Włochy z pamięci

PIOTR MUCHARSKI

 

 

Ten przewodnik był pisany dla przyjaciela, który po raz pierwszy wyruszał do Włoch i nie dowierzał bedekerom. Traktował mnie jak eksperta, ponieważ dawno temu sam poszedłem za radą (idę za nią co roku), którą otrzymał inny mój przyjaciel od Pawła Hertza. W odpowiedzi na pytanie, co powinien zrobić młody człowiek, który chce poznać świat, usłyszał: „Niech pan wyjmie z banku wszystkie pieniądze i pojedzie do Włoch”.


WENECJA


Nie wiem, czy będziesz miał w rękach plan miasta, ale kiedy już się naoglądasz obiektów zaznaczonych w nim na czerwono, spróbuj o nim zapomnieć. Oczywiście tłok będzie straszny i zza ludzkiej kurtyny czasem nic nie widać. Ale ONI łażą tylko po szlakach zaznaczonych na mapach żółtym kolorem i wyposażonych w drogowskazy, a najlepsze są te szlaki, które prowadzą donikąd. Idź za nosem i patrz na życie poukrywane w zakamarkach. Może to co prawda doprowadzić do rozpaczy, gdy pomylą się azymuty (a muszą!) i nieraz byłem w prawdziwie egzystencjalnej panice, choć po chwili okazywało się, że nie jestem sam na świecie, lecz za rogiem błyska fleszami stado Japończyków. Pamiętaj, że to małe miasto i każde „donikąd” obejdziesz piechotą w półtorej godziny.
Labirynt tamtejszy jest prozą nieopisywalny. Ale spróbujmy – nie wolno przeoczyć: Scuola degli Schiavoni, pięć minut od św. Marka, prosto z ulicy wchodzisz, odgarnąwszy ciężką kurtynę, do ciemnego pomieszczenia z obrazami Carpaccia: smutny św. Jerzy ze smokiem wśród rozsypanych kości, św. Augustyn z pieskiem etc. Zwykle pustawo i mrocznie. Pachnie wiecznością.
Bazylika św. Marka, oczywiście – w tłumie nie do przejścia, ale jest jeden genialnie prosty sposób, by poczuć, o co w tym chodzi: jeżeli znajdziesz się w Wenecji w niedzielę, koniecznie pójdź na Mszę (im wcześniejsza, tym lepiej). Tylko wtedy spoza splendoru wyziera tajemnica. W ogóle świty i wczesne poranki w Wenecji to najmilsza pora. Robi się intymnie i wszystko jest w zasięgu dotyku. Wtedy też ma sens rejs „Jedynką” od pierwszej przystani aż do końca, „Jedynką” – czyli tramwajem wodnym, który płynie Canal Grande zatrzymując się na wszystkich przystankach. Siadasz na przedzie i wszystko jest twoje!
Muzeum Akademii – jeśli już jakieś muzeum, to na pewno to. Dużo znajomych na ścianach, wreszcie na żywo i żywych! Niesamowite cykle weneckich scen na obrazach drugiego Belliniego. Widzisz, że nic się tu nie zmieniło.
Za Akademią jest Dorsoduro, dzielnica trochę na uboczu, trochę studencka i jeśli chciałbyś zobaczyć trochę Wenecji-Wenecji, to pewnie tam będzie najprościej. Skręć przed Akademią w prawo, wiedzie tam jedna uliczka, którą – klucząc – możesz dojść najpierw do malowniczej stoczni z gondolami i kościoła San Trovaso, a potem – cofnąwszy się ciut i w głąb – przez San Barnaba („Portret wenecki” Herlinga) do ulubionego placyku św. Magdaleny i bezimiennej knajpy (w głębi po prawej) dla tutejszych. Kelner mówi do gościa per „dottore”, tym bardziej, że reszta ucztujących to jacyś malarze, stolarze, murarze. Zamówiłem tam coś, co wyglądało jak surowe kawałki ryby w oliwie. Kiedy wypowiedziałem nazwę „nervetti”, cała sala zamilkła patrząc z szacunkiem w moją stronę. Kelner, uspokajając, plastycznie zaprezentował mi, że chodzi o bycze nerwy (chyba jednak ścięgna). Mieszkaliśmy obok, w pensjonacie „Antico Capon”. Pokój miał łazienkę w szafie. (Teraz zdaje się znacznie zdrożał, ale to tylko część cenowego obłędu, który opętał – szczególnie ostatnio – to miasto. Już chyba wszystkie świątynie są płatne.) W okolicy: parę pięknych kościołów, najpiękniejsze – Santa Maria del Carmelo cały w czerwieniach i San Sebastiano, cichutki, rzadko otwarty, parafialny kościół Veronese’a. Na placu: rybny targ, ławeczki, wróble o technice latania równej kolibrom – spróbuj dać im bułkę, zawisają przed nią jak przed kwiatem lotosu. Więc gdzieś tam bywa spokój i cisza wenecka. 
Stąd już niedaleko do Scuola di San Rocco (totalny Tintoretto – trzeba to zobaczyć) i kościoła dei Frari z grobem Monteverdiego tudzież „Assuntą” Tycjana (to już na szlaku). 

*
W informacji turystycznej jest zniecierpliwiony napis przypominający natrętom: „Please DO NOT ask! There is not traffic in the town”. Więc: warto kupić jednodniowy bilet na vaporetto (z wody to wygląda jeszcze inaczej) i popłynąć na wyspy, szczególnie te dalsze: Torcello i Burano. 
1. Na Torcello stoi wspaniała romańska katedra ze zdumiewającymi mozaikami: pustawy raj strzeżony przez archanioła w bramie podobnej do strażniczej budki i Sąd Ostateczny nad wejściem, smukła Madonna w absydzie. Po drodze (jedynej na wyspie) mijasz willę z piękną sentencją nad bramą: „Et Si Omnes, Ego Non” (Jeśli wszyscy – „tak”, to ja – „nie”). Zdaje się, że zsyłali tam niepokornych. Dziś jest to najcichsza z weneckich wysp.
2. Burano jest bardziej turystyczne, ale gdy się zapuścisz w przypadkowe zakątki (zaraz od przystani skręć w lewo), to zobaczysz, że malują swoje domy nie dla turystów, tylko z kolorystycznego zapamiętania. Szał. Inne wyspy, bliższe: Murano – może być. 
3. Cmentarz na San Michele? Daruj sobie egzaltacje. Po takiej wycieczce zostaje trochę czasu do wypływania, więc możesz zaliczyć.
4. San Giorgio Maggiore (to, co widać vis ŕ vis Pałacu Dożów, choć ono jest tylko do oglądania z daleka) i co tam dusza zapragnie. 
W ogóle: zwiedzanie Wenecji to jest sport ekstremalny i można się czasem wściec, więc dla zdrowia lepiej szukać nietypowych pór i miejsc, by dać szansę zmysłom na swobodną pracę, czyli omijać szlaki zaznaczone na turystycznych mapkach na żółto. Noclegi są drogie, ale campingi, z których możesz dopłynąć co dzień do miasta – koszmarne, więc nie oszczędzaj. 


FLORENCJA


tym się różni od innych toskańskich miast, że właściwie nie ma przystani, miejsca zatrzymania czy skupienia. To znaczy: jest takich mnóstwo, ale wewnątrz murów.
Przede wszystkim klasztor San Marco, gdzie żył Fra Angelico. Naprawdę niesamowite miejsce i pustawe, choć bardzo blisko centrum. Z boku katedry (zostawiasz Niemców) odchodzi uliczka w przeciwną stronę niż do rzeki Arno, dochodzisz nią do jedynego placyku dla ludzi – Santissima Annunziata – a dookoła kolumnada Ospedale degli Innocenti. Stąd w lewo i już jesteś pod klasztorem. W każdej celi fresk Brata Anielskiego, na korytarzu jego Zwiastowanie, wszystko na wyciągnięcie ręki. Osobne przeżycie, największe.
Z kościołów obowiązkowy jest Santa Croce z Giottem i nade wszystko Santa Maria Novella, koło dworca kolejowego, gdzie Masaccio (słynna Trójca w nawie głównej po lewej) i wspaniałe freski Ghirlandaia za ołtarzem (niby żywot Marii, ale to jest po prostu florenckie życie codzienne w tamtych czasach, typy, stroje etc.) oraz krużganek, otwarty w absurdalnych porach, gdzie też na ścianach nie gorsi – potop Uccella). I grobowiec Wawrzyńca z rzeźbami Michała Anioła na tyłach kościoła San Lorenzo; gdybyś miał szczęście zobaczyć to bez tłoku – zimne dreszcze! Dzieciątko, które odwraca się od śmiertelnego świata szukając pokarmu w piersi Madonny. 
Cały wdzięk Florencji jest za murami: w kościołach, muzeach, grobowcach. Do któregokolwiek wejdziesz, coś znajdziesz. Uffizi może być nie do przejścia, bo w normalnym tłoku to po prostu nie ma sensu. Muzeum Duomo może być luźniejsze, a też wspaniałe, i Bargello, i okolice Palazzo Vecchio z loggią. Wszystkie prawie w zasięgu dziesięciu minut spaceru od katedry. Ogrody Boboli odpuść sobie, Palazzo Pitti raczej też, chyba że mają jakąś ciekawą tematyczną wystawę. Ale też jest to chyba jedyne toskańskie miasto, którego życia nie zaznałem, prócz żywiołowego potoku motorynek (osobna włoska opowieść). Nie miałem poczucia, że – jak inne – zaraz się personifikuje i jestem z nim twarzą w twarz.
Więc wszędzie jest blisko prócz San Miniato, kościoła na wzgórzu po drugiej stronie Arno. Gdybyś szedł tam piechotą, to pamiętaj, że u początku uliczki przechodzącej potem w dość strome schody, vis ŕ vis bramy w obronnych murach, jest jedyna naprawdę toskańska knajpka, nie dla turystów, jaką odkryliśmy w centrum. Nazywa się bodaj – od pobliskiego kościółka – San Nicola. W dodatku bywała otwarta w porze sjesty, kiedy wszystko zamknięte, a na ulicach tylko „psy i turyści” (Muratow). Chyba że ją sknocili po remoncie, bo rok temu była właśnie zamknięta. Więc San Miniato, wspaniała, archaiczna romańszczyzna i konteksty: widok na miasto z tych schodów wspominał wygnany Dante.
Najlepiej śpi się w Fiesole: wille medycejskie, toskańskie klimaty na wzgórzu nad Florencją. Tanie domki – cztery osoby w dwóch pokojach z kuchnią, łazienką etc. – tanio jak na Toskanię.


TOSKANIA


Jeśli szukasz życia, to Florencja jest tylko jego przedsionkiem, sama Toskania – wszystkim. Oglądasz dzieła i pejzaże, które znasz i nosisz w sobie, nawet jeśli ich naprawdę wcześniej nie widziałeś (wyjątek: „Cień wieczoru” – etruska rzeźba w muzeum w Volterze. To ci nawet do głowy nie przyszło). Rozpoznajesz, bo takie masz wyobrażenie raju. Najpierw myślałem, że to się w nas wsączyło przez obrazy, tła renesansowych portretów etc. Bo tak: nieustające ćwiczenia z powietrznej perspektywy, cyprysy – akcent pionowy, pinie – akcent poziomy, miasta na wzgórzach, obrazy, obrazy, obrazy... Jeśli to jednak kwestia pamięci, to zupełnie innej: z nią się rodzimy. Dlatego po Toskanii wszystko już smakuje inaczej. A czasem już nic nie smakuje.
Jeśli jesteś bez samochodu, wybierz większe miasto (Siena, Arezzo) na nocleg, ale prawdziwy smak poznasz dopiero wtedy, gdy niespiesznie przystaniesz w miejscach, które turyści odwiedzają przelotem. Montalcino, Montepulciano, Montichiello, Pienza, San Quirico, Monte San Savino, Lucignano, Cortona, San Galgano, San Antimo, Massa Marittima, Volterra itd. – ta lista nie ma końca. Po dwóch dniach jesteś jak u siebie i jak każdy, kto tu przyjechał, myślisz, jak by tu zostać na zawsze, choćby w charakterze stróża nocnego. 


RZYM


Tylko dwie uwagi, nie wyakcentowane dość mocno w przewodnikach. 
Bazylika San Clemente położona za Koloseum – bardzo ważne miejsce. Sens Rzymu na żywym przykładzie. Pierwszy poziom – wczesnochrześcijańskie mozaiki w absydzie – cudne, historia św. Katarzyny na freskach Masolina w kaplicy po lewej – ach! Jeszcze do tego sam średniowieczny układ z wydzielonym chórem i lektorium – trzeba tam być. Ale najważniejsze, że potem schodami – za biletami – w dół:
drugi poziom – drugi kościół, o ileś tam wieków starszy, a pod nim:
trzeci poziom – rzymski dom z sanktuarium Mitry, a jak się zapuścić w czeluście za odgłosem charakterystycznego szumu, to dochodzi się do podziemnego cieku Tybru, czyli jest jeszcze i poziom czwarty: natura w stanie czystym. 
O 200 metrów uliczką w górę od San Clemente, kompletnie zapomniane miejsce: Quatri Coronati, kiedyś obronny klasztor Lateranu. Ani żywego ducha, cisza, pokrzywy. Jeden z najpiękniejszych krużganków z fontanną i jaszczurkami. Żeby tam wejść, trzeba przejść przez kościół (tylko mrok tu ciekawy) i zadzwonić do drzwi po lewej. Przychodzi siostrzyczka – „Bongiorno” – i można w ciszy odetchnąć, węsząc po zakamarkach. Zakonnica sama biegnie po wodę i daje ci w butelce skrzecząc: „fresca, fresca, sempre fresca!”. Potem druga atrakcja: freski z historią choroby i chrztu cesarza Konstantyna. Najpierw jest cały w czarne kropki, potem go za radą papieża polewają i cera mu się zaraz wygładza. Tym razem dzwoni się do furty klasztornej (wejście z dziedzińca przed kościołem). Siostra, której nawet nie widać, podaje kluczyk przez obrotowy „podajnik”, pytając tylko: „capella?” (potem tym samym sposobem trzeba go oddać!!!).
Poza tym:
Za wielkie muzea (niestety do Villa Borghese trzeba zamawiać bilety na długo przed wizytą) wystarczy jedno wejście do kościoła San Luigi dei Francesi, na drodze, którą się w Rzymie przemierza trzy razy dziennie: między fontanną di Trevi a Piazza Navona. Przylega bokiem do szlaku. W środku trzy obrazy Caravaggia z cyklu „Męczeństwo św. Mateusza”. Najwspanialsze w całym mieście obok tego z Szawłem-Pawłem leżącym pod końskim zadem przy Piazza del Popolo. 

Pod Rzymem, gdybyś chciał wytchnąć w PKS-ie: Subiaco (godzina jazdy autobusem, na dwa sposoby: trochę szybciej – autostradą, trochę piękniej – przez Tivoli. Tą drugą drogą lepiej wracać). Dojechawszy do Subiaco, przejechać przez miasto i minąwszy je, skręcić w lewo, nim droga wejdzie na most. Jechać za drogowskazami na „San Benedetto”.
Najpierw mija się po lewej ruiny willi Nerona, a potem (skręcać zawsze w lewo) średniowieczny klasztor Santa Scholastica, gdzie wpuszczają tylko z umówionym przewodnikiem, ale zawsze można kupić smaczne i nietanie alkoholowe produkty. Mija się więc ów klasztor i stromo pod górę serpentynami, aż na parking pod bramą. Stamtąd już ścieżką prosto aż pod murek, w którym jest wieżyczka ze schodkami. Wyłania się przyczepiona do zbocza budowla. Pierwszy klasztor założony przez Benedykta. Jeśli nie ma Mszy albo sjesty, wszystko jest otwarte. Przechodzisz przez korytarz z małymi Peruginami i skręcasz prosto do kościółka, gdzie przez dziurę w ścianie po lewej przeziera diablisko. Na ścianach Pasja, chłopaki wspinają się małpio i rwą z drzew palmy na powitanie Pana. Ikonografia niemal wyłącznie niekanoniczna. W dni powszednie bywa kompletnie pusto – w tym akurat wypadku to decydująca zaleta. Labirynty wykutych w skale kaplic, na półpiętrze jedyne wykonane za życia wizerunki św. Franciszka, jeszcze bez aureoli – dosyć szczawiowaty i niedogolony. Kupa fresków i graffiti ze wszystkich epok. 
Jest tam chudy i wysoki starszawy mnich z Australii. Zagadnięty, a czasem i nie zagadnięty, oprowadza i opowiada wszystko z bajecznymi szczegółami.
Jak się odpowiednio wcześnie dojedzie do Subiaco, to sens ma powrót przez Tivoli, najpiękniejszy podrzymski zespół ogrodowo-fontannowo-willowy, miejscami jeszcze z czasów Hadriana. Czynne do zmroku, w sam raz na spędzenie relaksowego i spacerowego wieczoru.
Etc, etc, etc... 

Piotr Mucharski

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl