Listy Nicoli Chiaromonte do Bohdana Paczowskiego

 

Via Ofanto 18
00198 Rzym, 21 stycznia 1969


Drogi Bohdanie,
... Odpowiedzieć na pańskie pytania na temat mojego esseju „Fabrizio a Waterloo” byłoby przedsięwzięciem długim, choć niewątpliwie przyjemnym: zwłaszcza gdyby można o tym porozmawiać na żywo. Ostatecznie, jeśli mam wyrazić moją myśl w skrócie: jestem przekonany, że historia ludzka, wzięta obiektywnie, jest pozbawiona sensu. Ma ona sens tylko przeżywana pojedynczo, w pierwszej osobie (naturalnie razem z innymi „pierwszymi osobami”). Ale nie ma sensu ogólnie. Wydaje mi się, że wystarczy zastanowić się nad własnym życiem wewnętrznym, nad jego stosunkiem do istnienia zewnętrznego, a potem nad nim, w odniesieniu do istnienia innych, żeby się przekonać, że idea jedynego i postępowego kierunku historii jest szaleństwem. Z tym, że jej źródła są oczywiście poważne, w sumie chrześcijańskie.
Muszę jednak wyjaśnić, że nie mam ani żadnej teorii, ani systemu. Jakieś przekonanie zaledwie i nie myślę, żeby pesymizm dotyczący biegu historii był na przykład pesymizmem co do możliwości człowieka. Wręcz przeciwnie...
Z przyjaźnią
Nicola Chiaromonte


7 lutego 1969


Drogi Bohdanie,
... Przejdźmy teraz do bardzo ciekawej części pańskiego listu, w której rozważa Pan ogólny sens historii. Na początek wyrażę nadzieję, że nie zaliczy mnie Pan do sceptyków. Jeśli powiem, że tylko życie przeżywane w pierwszej osobie ma sens, to mówię to w tym znaczeniu, że świat prawdziwy, na tyle na ile jest światem ludzkim, składa się właśnie z tych „w pierwszej osobie”, którzy się za takich uznają i którzy rozumieją wspólnotę łączącego ich losu, najpierw ludzkiego, a dopiero potem „historycznego”. Historia jest bezsensowna, ale trzeba jej stawić czoło jako takiej, a nie starać się jej wymknąć. Zresztą żaden człowiek godny tego miana przed nią nie ucieka. Istnieje co najwyżej rada, jaką dawali cynicy (albo wcześniejsza? Nie jestem pewien), „lathe biôsas”, która zakłada wyrzeczenie się, przyjęcie ubóstwa, oprócz ciemności. Pójście za nią nie jest łatwe, a ten, kto za nią idzie, nie oddala się znów tak bardzo od ludzkiej wspólnoty, przeciwnie, jak ojciec Sergiej Tołstoja gubi się w anonimowym tłumie, w tłumie, który jest nie tyle surowcem historii, co jej żywą formą.
Nie chodzi więc, jeśli idzie o mnie, o „postawy globalne”. Przyjąłem moją postawę i odrzucam wszystko to, co by miało do czynienia z ideami albo postawami zakładającymi jakąkolwiek wiarę (prawdziwą czy fałszywą, naiwną czy przebiegłą) w racjonalność przebiegu spraw ludzkich w ich całości. „Scalenia” dokonują oni, nie ja. Mnie podobne działania przejmują grozą (...)
Społeczeństwo pozbawione wolności jest nie do przyjęcia. Wolność jest podstawą porządku społecznego (obalały ją tylko reżimy totalitarne, podobnie jak i rządy wywodzące się ze Świętego Przymierza, ale te ostatnie nie na długo) – monarchie absolutne w ogóle o niej nie mówiły, były jednak tolerancyjne o tyle, że faktycznie ją uznawały – i z drugiej strony można sobie wyobrazić rząd autorytarny, który zachowuje pewną dozę wolności. Wewnątrz Kościoła katolickiego, na przykład, w ostateczności nigdy jej nie brakowało, bo Kościół nigdy nie stał się instytucją totalitarną. Zbyt wiele było prądów w jego łonie i bezwzględne stłumienie ich byłoby zbyt niebezpieczne. Dopiero Sobór Trydencki stworzył absolutyzm katolicki, zarówno intelektualny, jak moralny i praktyczny i z pewnością nie będę bronić skutków tego wydarzenia – ale z Soboru Trydenckiego wywiodła się, na przykład, rozluźniona moralność Jezuitów, tak znienawidzona przez Pascala ... Dobrze, to też byłby długi wywód i nie jestem pewien, czy potrafiłbym go podtrzymywać konsekwentnie do końca... 
Ja i Miriam pozdrawiamy Was oboje 
Wasz Nicola Chiaromonte

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl