Votum separatum

Proszę mnie nie przepraszać

JÓZEFA HENNELOWA

 

Dziennikarkom radiowym i telewizyjnym głos dosłownie drży, gdy od kilku dni zadają na wszystkie strony jedno jedyne pytanie: czy wolno dla ratowania budżetu zamrozić emerytury i renty (warianty tego pytania: czy można to robić „kosztem najbiedniejszych”, albo generalnie „kosztem społeczeństwa”). Stylistykę tę i terminologię przejęli zresztą wszyscy politycy do samego premiera włącznie, który już nawet zdążył w wystąpieniu telewizyjnym przeprosić za sam projekt jakichkolwiek operacji związanych z emerytami i rencistami, czyli „najbiedniejszymi” właśnie.
Chciałabym się założyć, że ogromna większość ludzi bombardowanych takimi właśnie odezwaniami, zapytana, co właściwie miałoby się dziać z emeryturami i rentami według projektu ministra finansów, odpowie: zabiorą nam, albo przynajmniej obetną część tego, co dostajemy. Gdy w takich dziennikarskich rozmowach dochodzi do precyzyjnego wyjaśniania, o co naprawdę chodzi, bardzo pewne siebie dziennikarki przerywają gościowi, choćby był nim fachowiec. Edukacja społeczna jest naprawdę bardzo odległą troską tworzących medialne programy.
A ponieważ po 45 latach pracy zawodowej (czasu wojny nie licząc) sama należę do tej właśnie grupy, chciałabym przynajmniej tutaj wprowadzić kilka uściśleń i sprostowań w przedmiocie, który niewątpliwie dzięki m.in. histerii mediów nabrał temperatury właściwej co najmniej tyfusowi lub malarii.
Po pierwsze więc, nie ma i nigdy nie było jednej grupy, którą sprawiedliwie i adekwatnie nazywać by można „grupą emerytów i rencistów” i to opatrzoną przymiotnikiem „najuboższa”. Za Polski Ludowej mieliśmy tzw. emerytury starego portfela i były one rzeczywiście głodowe, nieporównywalne ze świetnym uposażeniem wielu kast emerytów z aparatu lub sfer władzy. Nie udało się nigdy zlikwidować bez reszty wejściowych przywilejów w tym względzie i dzisiaj też mamy zróżnicowanie finansowe o wielkim rozziewie. Mamy ludzi liczących złotówki pozostałe na miesiąc życia po zapłaceniu opłat przymusowych i ludzi planujących corocznie urlopy zagraniczne. Mamy grupy, którym do niedawna skrupulatnie odliczało się od emerytur to, co zarobili i ludzi, którym branżowy przywilej pozwala zarabiać ile chcą, wypłacając równocześnie emeryturę w wysokości pobieranego przedtem też dostatniego wynagrodzenia. W ogóle lista przywilejów, i to różnorakich, według kluczy a to branżowych właśnie, a to związanych z zasługami wszelakiego rodzaju, zajęłaby już dziś wiele stron, gdyby to skodyfikować w jednym dokumencie. Czy ktokolwiek spróbował to zrobić?
Uwaga druga: nie można jednym tchem wymieniać „emerytów i rencistów”. Ci pierwsi to (też nie w całości, jako że był czas przechodzenia na emerytury bardzo wcześnie – ale w ogromnej większości) ludzie spożywający owoce swojej całożyciowej pracy. Ci drudzy są niebywale zróżnicowani i jest powszechnie wiadome, że trzecią grupę inwalidztwa przez długie lata dostawało się za nic, załatwiając sobie w ten sposób choć jakie takie zabezpieczenie dodatkowe i pracując dalej. Z drugiej zaś strony renty ludzi głęboko dotkniętych niepełnosprawnością czy obarczonych opieką nad takimi dziećmi, są kompromitująco niskie w porównaniu z kominami emerytur w różnych branżach. I to już jest skutek naszej bezsilności w walce z tzw. prawami nabytymi, do dziś dnia nienaruszalnymi. Tak czy inaczej jednak, niepokoi filozofia współczucia, która opanowała od pewnego czasu całą władzę i tyle środowisk opiniotwórczych (tutaj dominuje ona w telewizji i radiu, prasa jest bez porównania bardziej odpowiedzialna, ale kto czyta prasę? A słuchają wszyscy).Ta filozofia wprawdzie wisi w powietrzu, bo ignoruje zależność między świadczeniami oczekiwanymi od państwa i przez nie przyrzekanymi coraz hojniej, a dochodami, które nie mogą być życzeniem, lecz są faktem. Ale już nikt nie potrafi z tej filozofii się wyłamać. Nawet szef rządu mówi, by ci najubożsi „spali spokojnie”, bo na pewno będzie się im co roku podwyższało ich świadczenia – zupełnie tak, jakby budżet był sobie, a jakaś kasa, nad którą stoi rząd, była osobno i nigdy nie mogła się wyczerpać.
Co do mnie, proszę, by mnie nie przepraszał nikt za niepokój rzekomo nieuzasadniony, że i ja z innymi będę może miała udział w trosce o ratowanie finansów państwa. Nie mam nic przeciwko temu – rezygnacja na parę lat z podwyżek – a tylko o podwyżki chodzi przecież! – gdy Polska ma trudności i musi z nich wyjść, nie wydaje mi się żadną tragedią. Co więcej – nie przestanę uważać, że to nie „emeryci i renciści” wymagają najwięcej państwowej troski. Najbiedniejsze i w najtrudniejszej sytuacji są rodziny bezrobotne, a nadto z kilkorgiem dzieci. Ja nie muszę sobie kupować butów co kilka miesięcy, a dzieciom trzeba, bo rosną. Ja nie muszę odżywiać się tak, jak trzeba odżywiać dzieci, które rosną. Im należą się szkoły z prawdziwego zdarzenia, by kiedyś umiały odpowiadać za Polskę. I kultura, która naładuje je duchowo, nauczy dobra. I wreszcie miejsca pracy, gdzie dorastając sięgną po swoją działkę odpowiedzialności. Filozofia państwa-niańki nas starych, egoistycznie skupionych tylko na własnej kondycji, przeraża mnie. Panie premierze, proszę nie przepraszać. Panowie ministrowie i posłowie, nie udawajcie, że jesteście tacy wrażliwi. Skupcie się na tym, co jest waszym obowiązkiem: na kondycji państwa. Bo prawdziwym strachem dla „najbiedniejszych”, czyli biorców świadczeń emerytalno-rentowych jest tylko jedno: oto któregoś dnia nie zjawia się w ogóle listonosz z pieniędzmi. Jeśli grozi kryzys, to i to zdarzyć się może. Więc nie lekarstwa bać się trzeba dzisiaj, tylko sytuacji, która wymknie się spod kontroli. I o to jedno powinniście się martwić.

Józefa Hennelowa
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl