Komentarze

 


Janusz A. Majcherek Na przeczekanie

Wojciech Pięciak Nieuniknione ryzyko

Jerzy Jedlicki Pobicie z podtekstem

Krzysztof Burnetko Polityka na wyłączność

Ks. Adam Boniecki Powrót na łono Kościoła

 


 

 




  
 
Na przeczekanie

Po opublikowaniu przygotowanych w ministerstwie finansów prognoz przyszłorocznej sytuacji budżetowej, premier pospieszył z przeprosinami wobec tych, którzy mogli się przestraszyć. Obiecał też, że emerytom i rencistom nic nie grozi. Minister Kropiwnicki, znany dotychczas z corocznego kwestionowania założeń ministerstwa finansów jako zbyt optymistycznych i z przedstawiania sytuacji gospodarczej jako o wiele gorszej, tym razem wystąpił z zapewnieniami, że jest o wiele lepiej. Wicepremier Steinhoff postanowił zasięgnąć opinii ekspertów o szacunkach ministerstwa finansów, licząc bodaj jeśli nie na korzystniejsze oceny, to przynajmniej na zwłokę (skądinąd dopóki minister finansów sam był wicepremierem, taki manewr nie wchodził w grę). Pozostali ministrowie zgodnie twierdzą, że oszczędzać nie mają na czym, a posłowie nie kwapią się do rezygnacji z forsowania ustaw zwiększających wydatki, czyli pogłębiających deficyt budżetowy. Blokują też zmiany kodeksu pracy, mogące zwiększyć zatrudnienie.
Z kolei szykująca się do przejęcia władzy opozycja milczy o swoich planach ratowania finansów publicznych, zasłaniając się brakiem informacji ze strony rządu o ich rzeczywistym stanie. Znany dotychczas jako postkomunistyczny „liberał” i przymierzany do ministerialnego stanowiska poseł Kaczmarek ogłasza natomiast równie kuriozalny, co niebezpieczny zamysł przechwycenia prywatnych składek w funduszach emerytalnych oraz zaniechania prywatyzacji „fiskalnej”, czyli rezygnacji z miliardowych dochodów, jakie mogłaby ona przynieść. Jego partyjny szef i prawdopodobny przyszły premier odcina się od tych pomysłów, ale własnych nie przedstawia.
Chaos informacyjno-propagandowy zatem trwa i trudno się dziwić, bo za niecały miesiąc wybory. Przed ich terminem żaden kandydujący polityk nie chce formułować konkretnych propozycji uzdrowienia finansów publicznych, bo mogą się one nie spodobać elektoratowi. Pójdziemy więc do głosowania nie znając stanowiska głównych kandydatów wobec najważniejszego obecnie problemu kraju.  

 

Janusz A. Majcherek

 

 

 

 

 

 

 

 

Nieuniknione ryzyko

Operacja NATO w Macedonii „Niezbędne żniwa” dopiero się rozpoczyna, a jest już pierwsza ofiara: brytyjski żołnierz zginął obrzucony kamieniami przez młodych Macedończyków. Czym kierowali się politycy i dowódcy NATO, podejmując decyzję o tak ryzykownej misji, która zapewne nie ograniczy się do pasywnego zbierania broni od partyzantów UCK? Zapewne nadzieją, że obecność dużych sił międzynarodowych – wiadomo, że będą one większe niż planowane 3 tys. ludzi i zostaną dłużej niż miesiąc – zapobiegnie eskalacji konfliktu, uspokoi sytuację i umożliwi poszukiwanie jednak rozwiązania politycznego. Doświadczenie poprzednich wojen bałkańskich podpowiadało też, że działać trzeba jak najszybciej, bo z czasem sytuacja stałaby się coraz trudniejsza – nawet jeśli już dziś jest ona nieprzejrzysta, sam cel misji NATO niezbyt jasny (spór o ilość broni, którą mają oddać Albańczycy – a mają szacunkowo 60 tys. pistoletów maszynowych i 6 tys. sztuk broni cięższej: granatników, moździerzy – to przecież w istocie spór o charakter mandatu NATO). Nie mówiąc o tym, że pełna demilitaryzacja partyzantów z UCK wydaje się nierealna. Jednak nie podejmując decyzji o operacji w Macedonii i usiłując wpływać jedynie środkami politycznymi, NATO podejmowałoby jeszcze większe ryzyko.

 

Wojciech Pięciak 

 

 

 

 

 

 


Pobicie z podtekstem

Rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Płocku oświadczył – jak czytamy w prasie – że pobicie Romów na dyskotece w Koszelówce nie miało „podtekstu narodowościowego”. Również uczestnicy dyskoteki mieli podobno zapewniać dziennikarzy, że w bójce w ogóle nie poszło o rasizm, bo „gdyby to był rasizm, walka rozpoczęłaby się na początku, a nie o godz. 1 w nocy, dopiero po tym, jak Cygan ukradł łańcuszek”. 
Nie byłem na dyskotece, nie czytałem zeznań i nie wiem, jak było z łańcuszkiem. Ale przytoczone oświadczenia nie są, wbrew intencjom, uspokajające. Każda zbiorowa napaść, pogrom czy samosąd zaczyna się przecież od jakiegoś zdarzenia albo plotki i skoro obraca się solidarnie przeciw członkom grupy etnicznej uważanej za obcą, to „podtekst” wydaje się niestety aż nazbyt oczywisty. Romowie w całej Europie Środkowej są społecznością najbardziej ze wszystkich narażoną na akty zbiorowej przemocy i obowiązkiem organów strzegących prawa jest udzielanie im skutecznej ochrony, a nie łagodzenie wymowy faktów przez sprowadzanie ich do wymiarów bójki, jakich wiele. 
U naszych południowych sąsiadów zdarzyły się ostatnio napaści na Romów – tragiczne w skutkach. Czy i my mamy czekać na prawdziwe nieszczęście, i koniecznie przed północą, aby policja, prokuratorzy i sąsiedzi uznali, że to może jednak rasizm?
 

 

Jerzy Jedlicki

 

 

 

 

 

 

 

 

Polityka na wyłączność

TVP wymyśliła, że zdobędzie wyłączność na transmisje z siedzib partii podczas ogłaszania wyników wyborów parlamentarnych. Chwyt taki nawet specjalnie nie dziwi – zwłaszcza, jeśli pamięta się, że sam prezes Kwiatkowski za najważniejszą uważa tzw. oglądalność, a pomimo powszechnego zniechęcenia polityką „wieczór wyborczy” będzie pewnie oglądany. Pomysł zmonopolizowania obsługi tego etapu wyborów świadczy jednak o niezrozumieniu na Woronicza idei pluralistycznych mediów – co byłoby może dopuszczalne w stacjach komercyjnych, ale nie przystoi na pewno telewizji publicznej. Równocześnie plan ten dowodzi kompleksów TVP. Skoro bowiem dysponująca potężną machiną organizacyjną i sprzętową oraz doświadczeniem w obsłudze podobnych wydarzeń stacja boi się stanąć do rywalizacji z innymi, często słabszymi, konkurentami, to musi mieć słabe mniemanie o sobie i swoich dziennikarzach. 
Ugrupowania zaś, które przystały na propozycję TVP („Alternatywa”, „Samoobrona”, Prawo i Sprawiedliwość) dowiodły, że nie mają pojęcia tak o zasadzie jawności życia publicznego, jak o regułach rządzących kontaktami z mediami. Na dodatek wszystkie one żądały niedawno większej przejrzystości w polityce i narzekały na zmowę milczenia, jaką mieli je objąć dziennikarze. Nerwowe teraz tłumaczenie, że nie wiedziały gały, co podpisywały, jest tylko dodatkowym argumentem dyskwalifikującym.
 

 

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót na łono Kościoła

Włoskie stacje telewizyjne potraktowały historię abp Emmanuela Milingo jako przebój sezonu. Kilka razy dziennie na ekranach pojawiał się on albo pani Maria Sung Rayae. Bo czy można wymarzyć sobie lepszą zabawę? Katolicki hierarcha, Afrykańczyk, „uzdrowiciel”, dziwaczny ślub z prawie nieznajomą Koreanką, w tle sekta Moona – mesjasza skutecznego, bo Chrystusowi nic się nie udało. Nowy mesjasz jeździ mercedesem, prowadzi interesy w USA i Korei oraz zdobywa nowych adeptów. A przecież mamy do czynienia nie z widowiskiem, ale z ludzkim dramatem: Milingo, pani Sung Rayae i tych, którzy utożsamiają się z Kościołem. 
Aktywny i lubiany Milingo został księdzem w 1958 r. Ledwie 11 lat później był już arcybiskupem Lusaki. Już wtedy ci, którzy znali go bliżej, uważali, że kandydatura była fatalnym nieporozumieniem. Nominat był popularny, ale bardziej jako taumaturgos uzdrawiający na wielkich mitingach – nabożeństwach, niż jako duszpasterz. Po 10 latach głównie takiej aktywności, Jan Paweł II odwołał Milingo z Lusaki i umieścił w watykańskiej Komisji ds. Emigrantów. Arcybiskup nie zaprzestał jednak działalności: najpierw na terenie biura i w mieszkaniu tuż przy Watykanie, potem urządzając wielkie podróże po całych Włoszech. Odesłany na wczesną emeryturę, stale w otoczeniu wielbicieli i reżyserów spektakularnych nabożeństw, przekonany o swej nadzwyczajnej mocy (mam powody, by tej wiary nie podzielać), egzystujący na obrzeżach Watykanu, gdzie patrzono nań z pobłażliwym rozbawieniem, spragniony popularności (m.in. próbował sił na festiwalu w San Remo) – został wreszcie owładnięty przez Moona. Jak? Dlaczego? Milingo był dla Kościoła Zjednoczenia cenną zdobyczą. Znów poczuł się biskupem. Powtarzał, że chce nim pozostać także w sekcie. 
Po rozmowie z Papieżem arcybiskup wrócił do Kościoła. Pani Sung, śledzona przez kamery, przeżyła dramat i oskarżyła Watykan o uprowadzenie męża. Kościół wobec nieszczęsnego arcybiskupa wybrał drogę miłosierdzia. To zrozumiałe. Nie wiem tylko, czy kiedykolwiek zrozumie to pani Sung Rayae. 

 

Ks. Adam Boniecki 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35, 2 września 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl