Dzieje głupoty: ciąg dalszy...

Terror miernoty

KS. ANDRZEJ LUTER

 

Tekst Joanny Olech „Uciechy statystycznego Polaka” („TP” 32/2001) to bardzo ważne zdarzenie publicystyczne i intelektualne. Ważne, bo osobiste i emocjonalne, a przez to prowokujące do rozmowy. Nie ulega wątpliwości, że problem zapaści kulturalnej nie dotyczy tylko mediów, autorka jednak słusznie całą swoją złość kieruje na „przekaziory” (określenie Marka Nowakowskiego z czasów PRL-u), przerażona
„inwazją głupoty”.


Hipokryzja


„Po raz pierwszy doświadczamy uczucia wykluczenia” – tak o sytuacji inteligencji pisze Olech. „Trzeba bić na alarm” – mówił niedawno Mikołaj Grabowski w „Gazecie Wyborczej”, po informacji o kryzysie finansowym w TVP. Słusznie zauważył, że moment, w którym telewizja publiczna ogłosi, że nie ma pieniędzy na „Wesele” Wyspiańskiego, a jednocześnie nie żałuje grosza na kolejne odcinki kolejnych telenowel, będzie oznaczać degrengoladę kulturalną.
Jan Paweł II – spróbuję powołać się na najwyższy autorytet – mówił wielokrotnie, że kultura jest właściwym sposobem istnienia i bytowania człowieka. Człowiek wyraża się i obiektywizuje w kulturze i przez kulturę, jest jeden, cały i niepodzielny. Kultura zakłada wolność, ale zarazem kultura wolność i duchową tożsamość człowieka (i narodów) kształtuje i chroni.
Liczy się kasa i polityka. Oto Bogusław Chrabota, dyrektor programowy telewizji Polsat, ujawnia w „Życiu” (z 10. 08. 2001) swoje „credo” zawodowe, zastrzegając się, że są w nim dwie osobowości. Prywatnie pisze eseje i wiersze („ale nigdy w życiu nie pokusiłbym się publikować ich na antenie Polsatu”), a w telewizji staje się zawodowcem. Rozumiem, że prywatnie Chrabota jest inteligentem. Prywatność – jego zdaniem – z pracą zawodową nie ma nic wspólnego. Zawodowstwo zaś polega m.in. na tym, że nie można ignorować rozwoju rzeczywistości, a ta rzeczywistość to także „reality show”. Chrabota, co prawda, delikatnie dystansuje się od tego typu widowisk – mówi na przykład, że „Amazonki” są produkcją stacji TV 4, a nie Polsatu – to jednak ostatecznie akceptuje je, bo taka jest rzeczywistość. Najwybitniejsi polscy reżyserzy, którzy zaprotestowali przeciwko emisji „Amazonek”, to – zdaniem Chraboty – hipokryci. „Ci sami intelektualiści – mówi dyrektor i poeta – którzy podpisali list w sprawie »Amazonek«, w swoich filmach pokazywali stosunki, a nagie piersi były standardem. Czy to nie pachnie hipokryzją? Czy w »Amazonkach« pokazano stosunek? A w filmach panów Zanussiego i Wajdy – tak. Jaka tu jest różnica? Gdzie jest granica hipokryzji?” Jeśli Chrabota nie widzi różnicy między filmami Wajdy i Zanussiego a „reality show” w wydaniu polsatowskim, to nie ma rady. Sądzę jednak, że udaje tylko ignoranta, by bronić swej tezy, nie wychodząc jednocześnie na zramolałego cynika. Może nam więc wmawiać, że filmy Wajdy i Zanussiego to nie dzieła artystyczne, ale obrazki pornograficzne. Po której stronie mamy więc do czynienia z hipokryzją? W podobny sposób, jak dyrektor Polsatu, myśli wielu innych „decydentów”, którzy mają dziś we władaniu media. Należy zatem przypomnieć, co napisali wybitni polscy reżyserzy: „Programy są coraz drastyczniejsze. Wystawiają na sprzedaż coraz intymniejsze sfery życia. Wulgaryzują to, co powinno być najpilniej strzeżone. Tworzą patologiczne wzorce zachowań. Wciągają wielomilionową, coraz młodszą, moralnie bezbronną widownię. Koszty takiej manipulacji odczujemy za kilka lat, kiedy ta widownia dorośnie. Założy własne rodziny. Kiedy przekaże swoje wzorce dzieciom. I niech nie dziwi się jutro ten, kto dzisiaj milczał”. Tymczasem Bogusław Chrabota uważa, że przede wszystkim należy „bardzo precyzyjnie badać, jakie są granice akceptowalności”. Widzimy jednak, że granic – w grę wchodzą ogromne pieniądze – nie ma. To znaczy są, ale tylko przejściowe.


Krach misji


Należy też przypomnieć, że w Polsce programy typu „reality show” wcale nie narodziły się w telewizjach komercyjnych, jakby się wydawało, ale w telewizji publicznej. To TVP produkowała tasiemcowe seriale nibydokumentalne, w których miesiącami penetrowano kamerą jakieś środowisko i w których sprzedawano intymność bohaterów. Pod pozorami prawdy kryje się w tych filmach – moim zdaniem – całkowicie zafałszowana rzeczywistość. Jakie szanse przebicia przy takim terrorze miernoty może mieć np. Marcel Łoziński, nie mówiąc już o twórcach z mniej znanymi nazwiskami?
Krach misji telewizji publicznej jest faktem. Co do kryzysu finansowego TVP opinie są różne. Kilka miesięcy temu wybitny menadżer telewizyjny (obecnie pracuje w stacji komercyjnej) powiedział mi, że przy obecnym sposobie zarządzania telewizja publiczna na pewno zbankrutuje, z czego on się nie cieszy, bo chciałby oglądać ambitniejsze programy. „Pociągną jeszcze kilka lat na powtórkach” – zakończył. Inni mówią, że TVP utrzyma się, bo zbyt wielu ludzi z różnych układów chce na niej zarabiać. Jeszcze inni, że ratunkiem jest odpolitycznienie i zmiana finansowania mediów publicznych. Nina Makowiecka, wieloletnia dziennikarka telewizyjna, powiedziała niedawno – co odnotowała prasa – że tak naprawdę telewizji publicznej zagraża likwidacja. W każdym razie zapewne nowy układ polityczny zechce sprywatyzować program drugi, po uprzednim „bardzo obiektywnym i niezależnym” przetargu. Niesłuszny jest także pogląd, że kulturę w TVP może uratować odrębny, specjalistyczny kanał, gdyż póki co ponad 70% społeczeństwa w Polsce odbiera program telewizyjny z anten naziemnych, a nie satelitarnych, tym bardziej cyfrowych. A więc zapytajmy: co z kulturą? co z filmem? co z teatrem?
Jan Dworak, przewodniczący Rady Programowej TVP, ciała w gruncie rzeczy dekoracyjnego, szuka w „Rzeczpospolitej” (7.08.2001) wyjścia z tej dramatycznej sytuacji. Kluczem do uruchomienia właściwej dynamiki zmian miałby być consensus głównych sił politycznych dotyczący telewizji publicznej, a oparty na następujących założeniach: „1. Telewizja publiczna jest domeną kultury, jedną z najważniejszych instytucji odpowiedzialnych współcześnie za tworzenie tożsamości narodowej i tożsamości innych wspólnot społecznych. 2. Telewizja publiczna powołana jest do rozpowszechniania i tworzenia programu, a nie generowania zysku. To odróżnia ją od innych spółek prawa handlowego, nie zwalnia jej jednak ani z konkurencji na rynku mediów, ani ze stałego doskonalenia struktury wewnętrznej. 3. Rolą polityków jest dbałość o bezstronność i maksymalną neutralność telewizji w debacie publicznej, natomiast kierowanie nią powierzone zostaje osobom kompetentnym i obdarzonym niezbędnym do pełnienia tych funkcji autorytetem”. Na koniec Dworak apeluje: „Dziś najwyższy czas zmienić reguły gry – jasno odgraniczyć prawa i odpowiedzialność polityki od odpowiedzialności i kompetencji ludzi kierujących publiczną telewizją”. Koncepcja Dworaka na największy opór trafi wśród polityków. Nie widać ani po lewej, ani po prawej stronie woli do zmiany i eliminowania patologicznych zjawisk w mediach publicznych.
To, że telewizja publiczna coraz słabiej wypełnia swoją misję, wiadomo nie od dziś. Szkoda, bo przecież jeszcze tylko dzięki niej możemy obejrzeć film Marii Zmarz-Koczanowicz o Miłoszu czy Natalii Korynckiej-Gruz o Zbigniewie Rybczyńskim. Wiecznym alibi dla kierownictwa TVP jest teatr telewizji, jako zjawisko unikatowe w skali światowej. Niestety, pozostał już tylko ochłap tego teatru: zlikwidowano teatr dla młodzieży i dzieci, teatr rozmaitości i teatr sensacji, nie ma teatru faktu, nie mówiąc już o małych formach poetyckich, niegdyś bardzo popularnych. Pozostały spektakle w poniedziałki (ograniczone do 89 min.) i studio teatralne w niedzielę (w „Dwójce”); zresztą odnoszę wrażenie, że ostatnio emituje się więcej powtórek niż premier. Niedawno poinformowano o uruchomieniu pasma archiwalnego w telewizjach regionalnych w sobotę... w czasie „Wiadomości”.
TVP twierdzi, że rezygnuje z bardziej ambitnych programów, gdyż musi się utrzymać. Krzysztof, zaprzyjaźniony redaktor telewizyjny, uważa, że trwa walka o widza, która może się okazać zabójcza dla telewizji publicznej. W tzw. „prajmtajmie” TVP niczym nie różni się od stacji komercyjnych: takie same filmy, takie same teleturnieje, takie same telenowele, produkowane masowo, kosztem ambitnych projektów. Już dziś wiele osób w telewizji zastanawia się nie nad projektami ambitnymi, rzecz jasna, ale nad tym, jak odpowiedzieć na „reality show”.

Listek figowy


Krzysztof pokazuje mi propozycje ukształtowania drugiego programu TVP jako Akademii Kultury Polskiej. Czegoż w tej propozycji nie ma?! Debiuty filmowe, reaktywowanie Akademii Filmu Polskiego, utworzenie Akademii Teatralnej, sięgającej do wielkich inscenizacji teatru TV, prezentacja klasyki filmowej zagranicznej wraz z poszerzeniem wiedzy widza o twórcy i jego dziele, premiery filmowe i teatralne szczególnie wartościowe, filmy dokumentalne i popularnonaukowe, prezentacja polskich i światowych dzieł muzycznych – i to wszystko nie po północy, ale trochę wcześniej. A poza tym turnieje faktycznej wiedzy, a nie komercyjne teleturnieje przypadku, wprowadzenie na antenę w programach nocnych kursów wiedzy i innych form nauczania, a także programy rozrywkowe na najwyższym poziomie profesjonalnym. Jest przekonany, że ten projekt będzie wyśmiany, gdyż dominuje fałszywa opinia ukuta na własny użytek z powodów merkantylnych, że przeciętny widz takich programów nie potrzebuje. Pytanie: kto to jest przeciętny widz? Wyniki badań – znane w telewizji – pokazują, że 45% respondentów chce słuchać w telewizji wykładów Uniwersytetu Otwartego.
Urzędnicy telewizyjni głoszą, że realizują misję, w co sami nie wierzą; samo słowo „misja” postrzegane jest na Woronicza z ironią i szyderstwem. Owszem, telewizja publiczna w dużej części finansuje, czy raczej finansowała polską kulturę. Dlatego ewentualny upadek TVP byłby z tego punktu widzenia tragedią, ale jednocześnie sama telewizja podcina gałąź, na której siedzi. Brak promocji i prezentacji kultury wysokiej powoduje, że sponsoruje się projekty coraz słabsze i coraz bardziej komercyjne (telenowela nie może być głównym składnikiem produkcji telewizji publicznej). I w ten sposób kółko się zamyka, a przecież telewizja kształtuje (chce czy nie chce) potrzeby kulturalne, szczególnie młodych ludzi. „A teatr telewizji? – mówi Krzysztof – to listek figowy. Gdyby to było możliwe, zlikwidowano by go już dawno”.

Elity


Krzysztof Zanussi pisał w „Życiu” (07. 08. 2001), że „frustracje elit nie są sprawą błahą pod warunkiem, że elity rzeczywiście odgrywają swoją przyrodzoną rolę, to znaczy w jakiś sposób przewodzą, formułują opinię i wpływają na stan świadomości społeczeństwa. Elity to, najszerzej mówiąc, ludzie, którzy w jakimś stopniu bezinteresownie poczuwają się do odpowiedzialności za resztę. Jeśli to poczucie odpowiedzialności znika, elity stają się mało znaczącymi grupkami wspólnych upodobań i nie zasługują już na to, by obsługiwać je jakoś specjalnie. Stąd też pretensje pod adresem emitentów, czyli zarządców publicznych mass mediów, muszą być na bieżąco konfrontowane ze znaczeniem tych, którzy te pretensje wnoszą”.
Dlatego tak ważny jest list polskich reżyserów i tekst Joanny Olech. Czas przeciwstawić się terrorowi miernoty i głupoty. Dlaczego głupota trzyma się jednak nas tak silnie? – pytał Seneka w „Listach moralnych do Lucyliusza”. I odpowiadał: „Najpierw dlatego, że nie zwalczamy jej z całym męstwem, ani nie rwiemy się do wybawienia z całym zapałem; następnie zaś dlatego, że nie dość mocno wierzymy w to, co zostało odkryte przez mądrych ludzi, nie przyjmujemy tego z otwartymi sercami i zbyt opieszale zabieramy się do tak ważnej rzeczy”. Potrzeba zatem wiary i uporu, bo inaczej sprawdzą się słowa Ortegi y Gasseta, że „durnia nie sposób wyrwać z objęć jego własnej głupoty, tak samo jak pewnych owadów nie da się wydobyć z otworu, w którym żyją, nie sposób otworzyć mu chociaż na chwilę oczu i zmusić do porównania własnej skrzywionej wizji świata z bardziej subtelnymi i ostrymi sposobami widzenia otaczającej go rzeczywistości. Głupiec jest niezniszczalny i nieprzenikniony”. Miejmy nadzieję, że pesymistyczna wizja Ortegi y Gasseta nie urzeczywistni się w pełni w polskich mediach.

Ks. Andrzej Luter

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl