji ze zrozumieniem. Do tej kategorii należy ok. 100 państw. 
Pozostałych 90 krajów nie ma legitymacji demokratycznej. Ba, wiele z nich z zasady odmawia respektowania zasad demokratycznych. Tyle że są to kraje stabilne – jak np. Arabia Saudyjska. To kategoria druga. Trzecią są – jak mawiają Amerykanie – „państwa zbójeckie”, czyli takie, które kwestionują porządek międzynarodowy. Rządzący nimi dyktatorzy dla utrwalenia swej władzy kreują często zagrożenia zewnętrzne. To m.in. Irak i Korea Północna. Do kategorii czwartej należą kraje tak słabe, że wymagają troski ze strony wspólnoty międzynarodowej. Chodzi tu o wiele państw Afryki i Ameryki Środkowej, ale też o niektóre kraje w Europie Południowej: Albanię, Bośnię, Macedonię. Są stosunkowo przewidywalne, deklarują wolę demokratycznego rozwoju, ale trzeba je wspierać, by mogły przetrwać. 
Jest wreszcie piąta kategoria aktorów sceny międzynarodowej. Nie są to państwa, lecz – z jednej strony – potężne międzynarodowe organizacje terrorystyczne i mafie, a z drugiej – wielkie koncerny i grupy finansowe. Potęga materialna i wpływy decyzyjne obu tych struktur są często dużo większe niż siła niektórych mocarstw czy grup państw.


Samostanowienie czy anarchia


– Jak w tej sytuacji realizować prawo do samostanowienia, by nie skończyło się totalną anarchią? 
– Gdyby pojmować je abstrakcyjnie, to należałoby uznać postulaty wszystkich grup, które żądają niezależności powołując się na względy narodowe, etniczne, religijne, językowe itd. W praktyce oznaczałoby to na przykład, że Baskowie mogliby oderwać się od Hiszpanii, uruchamiając reakcję łańcuchową – natychmiast oderwałaby się również Katalonia. Gdyby powstało samodzielne Kosowo, Węgrzy z Wojwodiny mogliby powiedzieć: dlaczego nie możemy przyłączyć się do Węgier?
Obecnie niezależności domaga się blisko 3,5 tysiąca różnych grup mniejszościowych. Gdyby im ją przyznać, świat stałby się niesterowalny. Współczesne prawo do samostanowienia oznacza, że państwa powinny zapewnić grupom mniejszościowym na swoim terytorium maksimum praw i szeroką autonomię – obojętnie, czy będzie się to nazywało federacją, konfederacją czy szczególnym statusem. Należy również powiedzieć jasno, że społeczność międzynarodowa nie popiera abstrakcyjnej interpretacji prawa do samostanowienia, zgodnie z którą wszystkie grupy mniejszościowe mogą tworzyć samodzielne państwa.
Jaką rolę w obecnym porządku światowym odgrywają organizacje międzynarodowe? Za dużą – bo przecież przejmują część praw należących dotąd do państw, czy za małą – bo często są mało mobilne i też wzdragają się przed decyzjami?
– Co do pierwszej kwestii: państwa delegują tym organizacjom część swoich suwerennych praw z własnej woli. Co do drugiej: tak jak Molierowski monsieur Jourdain nie wiedział, że mówi prozą, tak i my nie wiemy, że od 8-10 lat żyjemy w innym porządku międzynarodowym. W rezultacie – oprócz prawa do samostanowienia i zasady integralności terytorialnej – trzeba na nowo określić zasadę niemieszania się w sprawy wewnętrzne innych państw. 
Obecna koncepcja systemu międzynarodowego ukształtowała się po 1648 r. w wyniku pokoju westfalskiego, na podstawie traktatów podpisanych w Monastyrze i Osnabrück. Zniesiono wówczas średniowieczny porządek, wedle którego podmiotami systemu międzynarodowego były – obok państw – m. in. klasztory, kościoły, księstewka, hrabstwa, a zwłaszcza miasta. Wprowadzona wówczas zasada, że podmiotem stosunków międzynarodowych są tylko państwa, funkcjonowała w miarę sprawnie przez ponad 350 lat. Jednak od początku lat 90. XX w. wielu myślicieli i politologów twierdzi, że mamy do czynienia z nową sytuacją. Niektórzy mówią o swoistym powrocie do sytuacji przedwestfalskiej. Na system międzynarodowy oddziałuje dziś bowiem także sytuacja wewnętrzna w poszczególnych krajach, instytucje takie jak UE, NATO, OBWE, Rada Europy i inne organizacje międzynarodowe oraz wielkie światowe korporacje. Nowym elementem systemu jest obowiązek poszanowania praw człowieka: dopuszcza się nawet – w przypadku masowego i brutalnego naruszenia tych praw – interwencję zewnętrzną w ich obronie. Przykładem była sytuacja w Ruandzie oraz interwencja NATO w Kosowie. Jednostka nie jest wprawdzie podmiotem prawa międzynarodowego, ale prawo to zapewnia jej specjalną pozycję i ochronę.
Dotąd świat tworzył instytucje mające regulować i łagodzić spory między państwami. Temu służyć miał powstały po I wojnie światowej Stały Trybunał Sprawiedliwości Międzynarodowej. Zresztą spełniał on swe zadanie lepiej niż powołany po II wojnie Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. MTS, utworzony w ramach Karty Narodów Zjednoczonych, nie odegrał istotnej roli w zapobieganiu konfliktom, bo był ograniczony układem dwubiegunowym i w związku z zimną wojną został zmarginalizowany. Teraz okazało się, że większym problemem niż konflikty międzypaństwowe są napięcia w poszczególnych krajach. Stąd społeczność międzynarodowa oczekuje od nowych instytucji, że będą w szerszej mierze interweniować w sprawy, które z istoty należą do kompetencji państw. 
– Na ile aktualne są dziś tradycyjne mechanizmy utrzymywania bezpieczeństwa? 
– Minęły już czasy wielkich układów rozbrojeniowych i konferencji pokojowych. Dotychczas obowiązywało założenie, że w razie kryzysu międzynarodowego rozwiązanie muszą znaleźć mocarstwa. Ich zdanie na ogół zamykało sprawę. Tak było choćby po obu wojnach światowych. Niektóre decyzje okazały się zresztą chybione, choć podejmowali je wielcy mężowie stanu. Przykładem narzucenie Bałkanom po I wojnie światowej szeregu sztucznych rozwiązań, które do dziś stanowią źródło zadrażnień. We współczesnym świecie zmieniła się rola mocarstw, a konflikty mają mniejszą skalę. Miejsce globalnych decyzji zajmuje pragmatyczne, żmudne poszukiwanie rozwiązań cząstkowych, które, niczym mozaika, złożą się w nowy system. 
Czy nie jest tak, że w przypadku najtrudniejszych, zadawnionych konfliktów zawodzi nawet tak skuteczny instrument, jakim był tzw. proces pokojowy – czyli działania rozjemcze prowadzone przez autorytety międzynarodowe? Dowodem wojna izraelsko-palestyńska.
– Z reguły konflikty toczą się o władzę lub terytorium. Są jednak i takie, gdzie stawką jest wszystko: to przypadek sporu między Izraelem a Palestyńczykami. Walki na Bliskim Wschodzie wybuchły nie dlatego, że źle przeprowadzono negocjacje w Oslo i w Madrycie czy też że Bill Clinton jako gospodarz spotkania w Camp David popełnił błędy. Powodów jest wiele. Jednym z najważniejszych jest oderwanie się elit Izraela i Autonomii Palestyńskiej od własnych społeczeństw. Premier Barak, aby uniknąć losu swego wielkiego poprzednika Rabina i nie pozwolić opozycji na zablokowanie pokojowego rozwiązania, postanowił zakończyć konflikt z Palestyńczykami z zaskoczenia. Dyktowało mu to doświadczenie dowódcy wojskowego. Nie uważał za celowe, by we właściwym momencie wytłumaczyć narodowi, jaki jest jego pomysł na rozwiązanie sporu. 
Szef OWP Arafat również nie podjął takiej próby – i to z dwóch powodów: nie ma w Palestynie demokratycznych instytucji i mechanizmów, sam zaś Arafat jest zakładnikiem sił z definicji przeciwnych porozumieniu z Izraelem. Rzecz w tym, że elity mogą porozumieć się co do kontroli zbrojeń – na co dzień ludzi niewiele to obchodzi. Gdy jednak idzie o wprowadzenie decyzji, które będą bezpośrednio wpływały na ich życie, trzeba uruchomić kłopotliwy i długotrwały proces demokratyczny. Oczywiście autorytet zawsze się przydaje. Takim autorytetem był choćby Tadeusz Mazowiecki jako specjalny wysłannik NZ w Jugosławii. 
Tołstoj w pierwszym zdaniu „Anny Kareniny” napisał, że wszystkie rodziny szczęśliwe są do siebie podobne, a tylko nieszczęśliwe są nieszczęśliwe każda na swój sposób. Konflikty międzynarodowe to takie nieszczęśliwe rodziny. Dlatego proponując rozwiązanie, trzeba za każdym razem uwzględniać specyfikę miejsca, a nie twierdzić, że dla Macedonii będzie dobre to, co sprawdziło się w Bośni. 
W grudniu 1999 r. zostałem przyjęty na audiencji przez Papieża. Zapytał, dlaczego w świecie wybucha wciąż tak dużo konfliktów? Moja odpowiedź była banalna: konflikty wybuchają tam, gdzie społeczeństwa są pozbawione perspektyw, gdzie jest nędza. W Belgii trwa spór między Walonami a Flamandami, lecz nie przeradza się w krwawy konflikt, bo obie te grupy mają za dużo do stracenia. Gdyby przenieść je na biedne Bałkany, mogłaby się polać krew. Papież powiedział: „To prawda, ale jest też ważniejszy powód. Przez wieki mieliśmy do czynienia z rozmaitymi grupami, które żyły w strasznej biedzie, a mimo to do konfliktów nie dochodziło. A potem nagle walki wybuchały. Powodem konfliktów jest chyba przede wszystkim nierówne traktowanie. Ludziom łatwiej jest znieść trudne warunki życia niż poniżenie wynikające z nierównego traktowania przez inną grupę”. 
To trafne i głębokie spostrzeżenie. Szukając sposobów zapobiegania konfliktom na płaszczyźnie wewnętrznej, trzeba zająć się przede wszystkim kwestią traktowania jednostek oraz mniejszości, zwłaszcza narodowych i religijnych. Zagwarantowanie im równych praw powinno stać się nową, kluczową zasadą porządku międzynarodowego – tak samo ważną jak zasada suwerennej równości państw. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl