Dlaczego nie ujawniam nazwisk ludzi, uratowanych jako dzieci z Holocaustu

Ratunek i bałwochwalstwo

EWA KUREK

 

Mimo szacunku i zrozumienia dla zasad religii żydowskiej, jestem przekonana, że po upływie blisko sześćdziesięciu lat od zakończenia drugiej wojny światowej, należy zaprzestać poszukiwań ludzi, którzy jako żydowskie dzieci zostali uratowani przez katolików i żyją wśród nich do dziś.

Jak za Agencją Reutera podały polskie media, podczas wizyty Ojca Świętego w Kijowie rabin Ukrainy Jaakow Dov Bleich poprosił o spowodowanie, by „miejscowe władze kościelne udostępniły archiwa dotyczące metryk chrztu wiernych. Rabin chce, by w ten sposób osoby, które urodziły się w rodzinach żydowskich, a w czasie wojny jako dzieci zostały przechowane przez katolików, a następnie ochrzczone, dowiedziały się o swoim prawdziwym pochodzeniu. – W Polsce i na Ukrainie wielu ludzi szuka teraz swoich korzeni. Myślę, że jest to ważne, aby wyprostować historię” – powiedział rabin.
Od kilkunastu już lat zajmuję się problemem ratowania dzieci żydowskich w polskich klasztorach i obok pracy czysto naukowej, bezinteresownie pomagam także zgłaszającym się do mnie dorosłym dziś Żydom, którzy jako dzieci zostali uratowani przez katolików i szukają swych prawdziwych korzeni. Zabieram głos w tej sprawie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, by poprzez opisanie wartości zasobów archiwalnych Kościoła (ksiąg metrykalnych) dopomóc ludziom próbującym odnaleźć własną tożsamość, po drugie, aby rozpocząć otwartą dyskusję nad prawem do spokoju tych ludzi, którzy po wojnie, jako kilkunastoletnie dzieci, świadomie wybrali Polskę na swą jedyną ojczyznę, a niektórzy spośród nich także katolicyzm jako swą jedyną wiarę.


Ratunek


Nie znam przypadku, aby proboszcz parafii katolickiej w Polsce lub przełożona jakiegoś katolickiego zgromadzenia zakonnego odmówili wglądu w archiwa człowiekowi poszukującemu swych żydowskich korzeni. Inna rzecz, że zasoby archiwalne zgromadzeń zakonnych jedynie w rzadkich przypadkach mogą naprowadzić poszukujących na właściwy trop, zaś w wypadku ksiąg metrykalnych mogę z całą pewnością stwierdzić, że żadnych informacji na temat dzieci żydowskich nie zawierają. Nie ma już wśród żywych osób, które mogłyby wskazać w księgach pozycje dotyczące żydowskich dzieci.
Sposoby ratowania żydowskich dzieci i dorosłych Żydów w Polsce podyktowane były faktem, iż 15 października 1941 roku generalny gubernator Hans Frank wydał rozporządzenie o karze śmierci dla Żydów opuszczających getta oraz wszelkich osób udzielających im pomocy. Polska stała się jedynym krajem w Europie, w którym za pomoc w ratowaniu Żydów płaciło się śmiercią. Kara z całą bezwzględnością egzekwowana była zwłaszcza od lata 1942 roku, gdy Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji żydowskich gett. Jak dowodzą źródła, właśnie w tym okresie nasiliły się ucieczki Żydów na „aryjską stronę” i najwięcej żydowskich dzieci trafiło zarówno do klasztorów, jak i do polskich rodzin. Aby próbować ocalić im życie i samemu przeżyć, Polacy musieli działać w najgłębszej konspiracji. O podjętych działaniach wiedział jak najmniejszy krąg osób, starano się również nie pozostawiać jakichkolwiek dowodów materialnych.
Dzieci żydowskie ukrywane w polskich rodzinach lub klasztorach posiadały wprawdzie autentyczną metrykę chrztu, ale należała ona do zmarłego wcześniej dziecka polskiego. Jedne dzieci żydowskie otrzymywały chrzest, inne nie, i zależało to tylko od woli ratujących.
Uratowana przez polskich chłopów i siostry szarytki Irit Romano z Izraela nigdy nie została ochrzczona, ale w czasie wojny posługiwała się metryką chrztu. Oto jej relacja: „W 1943 roku byłam u jednego chłopa, który powiedział mi tak: Cała wieś mówi, że jesteś Żydówką. (...) – Ja jestem Polką, ja nie jestem Żydówką! – wrzeszczałam. – A, jesteś Polką? No to zobaczymy. Jak jesteś Polką, to idź jutro i przynieś metrykę. – A dobrze, pójdę i przyniosę – powiedziałam (...) Nie mogłam spać całą noc. Zaczęłam się zastanawiać i wymyśliłam, że mniej więcej co trzeci lub czwarty Polak nazywa się Kowalczyk, a w Mińsku Mazowieckim jest chyba pięćdziesiąt rodzin Kowalczyków. Pójdę więc do swego miasta. (...) Mińsk Mazowiecki to miasto, w którym się urodziłam. Każde polskie dziecko, gdy się urodzi, zapisuje się u księdza i jest chrzest – pomyślałam. Kościół jest przy rynku, a z drugiej strony jest mała bramka. Otworzyłam tę bramkę i weszłam. Widzę, akurat idzie ksiądz. – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Proszę księdza, na wsi wszyscy mówią, że jestem Żydówką. Chciałabym im wykazać, że nie jestem Żydówką i proszę księdza, aby dał mi moją metrykę – powiedziałam. Ksiądz spojrzał na mnie uważnie. – Jak się nazywasz? – pyta. Nazywam się Irena Kowalczyk, urodziłam się w Mińsku Mazowieckim. Nie pamiętam tylko, czy w 1928 czy 1929 roku. Ojciec nazywał się Władysław a mama Zofia. – Powtórz mi to wszystko – powiedział ksiądz, gdy już weszliśmy do budynku. Powtórzyłam więc to wszystko, a ksiądz podszedł do wielkiej szafy i zaczął przeglądać księgi. – Kowalczyk? Kowalczyk? Nie ma. Słuchaj kochane dziecko. Nie mam teraz czasu, bo się bardzo spieszę. Przyjdź jutro około dziesiątej rano, to dam ci metrykę. Rano poszłam znowu do księdza. – A, jesteś. No, dzięki Bogu, znalazłem twoją metrykę... – powiedział i wręczył mi metrykę. Podziękowałam i wyszłam. Nagle chciałam wrócić i zapytać, czy dał mi tę metrykę dlatego, że wiedział, że jestem Żydówką czy może zbieg okoliczności sprawił, że w księgach znalazł to, co powiedziałam? Bałam się jednak wrócić. Złapałam metrykę i pobiegłam do chłopa. Na drodze przystanęłam tylko, żeby sprawdzić, co ksiądz w niej napisał. W metryce stało tak: »Irena Kowalczyk urodzona we wsi Cudnej z Zofii niezamężnej«. Byłam już dostatecznie duża aby zrozumieć, co zrobił ksiądz. On na pewno wiedział, że jestem Żydówką. Ten ksiądz dając mi metrykę, podarował mi życie”.
Także uratowana przez siostry elżbietanki mieszkająca dziś w USA Ruth przeżyła dzięki fałszywej metryce chrztu. Jej ojciec wspomina: „Skontaktowałem się z siostrą Ludwiką i podrzuciliśmy jej dziecko. Ruth poszła. Weszła do środka i zaczęła płakać. Na płacz dziecka zeszły się siostry i zastanawiały się, czy to nie jest żydowskie dziecko, i czy wobec tego mogą narażać inne dzieci. Moja córka podeszła wówczas do przełożonej, na co tamta zareagowała słowami: – Jeśli dziecko do mnie przyszło, to, co będzie ze mną, będzie i z dzieckiem. (...) Siostra Ludwika była w swym działaniu bardzo ostrożna. Dlatego chyba podrzucenie dziecka i przechowywanie go czynione było z wielką dokładnością. Ruth zostawiliśmy w sierocińcu z listem, bo jak podrzuca się dziecko, to z listem. Dziecko miało też autentyczną metrykę na nazwisko Teresa Wysocka. Metrykę otrzymałem w Otwocku od znajomego księdza”. (Te relacje pochodzą z mojej książki pt. „Dzieci żydowskie w klasztorach”.)
Metryki chrztu w czasie drugiej wojny światowej były – nie tylko zresztą dla żydowskich dzieci – podstawowym dokumentem stwierdzającym „aryjską” tożsamość. Ponieważ jednak Niemcy mogli w każdej chwili sprawdzić autentyczność metryki, a każdorazowa „wpadka” kosztowałaby utratę życia zarówno dziecka, jak i księdza, wydający metryki księża starannie dbali o to, aby wydany przez nich dokument nosił wszelkie cechy autentyczności.
Fakt udzielenia dziecku sakramentu chrztu odnotowywany był w przeznaczonych tylko do tego typu zapisów księgach metrykalnych, prowadzonych w każdej parafii katolickiej. Chcąc wydać żydowskiemu dziecku autentyczną metrykę chrztu, ksiądz wyszukiwał najpierw w księdze zgonów zmarłe dziecko polskie, którego rok urodzenia zbliżony był do wieku dziecka żydowskiego, a następnie w księgach chrztu odnajdywał zapis dotyczący udzielenia zmarłemu dziecku tego sakramentu i na jego podstawie wydawał autentyczną metrykę. Niemcy na szczęście nigdy nie wpadli na to, że dowodów fałszerstwa metryk szukać należy w księgach zgonów.
Mieszkająca dziś w Polsce Rachela tak oto wspomina okoliczności swego chrztu: „...to było chyba przed Wielkim Tygodniem 1942 roku. Najpierw zawieźli mnie pod Tarnobrzeg, tam, gdzie ukrywała się matka z siostrą. Ojca już nie było. Matka zdecydowała się na popełnienie samobójstwa przy pomocy tego mojego gospodarza. To było samobójstwo przez utopienie. Razem z tym małym dzieckiem. Dziecko, moja siostra, miało wtedy trzy lata. Mnie zostawiono nad tą rzeką dalej, miałam czekać. (...) Trwało to jakiś czas. W końcu ten człowiek wrócił i powiedział: – Już jest po wszystkim, jedziemy.
Taką otępiałq zawieziono mnie do Trzęsówki. Klasztor był widoczny z daleka, bo to zabita deskami wioska i jedyny murowany piętrowy budynek to był klasztor. Mój gospodarz zostawił mnie na polu i powiedział: – Tam pójdziesz i tam cię na pewno przyjmą. To była Niedziela Palmowa. Otępiała poszłam do klasztoru. Przyjęła mnie tak jakoś serdecznie i tak jak na filmie »Polskie drogi«, kazała mi mówić pacierz. Oczywiście pacierz umiałam, wyklepałam od dechy do dechy i usłyszałam: – No to zostaniesz tutaj. To była mądra zakonnica. Ona od razu zorientowała się w czym rzecz i na drugi dzień ochrzciła mnie z wody”.
Siostra Maria wspomina: „...w czasie likwidacji getta podbiegł do jednej z sióstr stary Żyd z brodą rzucił jej na ręce niemowlę i krzyknął: – Chowajcie! To już wasze! Antoś, tak go siostry nazwały, bo nikt nie znał jego prawdziwego imienia i nazwiska, skończył u nas szkołę średnią i studia. Mieszka w Polsce” (,,Dzieci żydowskie w klasztorach”).
Przytoczone wyżej relacje mówią o typowych przypadkach. Chrzty dzieci żydowskich zostały zapisane w metrykalnych księgach parafialnych w sposób nie odróżniający je niczym od zapisów chrztu dzieci polskich. Po wojnie nikt oczywiście nie wprowadzał do ksiąg metrykalnych żadnych poprawek ani adnotacji. Tym sposobem ludzie poszukujący swych żydowskich korzeni, jeśli nie wiedzą, pod jakim polskim nazwiskiem ukrywano ich w czasie wojny i ewentualnie ochrzczono, w parafialnych księgach chrztów nie znajdą żadnych informacji na temat swych korzeni. Jeśli zaś znają nazwisko, pod którym ich ukrywano, mogą co najwyżej obejrzeć w księgach parafialnych swą metrykę chrztu lub wpis metrykalny, który posłużył do ich legalizacji „po aryjskiej stronie”, a następnie odszukać korzenie polskiej rodziny, która – zazwyczaj zupełnie o tym nie wiedząc – na czas wojny „przyjęła ich” do swego grona. Tak więc księgi metrykalne parafii katolickich – w Polsce i w tej części Ukrainy, która przed drugą wojną światową była w granicach Polski – nie zawierają informacji, które mogłyby stanowić podstawę do odtworzenia korzeni uratowanych w czasie wojny przez katolików dzieci żydowskich.


Bałwochwalstwo


Rabin Ukrainy uzasadnił prośbę o udostępnienie katolickich archiwów metrykalnych dążeniem do odszukania i poinformowania o żydowskim pochodzeniu osób, które urodziły się w żydowskich rodzinach, a w czasie drugiej wojny światowej zostały uratowane przez katolików. Aby zrozumieć prośbę rabina Jaakowa Dova Bleicha, należy sięgnąć do podstaw religii żydowskiej.
Żydzi od najdawniejszych czasów żyli według 613. przykazań wypływających ze Starego Testamentu, których przestrzeganie jest obowiązkiem każdego wierzącego Żyda. Trzy spośród nich są przykazaniami szczególnymi i należy raczej ponieść śmierć niż złamać jedno z nich. Dotyczą one: bałwochwalstwa, nieskromności-nieczystości-lubieżności oraz morderstwa. Żyd, który poniesie śmierć raczej, niż złamie jedno z tych trzech przykazań, osiąga Kiddush ha-Shem (uświęcenie, oczyszczenie Imienia Bożego), czyli bramy Raju. Jeżeli natomiast nie wybierze śmierci, winien jest Hillul ha-Shem (zniesławienia Imienia Bożego). Od drugiego wieku, kiedy to Rada Rabinów sformułowała prawo o męczeństwie, umieranie dla uświęcenia Imienia Bożego było przez Żydów pojmowane jako równoznaczne ze śmiercią męczeńską. Męczeństwo zostało nazwane kadosh i oznaczało tego, kto jest święty.
Kiddush ha-Shem było przykazaniem żywym i obowiązującym również Żydów polskich w czasie drugiej wojny światowej. W znaczącej skali właśnie ono, w części dotyczącej morderstwa, warunkowało postawy żydowskiego społeczeństwa wobec zagłady i na pewno, w części dotyczącej bałwochwalstwa, legło u podstaw stosunku społeczności żydowskiej do problemu ratowania żydowskich dzieci przez katolików. Emanuel Ringelblum napisał: „Dla historii warto wspomnieć o projekcie urządzenia kilkuset dzieci żydowskich w klasztorach. (...) Projekt ten był dyskutowany w żydowskich sferach społecznych i spotkał się ze sprzeciwem kół ortodoksyjnych i pewnych sfer narodowych. Wysuwano zarzuty, że dzieci zostaną wychrzczone i na zawsze będą stracone dla narodu żydowskiego. Argumentowano, że przyszłe pokolenia zarzucą nam, że nie stanęliśmy na właściwym poziomie i nie uczyliśmy naszych dzieci Kiddush ha-Shem (męczeństwa za wiarę), w imię którego nasi przodkowie ginęli na stosach inkwizycji hiszpańskiej”.
Mimo podyktowanych zasadami żydowskiej religii zakazów, co najmniej kilka tysięcy dzieci żydowskich zamieszkujących ziemie dzisiejszej Polski i Ukrainy znalazło w rodzinach i klasztorach katolickich schronienie i zostało uratowanych przed zagładą. Były to niemal wyłącznie dzieci pochodzące z rodzin spolonizowanych, dalekich od żydowskiej ortodoksji, w których ratowanie życia dziecka miało wartość najwyższą. Większość z nich straciła jednak w latach wojny swoje rodziny. 
Dziecko, które trafiło do katolickiego klasztoru lub rodziny katolickiej i nie zostało przywrócone religii i narodowi żydowskiemu, łamało jedno z najważniejszych żydowskich przykazań, czyli popełniało najcięższy grzech bałwochwalstwa – dopuszczało się zniesławienia Imienia Bożego, zwanego Hillul ha- -Shem. Tuż po wojnie organizacje reprezentujące religijne i narodowe środowiska żydowskie przystąpiły do odbierania dzieci żydowskich z katolickich klasztorów, aby uchronić je przed Hillul ha-Shem. Herbert Tenzer, który w 1946 roku założył w Nowym Jorku stowarzyszenie „Ratunek dzieciom”, napisał: „Po skończonej wojnie (...) byliśmy w stanie ocalić wiele żydowskich dzieci tułających się w powojennej Europie, a także żądać zwrotu dzieci przebywających w chrześcijańskich rodzinach i klasztorach. Jestem dumny z uczestnictwa w świętej misji pomocy, która umożliwiła odszukanie prawdy i żydowskiej tożsamości niewinnym sierotom”. 
W wyniku aktywnej działalności organizacji żydowskich poszukujących po wojnie żydowskich dzieci w polskich rodzinach i klasztorach, zdecydowana większość sierot została z Polski wywieziona i adoptowana przez rodziny żydowskie lub umieszczona w żydowskich sierocińcach w Izraelu lub innych krajach. Organizacje zwracały się o pomoc także do biskupów, lecz ci, mimo najlepszych chęci, nie byli w stanie udzielić im pomocy, bowiem po wojnie w Polsce nie było nikogo, kto znałby ilościowy i terytorialny zasięg akcji ratowania dzieci żydowskich przez polskie rodziny i klasztory. Rodziny polskie o przygarnięciu pod swój dach żydowskiego dziecka nie informowały nikogo, bo dzieci uznały za swoje własne i zależało im na dyskrecji. Natrafiłam zaledwie na jeden przypadek, gdy zakonnica zgłosiła biskupowi fakt ukrywania żydowskiego dziecka. Wszystkie inne zgromadzenia akcję ratowania prowadziły na własną rękę, nie informując hierarchów kościelnych o podejmowanych działaniach.
Religijne środowiska żydowskie, przekonane o misjonarskich pobudkach pomocy, uznały, że dzieci żydowskie są przed nimi ukrywane, a księża, zakonnice i katolickie rodziny robią wszystko, aby dzieci żydowskie nie wróciły do żydowskiego narodu i religii. Przekonanie to przetrwało w różnych środowiskach do dnia dzisiejszego. W 1995 Naczelny Rabin Polski, Menachem Pinkas Joskowicz zażądał ode mnie wydania adresów mieszkających w Polsce ludzi, którzy jako dzieci żydowskie uratowani zostali przez polskie zakonnice. W obecności Władysława Bartoszewskiego stanowczo oświadczyłam, że nie tylko Rabin nigdy nie otrzyma ode mnie ich adresów, ale nie mogłabym ich ujawnić nawet Ojcu Świętemu. Prof. Władysław Bartoszewski podzielił moje stanowisko.
Przekonania naszych Starszych Braci w wierze o konieczności prowadzenia tego rodzaju poszukiwań znajdują podstawy w ich religii. Obawiam się jednak, że na przeszkodzie realizacji dążeń religijnych środowisk żydowskich stoi nie tyle Kościół katolicki w Polsce i na Ukrainie, ile wola uratowanych w czasie wojny przez katolików żydowskich dzieci, które w zdecydowanej większości nie chcą wracać do swych żydowskich korzeni. Od ponad pół wieku są Polakami i życzą sobie, aby tak już pozostało na zawsze. Jestem przekonana, że należy uszanować ich decyzję.


Dałam słowo


Moje stanowisko nie było podyktowane względami religijnymi lub narodowościowymi. Podyktowały je zasady etyki zawodowej historyka i zwykła ludzka solidarność z ludźmi, którzy w elementarnych kwestiach modelu własnego życia i życia swych rodzin – bez względu na to, w jakiej rodzinie się urodzili – mają pełne prawo do indywidualnych decyzji.
Gdy w latach osiemdziesiątych jeździłam po klasztorach i zbierałam źródła do późniejszych książek o ratowaniu dzieci żydowskich, żyły jeszcze siostry uczestniczące w akcji ratowania i w pełnym zaufaniu przekazały mi informacje o swych mieszkających w Polsce żydowskich wychowankach. Poza nielicznymi wyjątkami, wszyscy ci ludzie, nawet jeśli w czasie wojny byli niemowlętami – doskonale od lat wiedzieli, że urodziły ich żydowskie matki. Przyrzekłam wówczas siostrom, że nigdy, o ile ci dorośli dziś ludzie nie wyrażą na to zgody, nie ujawnię nikomu ich przeszłości. Z większością uratowanych nawiązałam kontakt osobisty. Zaledwie kilka osób tylko, pod pseudonimami, pozwoliło mi spisać i opublikować swe relacje. Mam obowiązek dotrzymać słowa danego zakonnicom – mam obowiązek postępować zgodnie z wolą uratowanych. Zdecydowana większość uratowanych w katolickich rodzinach i klasztorach żydowskich dzieci wie o swoim pochodzeniu – gdyby chciały, bez trudu mogłyby nawiązać kontakt ze środowiskiem żydowskim.
Wspomniana wyżej Rachela swą decyzję o nie wracaniu do żydostwa uzasadniła w sposób następujący: „Ja w tej chwili mam możność wyegzekwowania w pracy różnych rzeczy. Ludzie słuchają moich poleceń, a wydaje mi się, że gdyby otoczenie wiedziało, byłoby inaczej. To tchórzostwo może, że nie przyznaję się do mojego pochodzenia. Ale myślę... po co? Dlatego się nie ujawniam. Ze strachu przed tym wszystkim i z lęku o moje dzieci. Niech one mają spokój. Ja nie wiem, co się jeszcze zdarzy. Dlaczego ma im ktoś wywlekać, że ich matka była Żydówką, że dlatego im się coś nie należy lub trzeba je zlikwidować. Tak więc ten strach z czasów wojny pozostał we mnie do dziś. To do dziś tkwi we mnie i dlatego życzę sobie, aby moja relacja pozostała anonimowa.
Ale wracając do klasztoru. Czułam się tam jak w domu. W pewnym momencie chciano mnie wziąć do państwowego domu dziecka. Wcześniej chcieli mnie zabrać jacyś Żydzi. Rezygnując z tych propozycji, rezygnowałam z wielu rzeczy w sensie materialnym. Po maturze poszłam na medycynę. Zakonnice były ze mnie bardzo dumne. Nadal przyjeżdżałam do nich na święta i wakacje jak do domu. One nadal mną się opiekowały i troszczyły się o mnie. Troszczą się zresztą do dziś. Pomijając jednak to wszystko, powrotu TAM do Żydów, nie wyobrażałam sobie z powodu potwornego strachu. Byłam ochrzczona – to też zaważyło na mojej decyzji. Ale ten potworny strach! Ja tu byłam bezpieczna, a tam, nie wiadomo co jeszcze będzie. Tak widocznie chciał Pan Bóg i tu jest moje miejsce”.
Stanowisko Racheli jest typowe dla uratowanych przez katolików dzieci żydowskich. Każde z nich w jakiś tylko sobie właściwy sposób pamięta o swych żydowskich korzeniach. Jeżdżą do Izraela na wycieczki, czasem spotykają się tam z daleką rodziną lub rówieśnikami z wojennych sierocińców. Po powrocie stwierdzają jednak, że ich miejsce jest tutaj, że są Polakami, że Polska jest ich ojczyzną. Nie boją się odpowiedzialności za złamanie żydowskich przykazań i są gotowi odpowiedzieć za to przed Bogiem Izraela. W sensie wyznaniowym część z nich jest katolikami, inni ateistami, jeszcze inni wyznają inne religie. Czy ktokolwiek na świecie ma prawo kwestionować ich wybór?
Mimo szacunku i zrozumienia dla zasad religii żydowskiej, jestem przekonana, że po upływie blisko sześćdziesięciu lat od zakończenia drugiej wojny światowej, należy zaprzestać poszukiwań ludzi, którzy jako żydowskie dzieci zostali uratowani przez katolików i żyją wśród nich do dziś. Dlatego że ludzie ci mają prawo do spokoju. W dzieciństwie przeżyli już dość tragedii. Jestem pewna, że Bóg Izraela, który jest także miłosiernym Bogiem chrześcijan, lepiej rozstrzygnie ten dylemat niż my, ziemianie, i rozumiejąc dramat wojenny żydowskich dzieci, nie zarzuci im zniesławienia Imienia Bożego Hillul ha-Shem.


Autorka artykułu wydała m. in. „Gdy klasztor znaczył życie” (Znak 1992), „Żydzi, Polacy, czy po prostu ludzie...” (Takt 1992), „Your life is worth mine” (Hippocrene Book Inc. New York 1997), „Dzieci żydowskie w klasztorach” (Clio 2001). 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl