Pożegnanie

KATARZYNA ZIMMERER

 


Być tu, w tym mieszkaniu, tak trwałym,
że nasze osoby wydają się być tylko 
do niego dodatkiem...
” 
Czesław Miłosz w Księdze Gości Anny i Jerzego Turowiczów, 
10 października 1989



W ostatni piątek czerwca żegnaliśmy się na zawsze z mieszkaniem Anny i Jerzego Turowiczów przy ulicy Lenartowicza. Przyszli dawni lokatorzy i stali bywalcy, a także ci, dla których to miejsce zdążyło już stać się legendą. Przywitały nas nagie ściany i podłogi ze śladami stojących tu jeszcze niedawno mebli. Kilka dni wcześniej archiwum i bibliotekę Turowiczów przeniesiono do nowej siedziby przy Alei Słowackiego.
Pod przypiętym pinezką zdjęciem nieobecnych Gospodarzy goście składali kwiaty. Paliły się świece. Niektórzy mieli łzy w oczach, bo oto nieodwołalnie kończyła się pewna epoka. Nigdy nie byłam na Lenartowicza za życia Pani Anny i Pana Jerzego. Teraz z pomocą przyjaciół próbuję zrozumieć, na czym polegał fenomen tego miejsca.


*


Krystyna Zachwatowicz: Kiedy po raz pierwszy przyszłam z wizytą do Turowiczów? Nie pamiętam. Jerzy przyjaźnił się z Piwnicą pod Baranami, więc naturalne było, że my, piwniczanie u niego bywamy.
Uta Kalinowska: Miałam siedemnaście lat, kiedy poznałam Magdalenę Turowiczównę na lekcji religii u księdza Turka. Od razu się zaprzyjaźniłyśmy, a ja zaczęłam przychodzić do jej domu. Przez kilka lat spędzałam w nim niemal całe dni.
Wojciech Plewiński: Przychodziłem w konkury do mieszkającej u Turowiczów Joanny Wolskiej, kuzynki Anny. Konkury zakończyły się w 1954 roku ślubem – i wprowadziłem się na Lenartowicza. Mieszkaliśmy tam przez dziesięć lat, w tym czasie urodził się nasz syn Maciek. Zajmowaliśmy jeden pokój. Łóżko odgrodzone było od reszty pomieszczenia parawanem ze sterty książek beletrystycznych, których Jerzy nie chciał trzymać u siebie, ale wyrzucić też nie potrafił.
Ks. Adam Boniecki: To mieszkanie było dla mnie przede wszystkim ratunkiem w bezdomności. W roku 1964 zacząłem pracować w „Tygodniku”, ale nie miałem gdzie mieszkać, a Turowiczowie szukali lokatora. Zostałem przez nich przyjęty nie tylko jak lokator, także jak członek rodziny. Na wiele lat.
Krystyna Zachwatowicz: Przychodziło się tam po radę, po ukojenie niepokoju, po zrozumienie tego, czego nie umiało się zrozumieć. Anna parzyła kawę, Jerzy słuchał. Nie miał gotowych odpowiedzi. Nigdy nie ferował wyroków. Zastanawiał się, zadawał pytania. To rzadka umiejętność. Dzięki jego uwadze i mądrości, a także dzięki kąśliwym często uwagom Anny, problemy, z którymi się przyszło, nabierały właściwego wymiaru. 
Wojciech Plewiński: Oboje byli niezwykle tolerancyjni. Pamiętam jakieś swoje głupkowate odzywki smarkacza i myślę dziś z podziwem o tym, że nigdy ani jednym słowem nie dali mi poznać, że się mylę.
Uta Kalinowska: Nie przypominam sobie, by pani Anna albo Taś – tak my młodzi, dzieci prawdziwe i przybrane, nazywaliśmy pana Jerzego – narzucali nam swoje poglądy. Słuchali, a potem dyskretnie wskazywali kierunek myślenia. Nigdy nie czułam się oceniana, choć jestem pewna, że nie wszystko, co robiłam czy mówiłam, im się podobało. Wiedziałam, że mnie akceptują, i to dawało mi wiarę w siebie.
Wojciech Plewiński: Anna i Jerzy byli ludźmi głęboko wierzącymi i to chyba właśnie pozwalało im na tak wielką tolerancję.
Ks. Adam Boniecki: Dom na Lenartowicza był przyjazny dla ludzi i ludzie chętnie go odwiedzali. Kiedyś ojciec Piotr Rostworowski zapowiedział, że zjawi się u Turowiczów za dwa lata w określonym dniu i o określonej godzinie. Czekali z ciekawością, czy nie zapomni. Spóźnił się pięć minut. Jak tłumaczył, nie przypuszczał, że się tymczasem tak zestarzeje i że wejście na trzecie piętro zajmie mu aż tyle czasu... Z biegiem lat również Anna i Jerzy zaczęli mieć problemy z wdrapaniem się do swego mieszkania.
Wojciech Plewiński: Jak można było żyć i pracować twórczo w takim zagęszczeniu? Nie umiem sobie już teraz wyobrazić, jak myśmy się tam wszyscy mieścili. Anna i Jerzy, ich córki: Elżbieta (później z mężem i synkiem Łukaszem), Joanna, Magdalena; ja z żoną i Maćkiem; i jeszcze młodziutka Dunka Micińska. W dodatku do każdego z nas wciąż przychodzili goście. 
Ks. Adam Boniecki: Półki z książkami zajmowały wszystkie ściany, na podłodze rosły sterty gazet, czasopism i teczek z materiałami potrzebnymi Jerzemu do pracy. Pozwalał korzystać ze swoich zbiorów, czasem radził, co powinienem przeczytać. Bywało, że do szukania jakiegoś tytułu używał lornetki, ponieważ do półki nie dało się już dojść. Czasem też prosił o pożyczenie jakiejś książki, bowiem, jak tłumaczył z nieśmiałym uśmiechem, choć na pewno ją ma, nie wie, gdzie jest. 
Wojciech Plewiński: Z przerażeniem obserwowaliśmy proces zarastania tego mieszkania. Chyba wtedy postanowiłem, że sam nigdy nie będę miał biblioteki. Pozbywam się książek zaraz po ich przeczytaniu.
Tomasz Fiałkowski: Kiedy po śmierci pana Jerzego razem z jego wnukiem, Michałem Smoczyńskim, zaczęliśmy porządkować bibliotekę i archiwum, wydawało nam się z początku, że nasze wysiłki są daremne: cokolwiek znajdziemy, zaraz ginie. Nie mieliśmy nawet stołu, żeby rozłożyć papiery.
Uta Kalinowska: Wszystko, co się działo na Lenartowicza, wydawało mi się ogromnie ważne, nawet zmywanie naczyń miało dla mnie wymiar rytuału. Gromadziło się je w metalowej wanience, która stała w kącie kuchni. Dorota Schroeder wspomina, że istniał specjalnie skonstruowany stelaż, dzięki któremu zmywając, można było równocześnie czytać, żeby nie tracić czasu na „sprawy przyziemne”. 
Wojciech Plewiński: Anna na pewno nie czytała podczas zmywania, bo robiła to z taką pasją i z takim temperamentem, że mokra była nie tylko podłoga, ale nawet ściany. Za to Jerzy zmywał spokojnie i systematycznie. Kiedy zamknięto „Tygodnik”, bardzo często to robił. To go chyba uspokajało. Rytuałem było też pranie. Z Bronowic przyjeżdżał tak zwany Kłapacz, czyli przemiła, ale niezmiernie pyskata baba, której się gęba nie zamykała. Anna bardzo ją lubiła i ciągle podpuszczała do dalszych tyrad, więc Kłapacz prał i „kłapał dziobem”. 
Ks. Adam Boniecki: Czasami cała rodzina zbierała się w kuchni na wspólnej kolacji. Bywało, że te wieczory przeciągały się do późnej nocy, bo nagle Jerzy przynosił jakiś tomik wierszy, które czytaliśmy na głos. 
Uta Kalinowska: Taś miał wielką kolekcję płyt, rzadkość w tamtych czasach. Na Lenartowicza słuchano muzyki z niezwykłą uwagą, radością, a może nawet zachłannością. Brel, Aznavour, Becaud do dziś kojarzą mi się z młodością spędzoną u Turowiczów. 
Co się w tym domu jadło? Musiało się coś jeść, ale ja tego nie pamiętam. To była sprawa drugorzędna. Owszem, pani Anna robiła wyśmienite konfitury. Owoce przywozili swej „dziedziczce” chłopi z Goszyc – jej dawnego majątku. 
Tomasz Fiałkowski: Ostatnie przetwory pani Anna zrobiła już po śmierci pana Jerzego, latem ’99 roku. Kiedy porządkowaliśmy archiwum, wyciągała ze spiżarni kolejne słoiki i częstowała nas wspaniałymi konfiturami z wiśni, czarnych porzeczek, mirabelek i śliwek pokrojonych w paski. 
Ks. Adam Boniecki: Anna i Jerzy byli nadzwyczaj tolerancyjni i cierpliwi wobec swoich współmieszkańców. Przez wiele lat organizowałem na Lenartowicza spotkania duszpasterstwa akademickiego. Co tydzień przychodziło do mnie ponad dwadzieścia osób. Siedzieliśmy u mnie na paczkach z rocznikami starych gazet, ale okupowaliśmy też kuchnię.
Uta Kalinowska: To dzięki Jerzemu trafiłyśmy z Magdaleną do Piwnicy pod Baranami. Turowiczowie zabrali nas też na piwniczny bal w Pieskowej Skale. Było w tym coś z dawnego obyczaju wprowadzania młodych panien w świat. Elżbieta uszyła mi suknię balową, pani Anna matkowała podczas tej nocy, a pan Jerzy prosił do tańca. 
Wojciech Plewiński: Jedyna rzecz, która mnie drażniła na Lenartowicza, to dym z papierosów; Anna i Jerzy strasznie dużo palili. Poza tym nie przypominam sobie żadnych konfliktów. Do drobnych spięć dochodziło tylko wtedy, gdy zjawiała się mama Anny, pani Zofia z Zawiszów Kernowa: zawsze z chlebakiem przewieszonym przez ramię, zawsze z głową pełną różnych idei, do których chciała przekonać córkę, a ponieważ jej się to nie udawało, podnosiła czasem głos.
Tomasz Fiałkowski: Kiedy porządkowaliśmy archiwum, pamięć tego miejsca odsłaniała się warstwami jak podczas poszukiwań archeologicznych. Powracało też ulotne życie codzienne; pan Jerzy nie wyrzucał niczego, zachował więc też karteczki z różnymi wiadomościami, które mieszkańcy zostawiali sobie na lustrze w korytarzu. Dowiadywaliśmy się, co będzie na kolację, czy bułki na śniadanie zostały kupione, kto telefonował i że na księdza Adama złożono donos do Komitetu Wojewódzkiego. 
Wojciech Plewiński: Każdy z nas miał zupełnie odmienny rytm dnia. Ja już o siódmej rano musiałem być w pracy. Jerzy wstawał koło dziewiątej, ponieważ zazwyczaj pracował do późnej nocy. Koło jedenastej przyjeżdżał po niego starą Warszawą redakcyjny kierowca, pan Jedynak.
Tomasz Fiałkowski: Pani Anna też prowadziła „życie nocne”. Czasem orientowaliśmy się nagle z Michałem, że już minęła północ, szliśmy do kuchni, a tam pani Anna przygotowywała właśnie obiad na następny dzień... Siadaliśmy z nią jeszcze na chwilę, żeby się pochwalić nowymi odkryciami.
Ks. Adam Boniecki: To mieszkanie nie świeciło ładem i porządkiem. Zaangażowanie gospodarzy w sprawy wyższe sprawiało, że panował tam może nie bałagan, ale pewnego rodzaju chaos. W kuchni na stole stały zawsze dziesiątki słoików, wszędzie pełno było zupełnie niepotrzebnych rzeczy, które musiały być pod ręką, bo się mogą kiedyś przydać. 
Wojciech Plewiński: Pomiędzy drzwiami wejściowymi a podłogą była tak duża szpara, że można było przez nią rękę włożyć. Przez nieszczelne okna wkradał się zimą dotkliwy chłód, więc kładziono jakieś szmaty, żeby za bardzo nie wiało. Mówiło się, że mamy przynajmniej dopływ świeżego powietrza. 
Tomasz Fiałkowski: Drewniany blat stołu kuchennego został kiedyś poddany laminacji na gorąco. W rezultacie blat się wygiął i talerze albo co gorsza szklanki z herbatą zsuwały się prosto na kolana siedzących.
Ks. Adam Boniecki: Nikomu to nie przeszkadzało. Ostrzegało się po prostu gości, żeby stawiali naczynia bliżej środka stołu – i już.
Wojciech Plewiński: Nigdy nie myślało się o jakichś ulepszeniach czy udogodnieniach, według gospodarzy takie sprawy jak nieszczelne okna czy krzywy stół były zupełnie nieistotne. O większych remontach zresztą nie mogło być mowy, nikt nie odważyłby się walczyć z tymi górami papieru. Raz czy drugi pomalowano sufit i ściany nad półkami.
Ks. Adam Boniecki: Sprawy ducha zawsze były w tym domu ważniejsze niż sprawy materii. Pewnie dlatego tak wiele osób tak chętnie tu przychodziło. Znajdowali to, czego każdy z nas potrzebuje najbardziej: czas i uwagę.
Tomasz Fiałkowski: Kiedy pracowaliśmy w archiwum, pani Anna porządkowała rodzinną korespondencję. Nigdy nie wtrącała się do tego, co robimy, czasem tylko prosiła, żebyśmy te czy inne papiery przeglądali szczególnie uważnie. Po jej śmierci miałem wciąż wrażenie, że kiedy otworzę drzwi do środkowego pokoju, zobaczę ją siedzącą w fotelu.
Krystyna Zachwatowicz: Często przychodziłam na Lenartowicza, kiedy Tomasz z Michałem porządkowali archiwum. Wydawało się, że Anna i Jerzy gdzieś tylko na chwilę wyszli. Dopiero kiedy zobaczyłam spakowane książki i obrazy zdjęte ze ścian, poczułam, że oni naprawdę odeszli.
Uta Kalinowska: Jeśli posiadam jakąś wewnętrzną siłę, to dzięki temu czasowi, który dane mi było spędzić na Lenartowicza.
Wojciech Plewiński: To miejsce mnie ukształtowało.
Ks. Adam Boniecki: Kiedy przyjeżdżałem do Krakowa z Włoch, szedłem na Lenartowicza jak do siebie, choć już tam dawno nie mieszkałem. To był mój dom. Jego likwidacja zamknęła pewną epokę. 

*


I my zaraz zamkniemy na zawsze drzwi do mieszkania Anny i Jerzego Turowiczów. Jeszcze tylko po raz ostatni wpiszemy się do księgi gości, prowadzonej od 1939 roku. Są tu wpisy po polsku, francusku, angielsku, niemiecku, rosyjsku, a nawet po węgiersku i japońsku: „Dziękujemy, że mogliśmy tu być”, „Z czułością i wdzięcznością za to, że myśli o Państwu zawsze rozświetlają pamięć i dodają sił”, „Najpiękniej dziękuję za wszystko; strawę, przyjaźń, konwersację”, „Jest tyle spraw i ważnych tematów, o których dobrze rozmawia się w tym Domu”.
Zabieramy kwiaty, fotografie gospodarzy i wielki cerkiewny krzyż z kutego żelaza, który pan Jerzy dostał dawno temu na imieniny od Wojtka Plewińskiego. Idziemy na Aleję Słowackiego, gdzie dzięki szczodrobliwości Andrzeja Barańskiego archiwum Turowicza znalazło przystań.
Tomasz Fiałkowski: Podczas przeprowadzki mieliśmy wrażenie, że coś się wprawdzie skończyło, ale nie jest to koniec ostateczny. Wraz z książkami, listami, dokumentami i fotografiami przeniosła się też pamięć. A kiedy dzięki logistycznym umiejętnościom Michała udało się w ciągu niecałej godziny odtworzyć półki z poezją, poczułem żywą obecność pana Jerzego i pani Anny. 

Katarzyna Zimmerer

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl