Dzieje głupoty: ciąg dalszy...

Kłopoty z myśleniem

MICHAŁ NAWROCKI

 

Głupota jest w przewadze. Nie okłamujmy się – zawsze tak było. Tyle że teraz czas taki, że ją za sprawą prasy i telewizji lepiej widać.

Spektakl prasowej i telewizyjnej miernoty cechuje niesłychana zajadłość i umiarkowana widowiskowość. Co zrobić z telewizją, żeby nie była tak potwornie głupia, co z wszechobecną agresją głupoty zrobić w ogóle, to problem ważny. Warto jednak spojrzeć na to z innej strony: zwrócić uwagę na osobę tego, kogo owa agresja bezpośrednio dotyczy; tego, kto jest na nią bezpośrednio narażony; tego, kto jej skutki najciężej odczuwa. Wreszcie tego, kto nie wie, jak się wobec tego koszmaru zachować... kto zwyczajnie nie wie, co robić.
Joanna Olech w swoim artykule („TP”, 32/2001) pisze o zachowaniach „obrażonego upadkiem kultury magistra”, o reakcjach „docenta” na „pana majstra”, pisze o problemie urażonego inteligenta. Powiedzmy zatem, że chodzić będzie o tzw. inteligenta. Z inteligentem jednak jest trochę tak, jak z gentlemanem. Niezwykle trudno powiedzieć, kto nim jest.

Kłopoty z definicją


Pisze Joanna Olech: „No bo ilu nas jest? Nas – inteligentów. Siedem procent? Dziesięć?”
Skład procentowy inteligentów w narodzie nie jest do ustalenia łatwy, jednak ja chciałbym zadać pytanie inne: o jakich „nas” mowa? Kim jesteśmy „my”? Jeżeli – roboczo – nazwiemy się inteligentami, to kim właściwie jest inteligent?... Czy w ogóle coś takiego istnieje? A jeżeli tak, to jak to opisać? 
Nie jestem pewien, czy podział na „docenta” i „majstra”, o jakim pisze Olech, rzeczywiście istnieje. Słusznie mówi Autorka o „Zmierzchu Inteligentów, którego zwiastunem jest medialna inwazja głupoty”. Dodaje jednak: „Za chwilę »pan majster« weźmie »docenta« za pysk. I jak to w historii bywało – »docent« mu w tym pomoże”. Abstrahując od tego, że – parafrazując popularny kicz – prawdziwych docentów już nie ma, wydaje mi się, że ów zmierzch już nastąpił.
Jak to mówił w „Fachowcach” Majster (Stefan Friedmann) do Docenta (Jonasz Kofta)? „I co, Docent, ochwiaro wyższego wykształcenia?”
Ów zmierzch już zatem nastąpił. Nie wiem, czy to źle. Ów zmierzch nie jest przecież – a przynajmniej być nie musi – tożsamy z końcem świata. Również świata inteligentów.
Zdefiniujmy inteligenta jako człowieka myślącego. Po prostu. Przyjmijmy, że mówimy o człowieku preferującym pewną dyspozycję duchową polegającą na świadomym odbiorze i przetwarzaniu doświadczanej rzeczywistości; człowieku, który ponadto wie, że do tego konieczne są pewne wypracowane umiejętności.
Na początek (wiem, że to anachronizm, ale co tam) niech będzie to umiejętność czytania. Nie łudźmy się. Owszem, Polak potrafi czytać. Tyle że z tego, co przeczytał, niewiele rozumie. (Ja się z tym problemem nierzadko spotykam u studentów, a każdy nauczyciel polskiego wie, że dla przeciętnego ucznia liceum streszczenie stronicowego tekstu, który przed chwilą przeczytał, nie jest zadaniem łatwym.) Żyjemy w kulturze onomatopeiczno-obrazkowej. Wystarczy kliknąć myszą na ikonkę. Wystarczy wysłać esemesa. Na początek więc niech będzie to umiejętność czytania. W drugiej kolejności – bo ja wiem? – chęć zrozumienia tego, co się przeczytało. Chęć przemyślenia tego, co się przeczytało. Docelowo wreszcie: chęć myślenia w ogóle. Tu trzeba zastrzec, że tzw. wyższe wykształcenie nie jest warunkiem koniecznym. Bo w takim ujęciu wykształcenie – rozumiane jako ukończenie szkoły wyższej lub niższej – nie jest sprawą najważniejszą. Odsetek osłów po studiach jest mniej więcej taki sam, jak odsetek osłów, którzy studiów nie ukończyli. Faktem jednak jest, że studia wyższe paszportu do krainy myślenia nie dają. Ta konstatacja, mimo że pozornie banalna, wcale taka oczywista nie jest. Rzecz bowiem nie w dyplomie, ale w pewnej dyspozycji duchowej. Dyspozycji świadomej i dobrowolnej.

Kłopoty z przynależnością


Słowa „świadomie” i „dobrowolnie” są ważne. Otóż skoro tak rozumiana inteligencja istnieje, to przynależność do niej powinna opierać się na zasadzie świadomej i dobrowolnej decyzji. Nikt nie nauczy osła grać na lirze, a szewc niech pilnuje swojego kopyta – powiedziano dawno temu i mądrze.
Dwie sprawy należy tu rozważyć.
Po pierwsze, nie da się na siłę uszczęśliwiać tych, którzy tego nie pragną. Historia uczy, że to się nigdy nie sprawdzało i teraz się też nie sprawdzi. Po drugie, jeżeli ktoś chce być głupcem, to ma do tego prawo, więcej: jego prawo jest niezbywalne. Prawo do głupoty jest równie fundamentalne, jak prawo do myślenia. I żadne odgórne nakazy tego nie zmienią. Nawet jeżeli chodzi o reality show. Można oczywiście zakazać głupoty. Całkowicie. Ustawowo. Można za nią zamykać w więzieniu. Tylko czy to coś zmieni? 
Wszystko to nie przeczy jednak faktowi, że myślenia można uczyć, więcej: powinno się uczyć. Myślenie bowiem polega również na uczeniu myślenia. Nie można jednak uczyć kogoś, kto się uczyć nie chce. Dobra wola tego, kto się chce nauczyć, jest równie ważna, jak tego, kto chce uczyć. Tej dobrej woli również można uczyć... Ale nie można do niej zmusić.
Dwóch rzeczy należy uczyć w pierwszej kolejności.

Kłopoty z nieufnością i zaufaniem


Należy uczyć nieufności. Do słów. Do obrazów. Do oszalałej zbanalizowanej rzeczywistości telewizyjnego idiotenlandu. Do Pici, Kici, śmiałych Amazonek i Dionizego Złotopolskiego. Do inteligentnych proszków do prania. Do dobrej pani z telewizji, która informuje, że teraz 1033 pomiędzy. I warto powiedzieć jasno, na początek, że nie ma inteligentnych proszków do prania, a 1033 pomiędzy można, ale się nie musi. Bo ta pani, owszem, kiedyś może i mówiła, co się musi. A teraz jest trochę inaczej, mimo że na pozór tak samo. I trzeba mówić, na czym ta różnica polega. I może jeszcze wytłumaczyć, kim były Amazonki. W mitologii, a nie w Polsacie. I kim był Herkules, że jego ukochana nie miała na imię Rena, a Jolaos prawdopodobnie nie znał karate. Należy to wytłumaczyć jasno, a jeżeli będzie trzeba, powtórzyć. I dodać, że Dionizy Złotopolski z serialu to nie jest Dionizy Złotopolski z reklamy, a tak naprawdę, to jest to zupełnie kto inny. A model jaśniepaństwa, jaki sobą Dionizy Złotopolski prezentuje, to nie jest żadne jaśniepaństwo, jeno tandetny teatrzyk na użytek chama. Podobnie jak hiperpoprawne komunały wygłaszane przez doktora Lubicza, który krawata prawdopodobnie nie zdejmuje nawet w chwilach intymnych, choć wątpić można, czy takowe posiada. I że ze wszech miar kłamliwą jest teza głosząca, że „życie, życie jest nowelą”. Bo życie nowelą nie jest, tym bardziej nie jest telenowelą. Chyba że się na to zgodzimy. I że zależy to od nas i tylko od nas, pod warunkiem, że pozostaniemy nieufni. I jeszcze raz trzeba wytłumaczyć, dlaczego nieufność jest tak ważna. I udowodnić, że jednak nieufność jest lepsza. 
Ucząc nieufności, należy jednak równocześnie uczyć zaufania. W dwóch aspektach.
Po pierwsze – jako odzyskiwania zaufania. Zaufania do siebie samego. Do tego, że ja sam decyduję o tym, co wybieram. Że sam decydować mogę i powinienem. A hasło „sam wiesz, co masz myśleć, pij Sprite” jest manipulacją. I nie chodzi w nim o to, żeby myśleć, ale żeby bezmyślność tego, kto to hasło łyka, usprawiedliwić i wmówić mu, że łykając, myśli. Takie uczenie nieufności, to także uczenie odwagi. Odwagi nazywania rzeczy po imieniu, przekonania, iż można – i powinno się – mówić, że głupota jest głupotą. Że kicz jest kiczem. Że banał jest banałem, a wreszcie – że zło jest złem. I że powinno się to mówić głośno i wyraźnie tak, żeby wszyscy zrozumieli. Nawet ci, co słabo słyszą i rozumieją.
Po drugie należy uczyć zaufania do myślenia. I do tego, że nic złego nie ma w tym, że ci, którzy myślą, są w mniejszości. Zawsze w niej byli.


Kłopoty z dialogiem


Chodzi, dodajmy, o dialog z głupotą. Dialog z głupotą prowadzić można na kilka sposobów. 
Można na przykład firmować ją własną myślącą twarzą dziennikarza lub psychologa. Można za grosz lada jaki czule ją po karczku gładzić, po uszkach drapać, a i sprzedawalność podnosić znacznie. Niefarmakologiczne środki znieczulające osłabią kaca moralnego, a kabza napęcznieje. Można czynić to inaczej: na przykład tak, jak gospodarz pewnego tokszołu, powszechnie uchodzący za najładniej dziwiącego się dziennikarza w Polsce, który od jakiegoś czasu gromy ciska na niski poziom programów – ale tylko w konkurencyjnej telewizji, a w swojej nigdy. Można jako dyrektor programowy stacji telewizyjnej duchowy kompost przerzucać i narzucać, a w dniach wolnych od pracy objawiać duszę poety i eseisty. Można pseudowytwornie grasejować, bawiąc się w bigbrotherowego prognostyka pogody. Można Pannę „Ja pierdzielę” dać na okładkę kolorowego magazynu, co miewa ambicje. Można. I jest to, trzeba przyznać, jakiś sposób.
Ale można i inaczej. Można mówić: odetnijmy się od tego wszystkiego. Weźmy nasze zabawki z tej piaskownicy i chodźmy do własnej. A tu, uczesani i bezpieczni, będziemy własny błyszczący tombakowy piasek przesypywać, wytwornie mrugając oczkami. Niech się tamci duszą w sosie własnym, a my zajmujmy się własną inteligencją, własną wyjątkowością. I to też jest sposób, jakkolwiek owa postawa coś ma wspólnego z zachowaniem strusia, który na środku pokrytego betonem placu usiłuje schować głowę.
Można wreszcie jeszcze inaczej. Można na przykład o głupocie głośno i wyraźnie mówić. Można głupotę drażnić.
Pytanie jednak, czy wolno głupocie powiedzieć, że jest głupia? Po pierwsze – jak, skoro ludzie są równi, co gorsza, demokracja przyznaje większości rację, a głupich jest więcej. Otóż ludzie są, owszem, równi, ale nie są tacy sami. A demokracja miewa rację bytu w polityce, natomiast w myśleniu – przepraszam bardzo – nie.
Po drugie – czy wypada? 
Otóż nie tyle wypada, co należy. Więcej, jest to w jakimś sensie intelektualny i moralny obowiązek człowieka myślącego i nieufnego, żeby swą nieufność manifestować. Również poprzez przypominanie miernocie, że nią jest. Wpadliśmy w sidła politycznej poprawności, która zakazuje rzeczy nazywać po imieniu. Nie mówimy więc: „głupi”, mówimy: „mądry inaczej”, w nadziei, że głupi nas mimo wszystko zrozumie. To złudna nadzieja, a głupi nas nie zrozumie. Choćby dlatego, że jest głupi.
Jak zatem powiedzieć głupcowi prawdę? Najlepiej głośno, wyraźnie i powoli. Wielokrotnie, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Bo głupotę należy drażnić. Głupotę należy drażnić stale i złośliwie. Należy ją drażnić nieufnością. Choćby po to, żeby samemu nie zgłupieć, bo to wcale nie takie niemożliwe i zdarza się nader często. Ale nie przede wszystkim dlatego. Najważniejsze jest to, że innego sposobu, żeby raz na czas jakiś głupca z bagna jego głupoty wydobyć, zwyczajnie nie ma.
Wreszcie my, ludzie myślący, mamy prawo powiedzieć atakującym nas idiotom, że są idiotami. I mamy prawo czuć się lepsi – na tej samej zasadzie, na której oni, przez swoją liczebną przewagę uważają się za lepszych od nas. Mamy prawo czuć się lepsi poprzez nasz niepokój, z tego samego względu, z jakiego oni uważają się za lepszych przez własny niezmącony spokój. Mamy prawo czuć się lepsi od miernoty; lepsi – co nie znaczy znajdujący się w lepszej sytuacji. Tyle że – tak się składa – myślenie zawsze było na pozycji straconej.

Kłopoty z tożsamością 


Bo o tożsamość tak naprawdę chodzi. Głupota jest wieczna jak trawa. Głupota jest w przewadze. Nie okłamujmy się – zawsze tak było. Tyle że teraz czas taki, że ją za sprawą prasy i telewizji lepiej widać. I tyle. Oczywiście, trzeba o tym mówić. I debata o głupocie jest potrzebna. Ale potrzebne jest również mówienie o tym, co od głupoty próbuje się odciąć. Potrzebne jest sformułowanie – a może odświeżenie – pewnego paradygmatu. Innymi słowy: określenie siebie wobec współczesnej głupoty.
Na początek trzeba sobie powiedzieć – a może przypomnieć – że myślenie nie jest łatwe, ale przede wszystkim bardziej od głupoty atrakcyjne. Jest czymś, co – nie bójmy się tego słowa – czyni człowieka lepszym. Również lepszym od głupców. Po prostu. I że wcale nie jest łatwo nie być głupim, i że to wymaga odwagi. I że myślenie zawsze wzmaga agresję głupców, których zawsze jest więcej. Ponieważ, powtórzmy, myślenie zawsze było w mniejszości. Jest to jego cechą niezbywalną, choć bywa jego klęską. Paradoksalnie – jest to również jego wielkim przywilejem. I jest jego wielką siłą. 

Michał Nawrocki

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl