Votum separatum

Diariusz

JÓZEFA HENNELOWA

 

Wtorek. Do redakcji przyszedł fax z warszawskiej Fundacji D.O.M. – Dzieło Odbudowy Miłości (rozesłany pewnie szeroko) z protestem: ani konto Fundacji ani informacja o ogłoszonej przez nią akcji pomocy powodzianom nie znalazły miejsca w mediach. Pewnie to krzywda dla jeszcze jednej grupy ludzi, dobrej na pewno woli. Ale jest w tej całej sytuacji i coś peszącego: powstałe nagle ogromne zapotrzebowanie na pomoc spowodowało rodzaj wyścigu między instytucjami społecznymi. Czytaliśmy całe litanie kont bankowych, adresów i zaproszeń do wsparcia właśnie tej a nie innej inicjatywy pomocowej. Czasem myślało się, że może niekoniecznie wszyscy muszą robić wszystko, niejako jedni przez drugich. A autoreklama działających, potrzebna, owszem, dla większej skuteczności, pozostaje autoreklamą, niestety. W tym więc wyścigu nieunikniona jest frustracja słabszych, takich jak D.O.M.
Środa. List od długoletniego czytelnika, rozżalonego, że otrzymany przezeń akurat 1 sierpnia numer ,,Tygodnika” nie czci w wyraźny sposób 57. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Fakt, daliśmy tym razem tylko notę w obrazie tygodnia i przegląd prasy – nie zawsze udaje się zdobyć własnego autora wnoszącego nowe spojrzenie albo nowatorskie odkrycia badawcze. A na refleksję typowo rocznicową jakby nie było szczególnej okazji – tak czci się z reguły tylko rocznice wyjątkowe, okrągłe. Za trzy lata, w sześćdziesięciolecie, pewnie wybuchnie dyskusja, może podobna tej, jaką toczyli uczestnicy zaraz po klęsce powstania... Ale okazuje się, że wielu naszym czytelnikom potrzebna była taka żałobna, rocznicowa, pełna wdzięczności dla poległych myśl wyrażona właśnie jeszcze i tym razem. To ten nurt, co do którego różnice pokoleń już występują i będą występowały coraz ostrzej: miejsce historii w naszej codzienności. Trzeba to ciągle zauważać.
Czwartek. Niespodziewanie znaleziony w krakowskiej prasie nekrolog prof. Danuty Wesołowskiej, językoznawcy. Jaki żal. Pamiętam kilka naszych wymian listów, zawsze z jej strony tak cennych. I podarowaną mi książkę – studium obozowego języka oświęcimskiego – książkę wstrząsającą.
Piątek. Dymisja udzielona prezesowi Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie budzi niesmak – za bardzo przypomina zgładzenie kozła ofiarnego. Patrzę na wycinki prasowe niebacznie wyliczające, w jakim składzie rada Fundacji z udziałem ministrów powzięła jednomyślną decyzję o przyjęciu wypłaty w złotówkach, a nie w markach. Tyle nazwisk tych, co teraz wydają okrzyki oburzenia, jakby zawsze stali z dala i niczemu nie byli winni. A krótka migawka z ostatniego oświadczenia Bartosza Jałowieckiego pozostawia szacunek dla klasy, z jaką dymisję przyjął. Rzadko to się zdarza...
Sobota. Lektury „poselskie”. Jeden z dotychczasowych parlamentarzystów prawicy wydał właśnie wybór swoich wystąpień, interwencji i artykułów. Drugiego zbiór wywiadów w ciągu kadencji udzielanych już od pewnego czasu mam na biurku (przeczytałam, żałując, że zamiast tego nie napisał książki o swoich doświadczeniach z kulturą, nabytych, gdy przewodniczył sejmowej komisji kultury, na ogół owocnie zresztą...) Trzeci upomina się w TVP, że nie zauważyła promocji jego książki. Gdyby to nie był okres wyborczy, można by pisać zwyczajne recenzje, kłócić się, zgadzać, krytykować i aprobować dowoli, jak serce dyktuje. Od paru miesięcy zniechęca świadomość, że to przecież kampania wyborcza, i samo wymienienie nazwiska już jest tej kampanii wspieraniem.
Niedziela. Oglądałam finał pielgrzymek na Giewont w stulecie postawienia tam krzyża. Szli starzy ludzie i ludzie z kilkulatkami, a nawet z niemowlęciem w plecaku. Tak jakby to był deptak, nie dzikie góry, w których wszystko może się zdarzyć. No i zdarzyło się, burza z gradem, nic niezwykłego o tej porze roku. Goprowcy zamknęli dojście (zdążył burmistrz Zakopanego z kilku innymi zakopiańczykami, zaistniał w mediach jak należy). Chyba jednak niewspółmierna do roztropności jest ta chęć świętowania koniecznie spektakularnego. Ale jakże się powstrzymać, gdy sam Ojciec św. wspomina o tym na audiencji w Castel Gandolfo i błogosławi?
Poniedziałek. Umarł na serce biskup pomocniczy kielecki, Mieczysław Jaworski, tyle młodszy ode mnie. Od zawsze przyjaciel „Tygodnika”. Pamiętam jego uśmiech, czynną troskliwość i wsparcie podczas kieleckich tygodni kultury, gdy jeszcze był proboszczem katedry. I parę dojazdów z paczkami dla internowanych na początku stanu wojennego, gdy właśnie na jego plebanii gromadzone były i dary, i ludzie, z którymi chciało się skontaktować. Pamiętam, że chodził na pielgrzymki jasnogórskie, choć miał taki kłopot z chorobliwą nadwagą. Ubył człowiek prawdziwie dobry. Tak jakbyśmy mieli ich w nadmiarze. Na jego pogrzebie dwadzieścia tysięcy uczestników. I powszechny żal.
Przeczytałam też w dzisiejszej prasie, że podczas kampanii wyborczej w Augustowie premier odsłonił pomnik Polaków poległych w walkach polsko-litewskich w 1920 roku. Trochę zastanawia: jakie intencje przyświecały inicjatorom tak późnego uczczenia poległych, poza wypunktowaniem raz jeszcze tamtego konfliktu? I czy warto było nadawać temu rangę aż państwową? Cóż, stało się jednak.

Józefa Hennelowa
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl