Votum separatum

Jak daleko stąd, jak blisko

JÓZEFA HENNELOWA

 

Kiedy to piszę (czwartek 30 sierpnia wieczorem), w sytuacji czterystu kilkudziesięciu uchodźców afgańskich na norweskim frachtowcu „Tampa” nie zachodzi nic nowego. Tkwią na wodach przybrzeżnych australijskiej wyspy, pod kontrolą wojska, w warunkach trudnych do wyobrażenia, skoro statek przewidziany jest na 40-osobową załogę, skoro to trwa już tyle dni, skoro nikt z uchodźców nie był prawdopodobnie odpowiednio wyekwipowany. To, co mówią australijscy lekarze, uspokajający, że nic złego się nie dzieje, nie jest wiarygodne, bo lekarzy wysłały władze odmawiające uchodźcom prawa wstępu na swoją ziemię. Dziennikarzy przy tym nie ma, już nie tylko kamer, ale nawet świadków patrzących z bliska. I dalej słychać tylko apele o pomoc – i odmowę, powtarzaną z tym samym zdecydowaniem. Ani Australia, która orzekła, że ma dosyć. Ani Indonezja, z której promu norweski kapitan uratował rozbitków. Ani Norwegia, choć jej przedstawiciel jest w tej sytuacji jedynym godnym najwyższego szacunku człowiekiem. Ani jak dotąd żaden inny kraj. Czterystu kilkudziesięciu ludzi, tych właśnie, uznanych za całkowicie zbędnych pośród rodziny ludzkiej. Jak tylu poprzednio, po tyle już razy. Tylko tym razem w scenerii wyjątkowo przemawiającej do wyobraźni.
Co zastanawia, to mizerne echo trwającego od wielu dni wydarzenia. Właściwie ech takich prawie nie słychać. Czy dlatego, że nie mając wglądu w sytuację z bliska, można udawać, że do niczego naprawdę dramatycznego nie dojdzie, czy też, bo komentatorzy świadomi są, jak faryzejskie byłoby oburzenie na bezwzględność innych, gdy samemu nie ma się prócz oburzenia nic do zaoferowania... A może zwyczajnie z powodu odległości? To przecież tak daleko stąd, niewyobrażalnie daleko. I tych czterystu kilkudziesięciu ludzi nie ma z nami nic a nic wspólnego. Ani z nami Europejczykami, rozprawiającymi o prawach człowieka, ani z nami rodakami dumnymi z naszej wyjątkowości etycznej, ani z nami obrońcami życia, co często odpowiednio nagłośnione (a nic nie kosztujące) przydać się może nawet w kampanii wyborczej... A może to po prostu wstyd, zrozumiały skądinąd? 
Podobnie jest z brakiem jakiegokolwiek odruchu oburzenia wobec trwającego jeszcze dłużej niż dramat „Tampy” faktu uwięzienia grupy społecznych działaczy w Afganistanie, oskarżonych o szerzenie chrześcijaństwa w tym fanatycznym kraju muzułmańskim. Biblia w miejscowym narzeczu wystarczyła, by aresztować ich z pogwałceniem wszelkich zasad prawnych. I co? Bezsilność rodzin i rządów, milczenie opinii, także opinii Kościołów, w tym mojego. Czy dlatego, że ludzie ci formalnie „nie należą do nas”? Nawet ci miejscowi, za przechodzenie na chrześcijaństwo skazywani na śmierć? Przecież w tylu innych sytuacjach słychać głos solidarności, obrony, protestu. Czym kieruje się ów głos, gdy go słychać, i wtedy, kiedy milknie? Jak mierzona jest odległość od ludzi do ludzi?

PS. Dopisuję 3 września. Lżej: uchodźcy wreszcie postawią stopy na lądzie, zaproszeni przez parę krajów. Ale problem bynajmniej nie kończy się. I wcześniej czy później dla nikogo nie będzie on „cudzy”. „Obawiam się, że następny kapitan namyśli się dwa razy, zanim weźmie rozbitków z tonącej łodzi na pokład” – mówi dziennikarzowi australijski prawnik.


Józefa Hennelowa
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl