Imiona cierpienia, imiona wstydu

ZYGMUNT BAUMAN

 

Nasze poczucie odpowiedzialności moralnej niewiele się zmieniło od czasów Adama i Ewy. Cierpi na krótkowzroczność. Traci głos, gdy się znajdzie za opłotkami zagrody, a głuchnie na najbliższych rozstajach.

Są takie chwile (rzadkie niestety; rzadkie na szczęście), kiedy idąc za wskazaniem Johna Donne’a nie pytamy, komu bije dzwon. Jak gdybyśmy naczytali się Karola Jaspersa, i w przeczytane uwierzyli, i przejęli się tym, w cośmy uwierzyli: krzywda uczyniona człowiekowi przez człowieka wszystkich nas, bośmy przecież ludzie, okrywa hańbą. Wspólna to wina i wspólny wstyd, jak wspólne jest nasze człowieczeństwo. W takich rzadkich chwilach drżymy nie ze strachu, że coś takiego i nam się może przydarzyć. W tych rzadkich chwilach drżeniem napawa nas myśl, żeśmy ludźmi, a nie ma granic złu, jakie ludzie zdolni są popełnić, i nie ma granic cierpieniu – cierpieniu innych ludzi, rzecz jasna – jakim ludzie nie byliby gotowi płacić za własne, jak się łudzą, od cierpienia uwolnienie.
To była właśnie taka chwila. Chwila ludzkiej solidarności. Chwila, w jakiej na mgnienie wydobywa się z mroku, w którym na co dzień przebywa, wspólnota naszego człowieczeństwa, by ujawnić się w swej prawdziwej – jedynie prawdziwej – postaci: wspólnoty naszej wzajemnej odpowiedzialności. Chwila, do której chciałoby się zawołać: niesiesz zbawienie, trwaj wiecznie! Ale i chwila, o której – nauczeni doświadczeniem – wiemy, że wbrew wołaniom potrwa tylko... jak długo? Ano, do następnej chwili. Całkiem innej chwili niż ona i wszystko, prócz zbawienia, wróżącej.


PO JEDNEJ ZBRODNI DRUGA


Bo było już za naszej pamięci chwil takich parę – może nawet, mimo ich rzadkości, zbyt wiele, by w treść każdej z nich wniknąć tak głęboko, jak by zawarte w niej pouczenie wymagało, by przesłanie w niej zawarte wydobyć i zatrzymać. W naszych czasach waśnie plemienne i zbrodnie popełniane w imię obłąkanych idei, ale też i w imię prawdy jedynej i niepodzielnej i innych wzniosłych ideałów, stały się chlebem codziennym. Wstrząsały naszymi sumieniami, jeśli wieść o nich do nas docierała. Ale po jednej zbrodni przychodziła druga, i tym łatwiej ją było jednym dokonać, a innym przełknąć, że była druga właśnie, trzecia, pięćdziesiąta...
Wiele lat temu, zza murów kacetu, doniósł się, przez niewielu usłyszany, a i przez wielu z tych, co usłyszeli, rychło zapomniany głos pastora Martina Niemöllera: „Najpierw przyszli po komunistów i ja siedziałem cicho, bo nie byłem komunistą. Potem przyszli po Żydów i nic nie mówiłem, bo nie byłem Żydem. Potem przyszli po związkowców i nie odzywałem się, bo nie należałem do związków. Potem przyszli po katolików, a jako żem protestant, głosu nie zabrałem. Potem przyszli po mnie... Ale wtedy nie było już nikogo, kto by za kimkolwiek przemówił”.
6 kwietnia 1994 roku wodzowie plemienia Hutu wydali wojsku, policji, legionom entuzjastycznych ochotników i spolegliwych służbistów rozkaz wymordowania swych współobywateli z plemienia Tutsi. W ciągu paru tygodni pozbawiono życia, na jeden od drugiego wymyślniejsze i okrutniejsze sposoby, 700 tysięcy obywateli Ruandy i ruandyjskich dzieci. Na początku owego roku stacjonowało w Ruandzie 2500 żołnierzy ONZ, wysłanych w przewidywaniu wybuchu międzyplemiennych porachunków. W trzecim tygodniu masakry Rada Bezpieczeństwa ONZ odwołała 90% Błękitnych Beretów. „Społeczność międzynarodowa” umyła ręce od tego, co jedna niecywilizowana gromada nieokrzesanych postanowiła uczynić drugiej... Jak gdyby podzielając pogląd brytyjskiego ministra obrony Alana Clarka, wyrażony w odpowiedzi na oskarżenia o zaopatrywanie w broń śmiercionośną indonezyjskich oprawców Wschodniego Timoru: „Nie jest moją sprawą, co jedni cudzoziemcy wyprawiają z drugimi”.
Z udostępnionych ostatnio dokumentów wynika, że władze amerykańskie jednoznacznie zaleciły nieingerencję w ruandyjskie sprawy. Od tego momentu ucichło o Ruandzie. Usłyszeliśmy o niej ponownie, gdy świat zaniepokoiła epidemia cholery, jaka wybuchła na terenie Konga w obozie uchodźców ze szczepu Hutu, szukających schronienia przed zemstą niedobitków szczepu Tutsi (po których, równie jak po sobie, nie spodziewali się przebierania w środkach) i zbierających siły, by niedokończoną rzeź doprowadzić do końca.


BĘDZIE INACZEJ?


Nic tak nie wstrząsa sumieniami, jak widok cierpiącego dziecka. No i nie dziw: dziecko to z definicji stworzenie kruche, łatwe do skrzywdzenia, wymagające opieki. My, dorośli, jesteśmy tu po to, by je przed krzywdą bronić i opieką otaczać. Opieka nad słabym i skrzywdzonym jest rdzeniem odpowiedzialności moralnej, a przyjęcie odpowiedzialności za tę odpowiedzialność jest rdzeniem moralności, a więc i powołaniem człowieka, istoty moralnej. Widok cierpiącego dziecka powiada nam: chybiliście swemu powołaniu. Dlatego tak trudno ten widok znieść. I trudno ten widok z pamięci przepędzić. Starsi z nas nigdy nie zapomną widoku żydowskiego chłopca z podniesionymi rękami i niemieckim karabinem wycelowanym w plecy, ani zwęglonej skóry dziewczynki wietnamskiej polanej amerykańskim napalmem... Młodsi mają pewnie jeszcze w pamięci przezierające spod wrzodów kości zagłodzonego etiopskiego dziecka, i strach w oczach palestyńskiego chłopca tulącego się do równie jak on bezradnego ojca pod gradem izraelskich kul. A całkiem już ostatnio obiegła świat zroszona łzami i drętwa ze strachu twarz katolickiej dziewczynki z Irlandii uciekającej przed protestancką bombą. Patrzyliśmy wszyscy. Cierpieliśmy wraz z cierpiącymi dziećmi. Ale w każdym z tych przypadków – we wszystkich bez wyjątku – wielu z patrzących wysnuło lekcję, że aby chronić dzieci, trzeba pozabijać więcej niż dotąd dorosłych.
Może jednak tym razem będzie inaczej? Krew się tym razem polała nie w jakiejś tam Ruandzie, Wietnamie czy Palestynie, Somalii, Kongu czy innej, równie egzotycznej Sri Lance, ale w miejscach, których nazwy nikt z nas wyszukiwać w encyklopedii nie musi. I nie w krajach, których słabość i niezaradność doprasza się wprost tarapatów, ale w sercu najpotężniejszego (powiadają niektórzy: jedynego) dziś supermocarstwa, od którego ów Pax, na jaki wszyscy dziś liczymy, zapożyczył swą nazwę. To mocarstwo już się o to zatroszczy, by po dwu dniach ekrany telewizyjne świata za innymi sensacjami nie pognały, by mrożących krew w żyłach widoków nie zabrakło ani jutro, ani pojutrze, ani za miesiąc, byśmy nie mogli, jak mocno i rzetelnie byśmy tego nie pragnęli, z tych widoków się otrząsnąć. Więc może tym razem będzie inaczej? Jakby się chciało zakrzyknąć: tak, tym razem, wreszcie, słowo przypadnie ofiarom. Tym razem, wreszcie, nie zagłuszą ich mówcy z urzędu oddelegowani, by na ich pogrzebach przemawiać... Tym razem, wreszcie, pojmiemy i zapamiętamy, że cierpień jednych ludzi nie da się ukoić, ani wymazać cierpieniami innych.
Oby... Obawiam się, że płonne to nadzieje i ten raz od innych różnić się nie będzie; w każdym razie, nie na lepsze... Wedle Kena Allarda, wnikliwego i przez swą dociekliwość miarodajnego komentatora spraw narodowego bezpieczeństwa, „większość Amerykanów nie o tym myśli, by oddać sprawców w ręce sprawiedliwości, ale by ich odprawić do piekła”.
Hansa Jonasa, jednego z najtęższych filozofów moralnych zakończonego niedawno stulecia, nękała myśl o niewspółmierności obszaru spraw ludzkich, na jakim nasze działania lub zaniechanie działań odciskają piętno, a obszarem, jaki objąć jest zdolna nasza wyobraźnia moralna. Dzięki technice, jaką posiadamy, wpływać możemy po raz pierwszy w ludzkich dziejach – i rzeczywiście wpływamy – na warunki, w jakich przychodzi dziś i przyjdzie w przyszłości borykać się ze swymi życiowymi problemami ludom, jakich nigdy nie odwiedzimy ani z bliska nie obejrzymy, a i pokoleniom, jakie się narodzą już po naszym zejściu ze świata. Ale nasze poczucie odpowiedzialności moralnej niewiele się zmieniło od czasów Adama i Ewy. Cierpi na krótkowzroczność. Traci głos, gdy się znajdzie za opłotkami zagrody, a głuchnie na najbliższych rozstajach.


GLOBALNA ODPOWIEDZIALNOŚĆ


A wszak wypadło nam, mieszkańcom dwudziestego pierwszego stulecia, żyć w erze globalizacji – a gdy o „globalizacji” rzecz, mowa o tym, że sieć ludzkich zależności ogarnęła już, bądź w szybkim tempie ogarnia całą planetę. O żadnym zdarzeniu, najdrobniejszym nawet i o czysto lokalnym zdawałoby się znaczeniu, nie da się powiedzieć z pewnością, że nie będzie ono miało następstw o „globalnym zasięgu”. Żadnego zdarzenia, z pozoru najbardziej nawet „miejscowego” czy „zaściankowego” w pojęciu jego autorów, aktorów i świadków, nie da się w pełni opisać i objaśnić bez tego, by wziąć pod uwagę to, co się działo, dzieje lub dziać może w miejscach wielce od miejsca zdarzenia odległych. Mało co z tego, co się staje na Krakowskim Przedmieściu czy na krakowskim Rynku, jest całkiem bez znaczenia dla reszty świata, nawet gdyby owa reszta była tego nieświadoma, a sprawców to nie obchodziło; ale i mało czego dokonać można na Krakowskim Przedmieściu czy Rynku resztę świata ignorując. Kroki, jakie ludzie podejmują, mogą nie sięgać poza miejskie rogatki, ale trudno do końca zrozumieć, dlaczego te kroki zrobiono i dokąd prowadzą, jeśli się wzrokiem „sceny globalnej” nie ogarnie. Wszyscy dziś w świecie jesteśmy więc od siebie nawzajem zależni – od tego, co my czy wszyscy inni czynią, czego czynić zaniedbują lub przed czego czynieniem się wzdragają.
Sam fakt zależności nie jest od nas zależny. Nieważne, czy o zależności wiemy czy nie, czy ją uznajemy za fakt dononany czy traktujemy jak chwilowy pech, czy cieszy nas czy smuci, i czy bierzemy ją w rachubę czy ignorujemy wtedy, gdy planujemy własne działania. Nie zależy też od nas owa odpowiedzialność, jaka z globalnej współzależności wynika. Jedno tylko od nas zależy: czy tę swoją odpowiedzialność uznamy i wnioski z niej wyciągniemy, czy za tę odpowiedzialność, jaka nam w losie przypadła, odpowiedzialność podejmiemy i w zgodzie z tym postanowieniem postępować będziemy. A jeszcze i to od nas zależy, jak sobie treść tej odpowiedzialności wytłumaczymy. Jak o tym Knud Logstrup, inny wnikliwy myśliciel moralny stulecia ludobójstw i obozów, uparcie przypominał, nakaz moralny odpowiedzialności za bliźniego nie dociera do nas wyposażony w instrukcję obsługi; w tym się właśnie nasza odpowiedzialność moralna wyraża, by nakaz ów na język naszych zadań przełożyć. A miarą tego, żeśmy się do dzieła odpowiedzialnie zabrali, będzie nie dający się stłumić niepokój sumienia: nie dość zrobiliśmy, by się ze swej odpowiedzialności za los bliźniego w pełni wywiązać – ile byśmy nie zrobili, więcej jeszcze do zrobienia zostało. Dla istoty moralnej sąd „zrobiłem, co mogłem” ulgi nie zwiastuje. Póki ludzie cierpią z tej przyczyny, że inni ludzie ból im zadają, mogłem – powinienem był – zrobić więcej niż zrobiłem, by cierpienie jednych ukoić, a innym zadawanie cierpień udaremnić.
Odpowiedzialność moralna jest niepodzielna – jak samostanowienie narodu czy ta władza, jakiej się ich rządy domagają. Wymaga ona, by zbrodnie na ludziach dokonane nie uchodziły sprawcom na sucho i by ci, co zbrodnię knują lub gotują wiedzieli, że im ona na sucho nie ujdzie. Ale odpowiedzialność wymaga wielu innych jeszcze rzeczy, i bez nich pozostanie niespełniona. Jeśli bowiem ponosimy odpowiedzialność za to, by w świecie, jaki współzamieszkujemy, dla krzywdy ludzkiej i zadawania ludziom bólu nie było miejsca, to nie wolno nam spocząć, zanim ci, co czynią zło, nie zostaną oddani sprawiedliwości i ukarani, ale też i zanim zabraknie w tym świecie niesprawiedliwości, jaka poczuciem krzywdy się odciska, w jakiej zło się lęgnie, i na jakiej złoczyńcy żerują. A zło lęgnie się i pleni najobficiej na glebie obojętności użyźnianej krzywdą i odmową uznania dla ludzkiej godności.


TRZY SYMBOLE


Nie wiem, kto zaplanował zburzenie wieżowców nowojorskich i waszyngtońskiego Pentagonu, kto przeszkolił wykonawców i zlecił im dokonanie zbrodni. Odnalezienie i wyłapanie winnych nie jest moim zadaniem, jest ono sprawą organów bezpieczeństwa – do tego wszak celu się takie organy powołuje. Wiem za to, i wiedzieć winienem, że ktokolwiek tę zbrodnię wykoncypował, zmyślnie i sprytnie cele zamachów dobierał (licząc nadto, nie bez kozery, że korporacje medialne uczynią z masakry widowisko światowe i że przesłanie w doborze celów zawarte uwadze się nie wymknie).
Tłoczno w naszym świecie od symboli, od bezdomnych znaków poszukujących znaczeń do zarzucenia kotwicy i osieroconych znaczeń goniących za znakami, jakie mogłyby je przygarnąć. Zewsząd otaczają nas, migocą, mamią symbole – wyrażając świat przez jego przesłanianie. Przemawia się do nas symbolami, porozumiewamy się symbolami. Na dobre czy na złe, gwałt i przemoc nie są od tej reguły wyjątkiem. Ta zbrodnia miała w swym zamierzeniu sama być symbolem i wymierzona była w symbole (zgładzenie „przy okazji” setek pasażerów porwanych samolotów i tysięcy pracowników handlowego centrum było tą jakże dobrze znaną nam już okolicznością, dla której – amerykańscy zresztą – spece od samosterownych rakiet i innych sprytnych bomb wymyślili odrażająco zakłamaną nazwę „collateral damage”). Forteca potęgi gospodarczej, siedziba mocy militarnej, centrum rozkazodawstwa politycznego (jeśli przyjmiemy, że strzaskany w Pittsburgu samolot zmierzał do Białego Domu): trzy, dla większości mieszkańców globu czytelne, symbole trzech filarów, na jakich wspiera się zwierzchnictwo Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej nad raptownie globalizującym się światem. (Zabrakło tylko symbolu czwartego – kulturowego – filaru; choćby Hollywoodu... Ktokolwiek knuł tę zbrodnię, musiał mieć kulturę w pogardzie, lub być w sprawach socjologicznych ignorantem.)


AMERYKA I EGOIZM


W jej dzisiejszej postaci globalizacja rozdaje swe dary nader wybiórczo. Niektórzy się bogacą, wielu ubożeje, a wygląda na to, że to bogaci się bogacą, a ubodzy ubożeją. Setki milionów ludzi mogą się dopatrzeć we własnym doświadczeniu niezbitych dowodów na to, że dzieje się im krzywda o pomstę wołająca, że w nowym zglobalizowanym świecie odmawia się im nie tylko wstępu na festyn rozpasanej konsumpcji, jakim inni się bez żenady rozkoszują i jakim się przed resztą świata dumnie popisują, ale ludzkiej godności – tego najpodstawowszego z podstawowych praw człowieka. A z tego tytułu, że jest Ameryka jedynym na świecie supermocarstwem i jedynym państwem, jakie ustami swych prezydentów głosić może (nie rozchodząc się zbytnio z prawdą), że różnica między polityką wewnętrzną a zagraniczną się zatarła, na nią właśnie spada lwia część za ten stan rzeczy odpowiedzialności (liczni Francuzi używają słowa mondialisation wymiennie z terminem americanisation...).
A że z tej odpowiedzialności Ameryka dobrze się wywiązuje, dowieść by jej było nader trudno. Niechętnie podejmuje się ochrony słabych przed zakusami ich sąsiadów czy obłąkanymi ambicjami ich samozwańczych wodzów, jeśli ta ochrona zażądać może ofiar z jej strony, a nie służy powiększaniu jej potęgi handlowej czy finansowej. By nie musieli Amerykanie głów sobie oszczędzaniem energii zawracać, odmawia stanowczo udziału w walce ze śmiercionośnym dla ludzkości zatruwaniem atmosfery i przegrzewaniem planety, choć to Amerykanie właśnie, stanowiący 5% ludzkości, są producentami 40% zgubnych zanieczyszczeń. Przeszkadza uparcie powołaniu światowego trybunału dla okiełznania ludobójstwa i poskromienia jego sprawców, z obawy, by jej obywatele nie musieli się spowiadać z zadawanych przez siebie innym ludom cierpień i za nie odpowiadać. Sprzeciwia się wreszcie, jak może, powołaniu instytucji globalnej kontroli demokratycznej na miarę globalnej mocy światowych korporacji handlowych, medialnych i finansowych.
Nie dziw, że dla milionów ludzi zagrożonych utratą środków do życia, pogrążonych w nędzy i pozbawionych perspektywy godnego życia Ameryka stać się może symbolem wszystkiego, co w globalizującym się świecie odczuwają jako niecne, nikczemne, niegodne i nieludzkie; a globalizacja sama zdać się może szatańskim pomysłem na bezkarność silnych i bezradność skrzywdzonych. W tych warunkach sprowadzenie problemu do kwestii odszukania winowajców i oddania ich pod sąd tak samo ma się do sprawy, jaką atak na World Trade Centre i Pentagon na wokandzie postawił, jak szukanie maści na wysypkę ma się do leczenia tyfusu. Jak nie uratuje się ofiary tyfusu wywabianiem plam na skórze, tak i nie uratuje się ofiar ślepych, rozpasanych mocy globalnych, przez nikogo dotąd nie poskramianych ani w ryzach nie utrzymywanych, budową więzień i szafotów dla tych, którzy z globalizacyjnych doświadczeń wysnuli wniosek tyleż wiarygodny co fałszywy, iż przemoc rządzi światem, że kto silniejszy, górą, i że gwałt tylko gwałtem da się odcisnąć.


ŻEBY STARCZYŁO SIŁ


Obyśmy tej rzadkiej chwili nie zmarnotrawili, jak zmarnowaliśmy te poprzednie. Raz już, u progu nowoczesnej ery z odrażającymi skutkami barwnie opisanymi piórami Dickensa, Zoli czy Reymonta, siły eufemistycznie nazywane „gospodarczymi” wyrwały się spod kontroli etycznej (sprawowanej podówczas li tylko przez lokalne zbiorowości – gminne społeczności, cechy rzemieślnicze, parafie). Nowoczesnemu państwu potrzeba było całego dziewiętnastego wieku i sporej części dwudziestego, by ziemię nie tyle obiecaną, co niczyją, na której panoszyły się zerwane ze smyczy i chęcią zysku już tylko napędzane siły, poddać ponownie zwierzchnictwu dobra wspólnego i ogólnego, i okrutne następstwa ówczesnej „deregulacji” złagodzić, jeśli nawet do końca nie usunąć. Jesteśmy dziś w podobnej sytuacji – tyle że o globalnej tym razem skali. Tym razem „siły gospodarcze” wyzwoliły się spod nadzoru państw-narodów, a nie wynaleziono jak dotąd innych niż państwa-narody instytucji uprawnionych do stanowienia praw wiążących i obarczonych zadaniem poddania praw stanowionych zasadom etycznym i względom dobra ogólnego. Jak przed naszymi przodkami sprzed dwu stuleci, gigantyczne stoi przed nami zadanie. Nowa, globalna tym razem „ziemia niczyja” woła o polityczną odwagę, wolę demokratycznego działania – i głębokie poczucie odpowiedzialności moralnej. Globalizacja jest najpotężniejszą z prób etycznych, wobec których ludzkość w swej historii stawała.
A na razie, zanim z próby zwycięsko wyjdziemy? Na to pytanie odpowiedział pół roku temu na łamach ,,Le Monde diplomatique” Ryszard Kapuściński, najwnikliwszy bodaj i najprzenikliwszy kronikarz nadziei i złudzeń, ambicji i porażek, wzlotów i upadków naszego świata. Skoro nie istnieje, jak dotąd, żaden mechanizm i żadna bariera prawna, instytucjonalna czy techniczna, jaka mogłaby skutecznie odparować akty ludobójcze, powiada Kapuściński, naszą obroną jest tenor moralny jednostek i społeczeństw; wrażliwość duchowa, wola czynienia dobra, nieustanne, a uważne wsłuchanie w słowa przykazania: „miłuj bliźniego jak siebie samego”.
To mało, powiadacie? By nam tylko sił starczyło, by się rady Kapuścińskiego posłuchać...


wrzesień 2001


Autor ur. 1925 w Poznaniu, jest socjologiem i filozofem, emerytowanym profesorem Uniwersyeteu w Leeds (Wielka Brytania) i Uniwersytetu Warszawskiego. Autor ponad 40 książek tłumaczonych na kilkanaście języków, m.in. „Nowoczesności i zagłady” i „Dwóch szkiców o moralności ponowoczesnej”. Doktor honoris causa Uniwersytetu w Oslo, w 1998 r. wyróżniony prestiżową nagrodą im. Adorno.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl