Czy „za komuny” kształcoco wyrafinowanych odbiorców sztuki?

Zastąpić szarość kolorem

JOANNA SOSNOWSKA

 

Dyskusja wokół „Zachęty” zdaje się już nieco sztucznie podtrzymywana. Ponieważ jednak w polemikach dotyczących sztuki rzadko zabierają głos więcej niż dwie osoby, wezmę w niej udział raz jeszcze. Choć tak naprawdę nie mam na to ochoty, bo czuję, że większość wypowiedzi jest tylko mową ezopową, ukrywającą prawdziwe problemy, których się nie ujawnia, bo przeszkadza dobre wychowanie, poczucie honoru bądź solidarność zawodowa... 


NIEZALEŻNOŚĆ JEST JAK ROŚLINA


W rozmowie z panią Elżbietą Grabską i redaktorami „Tygodnika Powszechnego” pt. „O Zachęcie, pieniądzach i nie tylko” („TP” nr 28) powiedziałam, że najważniejsza jest wewnętrzna niezależność. Dodam: niezależność, którą trzeba w sobie pielęgnować jak wrażliwą roślinę. Stale czuwać, by nie zwiędła. Myślę, że obrona „ministerstwa od kultury” nie świadczy o niezależności. Wszyscy dobrze wiemy, jaki system wprowadził odgórny sposób zarządzania kulturą. Łatwo się też przekonać, że istnieją systemy alternatywne, doskonale sprawdzające się w różnych krajach. Sugestia likwidacji ministerstwa nie jest i u nas naiwną mrzonką, bowiem proces ten systematycznie postępuje. Wiele poważnych instytucji działa poza zasięgiem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, podlegając różnym władzom samorządowym – i to działa bardzo dobrze. 
Zgadzam się w pełni z profesorem Rodzińskim, że bez świadomego i powszechnego włączenia kultury w codzienność społeczną pogrążymy się w bylejakości i barbarzyństwie. Dodałabym jednak, że w tej bylejakości i barbarzyństwie byliśmy już zatopieni przez długie dziesięciolecia i teraz dopiero staramy się z tego otrząsnąć. Jest wyrazem frustracji odchodzących elit pisanie o tym, że kiedyś było lepiej, a teraz idziemy na dno. W wypowiedziach ludzi, którzy osiągnęli sukces przed laty, pobrzmiewa czasem ton bardziej właściwy dla gwiazdy filmowej nie mogącej pogodzić się z tym, że jej uroda stała się mniej pociągająca, niż dla twórców kultury. Niezależność wewnętrzna to także dystans do samego siebie. 

NOWE POKOLENIE


Tęsknota za systemem edukacyjnym PRL jest dla mnie całkowitym zaskoczeniem, szczególnie że wyraża ją człowiek zasłużony dla opozycji. Nie był ten system chyba tak dobry, jeśli – jak twierdzi profesor Rodziński – sponsorzy ciągle stanowią jeszcze w Polsce grupę przypadkowych amatorów, którzy powinni mieć możliwość zdobycia wiedzy o sztuce współczesnej w dobrze wydawanym piśmie. Ta grupa w dużej mierze skończyła szkołę w latach PRL. To właśnie dzięki ówczesnym „szaro-burym podręcznikom” ich wiedza kończy się na Matejce, w najlepszym razie na Malczewskim, a chęć poznania sztuki współczesnej w ogóle nie istnieje. Żeby móc coś świadomie odrzucić, trzeba to najpierw poznać. Jeszcze nie wiadomo, co będą reprezentowały sobą pokolenia całkowicie wykształcone w III Rzeczypospolitej. Zaryzykowałabym jednak twierdzenie, poparte własnym doświadczeniem (moi synowie należą właśnie do takiego nowego pokolenia), że będą one znacznie bardziej otwarte, umiejące analizować i wyciągać wnioski – bo nie muszą już się uczyć z szarych książek. 
Przecież to właśnie w tak krytykowanej „Zachęcie” prowadzona jest z ogromnym powodzeniem edukacja w dziedzinie sztuki. System stworzony przed laty został rozbudowany i funkcjonuje bardzo sprawnie. Pod tym względem nie można nic „Zachęcie” zarzucić – w salach wystawowych (dostępnych również dla niepełnosprawnych) spotykają się dzieci i młodzież, wykłady i pokazy filmów o sztuce przyciągają wielu. Podobnie jest w Centrum Sztuki Współczesnej, Muzeum Narodowym, na Zamku Królewskim. Ale po co te działania koordynować?! Muszą pozostać niezależne, dawać możliwości wyboru, poczucie różnorodności i wolności decyzji. Tak jak wolny jest dziś wybór między kupnem albumu za kilkaset złotych a wycieczką do Luwru, często za niewiele większe pieniądze. Możliwość oglądania galerii i muzeów na pewno więcej daje dzisiejszej młodzieży niż kiedyś nauka z „szaro-burych podręczników”. 
Profesor Rodziński zadaje patetyczne pytania: dla kogo ma działać „Zachęta” i inne instytucje kultury, „dla kogo” drogie albumy i filmy o sztuce po północy? Pobrzmiewa w tym echo pytania stawianego przed laty: „dla kogo, towarzyszu, tworzycie?” A dla kogo malował obrazy Jan Cybis, maluje Stefan Gierowski i Leon Tarasewicz, dla kogo tworzy Mirosław Bałka? Artyści, których profesor Rodziński nie chce umieścić obok siebie w jednym szeregu? Wszyscy tworzyli i dla siebie, i dla odbiorcy, raz wyraźnie wskazanego, kiedy indziej bardziej nieokreślonego, ale zawsze potencjalnie istniejącego w dziele. Te cztery nazwiska jak najbardziej powinny istnieć obok siebie. Fakt, że właśnie one wybrane zostały spośród wielu innych, świadczy, że artystów tych wiele łączy. W ich sztuce można by w największym skrócie zamknąć historię sztuki polskiej II połowy XX wieku, bo wszystko, co ją nurtowało, tam się znalazło. Wypada więc wymienić ich obok siebie bez czołobitności i nabożeństwa, ale z pełną świadomością. 

Joanna Sosnowska

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl