Głos w dyskusji o Prymasie

Transfer

JACEK WOŹNIAKOWSKI

 

W sierpniowym „Znaku” (nr 555) ukazał się nadzwyczaj ciekawy artykuł Bohdana Cywińskiego o ks. Prymasie Wyszyńskim i dziedzictwie po nim, a dalej równie ciekawa dyskusja kilkorga wybitnych publicystów na ten sam temat. Jej nieco skrócona wersja została uprzednio wydrukowana w „TP” (nr 31). Obie te pozycje stanowią ważny wkład w poznanie i zrozumienie Prymasa, ale daleko nam jeszcze do podsumowań, a ponieważ chodzi o jedną z bardziej znaczących postaci naszej historii, każdy przyczynek może się przydać.
Chciałbym zatem dorzucić do artykułu Cywińskiego i owej dyskusji pewną hipotezę. Sformułuję ją możliwie krótko, więc bez należytych wycieniowań – i z pewnym zdziwieniem, że nikt z publicystów „Znaku” jej nie wypowiedział. 
Może wydała się wszystkim zbyt oczywista, by się nią zajmować. A także zbyt dojmująca.
Chodzi o wiadome zachowanie się naszego episkopatu – w każdym razie biskupów pozostających na wolności – po aresztowaniu Prymasa. Myślę, że był to dla niego cios o wiele cięższy, niżby to kiedykolwiek mógł wyznać, może nawet sam sobie. Dla kogoś, kto tak wyraźnie widział Kościół jako strukturę hierarchiczną, i zarazem tak ostro zdawał sobie sprawę, że zwartość hierarchii jest, zwłaszcza w chwilach ucisku, bezcenna, kruszenie się tej zwartości i zarazem autorytetu biskupów musiało być dramatem. Więcej: dla kogoś, kto tak ogromne znaczenie przypisywał godności narodu i tak wysoko niósł jej sztandar, uważając Kościół za jej stróża i obrońcę, splamienie tego sztandaru, i to właśnie przez przedstawicieli Kościoła, musiało być niewymowną tragedią.
W znakowej dyskusji wspomniano raz i drugi o nieufności Prymasa. Nie taki był początek jego drogi. Wystarczy przeczytać pierwsze listy pasterskie biskupa lubelskiego, żeby się przekonać, z jak głęboką ufnością zwracał się do świata. Ale rozczarowania polityczne następowały jedno po drugim, aż wreszcie w roku 1953 przekroczyły miarę zwykłej ludzkiej wytrzymałości. I trzeba było doprawdy żelaznej woli kardynała Wyszyńskiego, by prawie niczego nie dać znać po sobie, by zwartość i autorytet hierarchii odbudowywać niemal demonstracyjnie, a Kościół polski znowu uczynić chorążym narodowej godności.
Był to wysiłek heroiczny, i chociaż natchniony ewangeliczną wskazówką o przebaczaniu siedemdziesiąt siedem razy, musiał przecież wyorać głęboką bruzdę w postawie Prymasa. Zastanowiło mnie, że po powrocie kardynała Wyszyńskiego w jego stosunku do środowiska „Tygodnika” i „Znaku” jakby przygasła ta przyjazna otwartość, jaką znaliśmy uprzednio. Zmiana była z początku ledwo dostrzegalna i mogła się wydawać urojona, tym bardziej, że przynajmniej w okresie jego non possumus i aresztowania nie mieliśmy sobie wobec jego osoby nic do zarzucenia. Może po namyśle uznał (przyszło mi później do głowy), że w redakcyjnych deklaracjach, pisanych bezowocnie z początkiem roku 1953 dla ocalenia naszych placówek, poszliśmy za daleko? Ale wszak jemu samemu zarzucał Watykan, że w roku 1950 poszedł w ugodowości za daleko, a właśnie w roku 1953, kiedy wyraziliśmy w związku z nekrologiem Stalina nasze non possumus, napisał w obronie „Tygodnika” do złodziejskiej (choć złożonej z szanownych ludzi!) ekipy Pax-u „o bezprawnym przejęciu tytułu pisma i próbie wykorzystania jego kredytu w społeczeństwie katolickim”.
Toteż nasunęła mi się inna hipoteza (tu dochodzę wreszcie do sedna), dotycząca owego przygaśnięcia stosunku Prymasa do nas po jego powrocie i w ogóle rosnącej jego nieufności do świeckiej inteligencji. W psychologii dobrze znane jest pojęcie transferu, to znaczy przeniesienia uczuć, dodatnich lub ujemnych, z właściwego ich przedmiotu na przedmiot zastępczy. Podręcznikowym przykładem transferu jest uczeń, który nie cierpi nauczyciela, ale nie mogąc tego zamanifestować staje się agresywny wobec kolegów. W kontaktach z Prymasem po jego uwolnieniu miewałem dziwaczne, irracjonalne uczucie jakby pretensji z jego strony, oczywiście nigdy nie sformułowanej: czemu akurat wy umieliście się zachować przyzwoicie i lojalnie, podczas kiedy hierarchowie...
Jeśli mój domysł transferu nieufności z episkopatu na inteligencję świecką ma trochę sensu, to bardziej zrozumiałe stają się niektóre późniejsze zjawiska. Nieufność, jeszcze rozdmuchana niejasnymi działaniami przedstawicieli tej inteligencji, coraz bardziej odwodzi Prymasa od norwidowego marzenia o pięknym różnieniu się. Na tym miejscu wyrasta – mówię z grubsza i trochę karykaturalnie – mgliste widmo homogenizacji, czyli upodobnień i wymieszań, i to w dwojakiej postaci. Po pierwsze, wrzucane bywają do jednego worka środowiska ogromnie różne, bo i tak nie ma na co liczyć. Po drugie, lojalność chwilami przestaje się różnić od posłuszeństwa. A znów posłuszeństwo oznacza niekiedy potulne przyjęcie pewnych terminów i sformułowań, np. z zakresu doktryny społecznej Kościoła. W tej potulności celują ugrupowania typu paxowskiego. Przez długie lata Prymas uważał je za wyjątkowo szkodliwe, u schyłku życia jakby machnął na to ręką. Może bardziej wskutek homogenizacji właśnie niż owych siedemdziesięciu siedmiu ewangelicznych odpuszczeń? Ale to już nie nasza sprawa.

Jacek Woźniakowski
 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl