Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Rozpędzony Leszek Miller

Michał Zieliński Rodzina, ach rodzina...

Andrzej Łukowski Białoruski plebiscyt lojalności

Tomasz Fiałkowski Plama

Michał Okoński Spokojnie z tą piłką

 


 

 




  
 
Rozpędzony Leszek Miller

Leszek Miller, korzystając z wyborczych emocji, zapowiedział likwidację Senatu. Hasło jest chwytliwe: wyborcy są przekonani, że instytucje publiczne w III RP zostały rozdęte. W przekonaniu tym jest dużo racji – dość wspomnieć o rozroście administracji lokalnej po wprowadzeniu reformy samorządowej czy o niezliczonych agencjach i funduszach, utrzymywanych z budżetu, a często dublujących zadania organów rządu i samorządu, zwykle zresztą nieefektywnych i będących jedynie polityczną synekurą. 
Wbrew jednak sugestiom lidera koalicji SLD-UP, Senatu nie da się równie łatwo zdyskwalifikować. Naturalnie, jego utrzymanie też co nieco kosztuje, izba miała rozmaite wpadki, a jej rola została przez konstytucję mocno ograniczona. Tyle tylko, że parę razy zdarzyło się jej uchronić polskie ustawodawstwo od ewidentnych bubli, za które też trzeba by zapłacić. 
Teraz zaś Senat czeka i inne zadanie: wobec zdominowanego prawdopodobnie przez jedną orientację Sejmu, może stać się – pomimo ograniczonych kompetencji – barierą dla rozmaitych legislacyjnych pomysłów poselskiej większości. W sytuacji prawie-monopolu (Sejm, telewizja publiczna itd.), Senat może znowu odegrać rolę czynnika równoważącego na polskiej scenie politycznej (przypominają się tu czasy tzw. Sejmu kontraktowego z ciągle silną PZPR i ZSL i Senatu, opanowanego dzięki w pełni wolnym wyborom przez postsolidarnościową opozycję). Zwłaszcza, że zważywszy na obowiązujący system wyborczy, w wyborach do senatu bardziej liczyć się będą osobowości niż etykiety partyjne.
Leszek Miller o tym naturalnie wie.
 

 

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

Rodzina, ach rodzina

Gdy słyszę słowa „polityka prorodzinna”, odprzodkowuję armatę. Czynię tak z czterech powodów. Po pierwsze, jestem przeciwnikiem rozbudowywania tzw. polityki socjalnej w ogóle. Doświadczenia zarówno socjalizmu, jak i polityki welfare state (czyli państwa opiekuńczego) dowodzą bowiem, że rozrost świadczeń socjalnych poprzez wzrost obciążeń podatkowych powoduje tendencje stagnacyjne w gospodarce i zwiększanie bezrobocia. W dłuższym okresie jest zatem przeciwskuteczny, a prawdziwe staje się twierdzenie, że najlepszą polityką społeczną jest szybki wzrost gospodarczy.
Po drugie, uznając za oczywiste, że nawet w najbogatszych społeczeństwach będą ludzie wymagający pomocy, chciałbym, aby owa pomoc docierała wyłącznie do owych potrzebujących. Polityka prorodzinna tego kryterium nie spełnia, bowiem – zwłaszcza w sprymityzowanej polskiej wersji – zakłada, że pomaga się wszystkim. To już jest prosta sprzeczność logiczna, albowiem gdy wszyscy pomagają wszystkim, oznacza to, że wszyscy na tym tracą.
Po trzecie, pomoc socjalna jest najskuteczniejsza, jeżeli ma charakter „adresowy” i rzeczowy, czyli trafia do potrzebujących i umożliwia im zaspokojenie konkretnych potrzeb. Dlatego jestem za ułatwieniami w zdobywaniu wykształcenia przez młodzież, dobrą opieką lekarską, specjalistyczną opieką nad ludźmi starszymi itd. Jeżeli ktoś chce takie działania nazwać „polityką prorodzinną”, to jestem za.
Natomiast zdecydowanie jestem przeciw rozdawnictwu pieniędzy (zwłaszcza bez uwzględnienia kryterium dochodowego) nagradzającemu posiadanie dużej liczby dzieci. Jest to echo XIX-wiecznych militarystycznych koncepcji siły państwa mierzonej liczbą rekrutów. A pomysł, że dobrze jest, gdy wszyscy rodzą jak najwięcej dzieci, jest równie nonsensownym ideologizmem jak jego eugeniczne przeciwieństwo zezwalające na reprodukcję wyłącznie niebieskookim blondynom z IQ przekraczającym poziom polityków nawołujących do polityki prorodzinnej.

 

Michał Zieliński

 

 

 

 

 

 


Białoruski plebiscyt lojalności

Alaksandr Łukaszenka wygra niedzielne wybory prezydenckie. Musi je wygrać w pierwszej turze, aby utrwalić w społecznej świadomości wypracowany w ostatnich latach wizerunek politycznego macho. Dysponuje wszystkimi niezbędnymi „narzędziami” do wygrywania wyborów – posłusznymi komisjami wyborczymi, oddaną telewizją i cichym, ale znamiennym poparciem Moskwy. Zachowuje się jednak tak, jak gdyby nie był do końca pewien wyniku głosowania.
Jego rywalem nie będzie, jak się początkowo spodziewano, przedstawiciel walczącej z reżimem opozycji demokratycznej, lecz polityk wywodzący się z nomenklatury i pozbawiony charyzmy: Uładzimir Hanczaryk, szef Federacji Związków Zawodowych. Paradoksalnie to przeciwnik najgroźniejszy z możliwych – za nim mogą bowiem pójść ci nomenklaturowi pretorianie różnych szczebli, którzy mają dosyć rządów Łukaszenki. Jak liczna jest ta grupa, nie sposób oczywiście ustalić, walka toczy się wszak „pod dywanem”.
Niebezpiecznych dla Łukaszenki pęknięć można się dopatrzyć również w szczelnie dotychczas zaspawanych i wiernych jak pies służbach specjalnych. Wielu komentatorów uważa, że niedawne publikacje o istnieniu w białoruskim KGB „szwadronów śmierci” – likwidujących na polecenie prezydenta jego oponentów – wychodzą na światło dzienne z inspiracji samych służb i świadczą o ich politycznych ambicjach, o chęci jeszcze większego uzależnienia prezydenta.
Wybory na Białorusi będą zatem plebiscytem lojalności nomenklatury i służb specjalnych wobec urzędującego prezydenta, pragnącego nadal przewodzić narodowi, z którego opinią w ogóle się nie liczy. Nawet podczas wyborów. Bo przecież Białorusinów nikt tu o zdanie nie pyta.  

 

Andrzej Łukowski

 

 

 

 

 

 

 

 

Plama

Minister ochrony środowiska Antoni Tokarczuk, który do resortu trafił raczej z klucza aniżeli z racji kompetencji, postanowił na odchodnym zapisać się w pamięci potomnych. I to jak najgorzej: odwołując dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego Wojciecha Gąsienicę-Byrcyna.
Dyrektor TPN zasłynął nieustępliwością, z jakimi broni tatrzańskiej przyrody oraz integralności Parku. Jego fachowości nie kwestionują nawet wrogowie. A że ich ma – trudno się dziwić. Inwestycje na terenie tak atrakcyjnym turystycznie to łakomy kąsek. Jeśli ktoś się im przeciwstawia, nie może być przez wszystkich lubiany. Ale Tatry to dobro narodowe, które wymaga ochrony. I argument, że trzeba odwołać dyrektora Parku, ponieważ ma złe stosunki z samorządem, nie jest argumentem. On właśnie musi umieć przeciwstawić się partykularnym interesom. Nawet jeśli reprezentant tych interesów jest obecnie szefem sztabu wyborczego rządzącego ugrupowania (myślę o burmistrzu Zakopanego Adamie Bachledzie-Curusiu).
Dymisję dyrektora TPN oprotestują niewątpliwie zarówno Państwowa Rada Ochrony Przyrody, jak i sejmowa komisja ochrony środowiska. Tyle że ich głos nie jest dla ministra wiążący. Jedynie premier Jerzy Buzek może powstrzymać niewczesne zapędy swojego podwładnego. A jeśli Wojciech Gąsienica-Byrcyn zostanie jednak odwołany, decyzja ta pozostanie wyjątkowo szpetną plamą na obrazie odchodzącego rządu. I to plamą nie do wywabienia.
 

 

Tomasz Fiałkowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spokojnie z tą piłką

Euforia, jaka zapanowała po zwycięstwie piłkarskiej reprezentacji Polski nad Norwegią, jest zrozumiała: ostatni raz Polacy awansowali do mistrzostw świata 16 lat temu... Można zrozumieć wyposzczonych kibiców czy polityków, prowadzących przy okazji meczu kampanię wyborczą. Trudno jednak zrozumieć hurraoptymizm działaczy PZPN, a nade wszystko dziennikarzy, którzy sprawiają wrażenie, jakby wszystkie choroby polskiego futbolu nagle ustąpiły. Że jest inaczej, pokazał już sam mecz w Chorzowie, który usiłowała zakłócić banda chuliganów. Nie zmieniła się też sytuacja w lidze: wszak to powszechne podejrzenia o sprzedawanie meczów nakazały Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej przeprowadzenie gruntownej reformy rozgrywek. W klubach prezesi-biznesmeni rzadko wytrzymują dłużej niż sezon-dwa, spragnieni szybkiego zysku (transfer zawodnika lub nadzieje na zyski z transmisji meczy pucharowych) lekceważąc pracę z młodzieżą. O budowie spełniających standardy stadionów nie ma co mówić, skoro liczba kibiców na meczu pierwszej ligi rzadko przekracza kilka tysięcy...
I jeszcze jedno. Ci, którzy po meczu Polska-Norwegia obejrzeli transmisję meczu Niemcy-Anglia, musieli widzieć przepaść, jaka dzieliła poziom obu spotkań. Lepiej to powiedzieć już dziś: reprezentacja Polski nie rozegra na mundialu więcej niż trzy mecze...
 

 

Michał Okoński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36, 9 września 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl