Dzieje głupoty: ciąg dalszy...

Telewizja i inteligencja

MARCIN KRÓL

 

Pomijam, jako albo nieciekawe, albo należące do innego porządku, spory o istnienie lub nieistnienie inteligencji w Polsce. Zakładam, że jest pewna grupa ludzi – niech to będzie 10 procent, jak chce Joanna Olech („Uciechy statystycznego Polaka” – „TP” 32/2001), którzy ciekawią się sprawami nieco bardziej poważnymi lub mądrymi, ciekawią najczęściej z bezinteresownych motywacji. Ludzie ci wcale nie należą do grupy tych najwyżej wykształconych. Pan, który kładł mi kafelki w kuchni opowiadał, że często idzie spać o ósmej wieczór, żeby obudzić się po północy w celu obejrzenia dobrego rosyjskiego filmu. Oto owe dziesięć procent. Dodajmy od razu, że wielu z tych kilku milionów obywateli (bo dziesięć procent to kilka milionów) ogląda z przyjemnością niektóre telewizyjne głupoty, jak Big Brothera i tym podobne. Pytanie jednak brzmi inaczej: dlaczego telewizja publiczna (bo komercyjne to komercyjne) lekceważy całkowicie owe dziesięć procent?
Jeżeli ktoś wątpi w to, że lekceważy, niech obejrzy częściej II program, który od początku był przeznaczony dla tak zwanego ambitniejszego widza, a który zszedł na balladowe i benefisowe psy, w dodatku powtarzane bez końca. Wiem, że prowadzi się badania popularności programów i kierownictwo telewizji publicznej będzie się powoływało na te badania. Jednak zapomina się przy okazji, że badania te cechuje prosty błąd socjologiczny, a mianowicie ludzie nie mogą się wypowiadać o tym, czy im się podobają programy, których nie ma. Jeżeli nie ma dobrych dokumentów, poważnych filmów, dobrego teatru telewizyjnego, a także transmisji przedstawień z teatrów, ciekawych rozmów na nie tylko doraźne polityczno-idiotyczne tematy – to jak można wiedzieć, czy byłyby te audycje popularne i jaki miałyby zasięg tak zwanej oglądalności. Oczywiście pod warunkiem, że byłyby nadawane około dziesiątej wieczór, a nie po dwunastej. 
Nie uważam zatem, iż nie należy załamywać rąk nad faktem, że telewizja nadaje mnóstwo głupstw, bo tak zapewne być musi, ale należy od telewizji publicznej domagać się dziesięciu procent programów dla dziesięciu procent chętnych widzów. Jest to po prostu forma obrony praw mniejszości w systemie demokratycznym, a mniejszość ma swoje prawa i obowiązkiem instytucji publicznych jest gwarantować możliwość ich wykorzystywania. Nie przemawiam w tej chwili do kierownictwa telewizji publicznej, bo nie ma do kogo gadać, a nie lubię zasady: mówił dziad do obrazu. Wypowiadam się na poważniejszy temat, który w Polsce przecież demokratycznej i liberalnej jest powszechnie lekceważony. 
Sprawa obrony praw mniejszości przed zakusami większości ma ogromną tradycję i równie wielką literaturę, której nie miejsce tu streszczać. Odwołam się zatem tylko do jednego niewątpliwego dobrego demokraty i dobrego liberała, jakim był John Stuart Mill. Otóż Mill, chociaż wierzył w prawo do wolności dla wszystkich obywateli, zdawał sobie sprawę z tego, że nie wszyscy z prawa tego będą korzystali w celu zaspokajania przyjemności wyższych. Bo przyjemności dzielił na wyższe i niższe, a samo pojęcie przyjemności należy tu traktować bardzo szeroko. Nigdy dokładnie nie napisał, jakie przyjemności są wyższe, ale jest u niego ślad sugestii, że idzie o przyjemności „duchowe”. I już wtedy, w 1859 roku, kiedy ukazały się jego obie najważniejsze książki z zakresu filozofii politycznej, czyli „O wolności” oraz „Utylitaryzm”, obawiał się tyranii większości dążącej do zaspokajania przyjemności niższych. Nie było naturalnie telewizji, nawet nie istniało jeszcze masowe czytelnictwo prasy. Mill wiele swoich obaw przekazywał w listach Tocqueville’owi, który miał podobne zastrzeżenia co do przyszłości demokracji. Pewien typ elitaryzmu, uchowaj Boże, nie politycznego!, lecz w zakresie ducha i kultury, wydawał się im obu niezbędny dla nich samych i dla przyjemności innych, im podobnych.
Potem okazało się, że wielu zagrożeń, jakie mogła spowodować tyrania większości udało się uniknąć, przede wszystkim dzięki dobrze skonstruowanym systemom prawnym poszczególnych krajów, a także prawu międzynarodowemu, takiemu na przykład jak prawa człowieka. Jeżeli jednak jesteśmy tak uczuleni (i słusznie) na to, żeby Romowie czy Kaszubi mieli nie tylko pewną autonomię, ale celowo nawet nadajemy rozgłos ich specyficznej kulturze, organizując wystawy czy pokazy w telewizji, to dlaczego mniejszość owej umownej inteligencji nie miałaby mieć podobnych praw? 
Prawa te są w znacznej mierze realizowane przez czasopisma, a nawet gazety codzienne i to na całym świecie, łącznie z Polską. Przecież nakład „Gazety Wyborczej” czy „Rzeczpospolitej” nie spada na skutek tego, że pojawiają się tam bardzo poważne i czasem interesujące tylko 10 procent czytelników artykuły. Poza tym są miesięczniki, kwartalniki, lepsze lub gorsze, ale wszystkie ambitne. Dla chętnego zatem nic trudnego. Jest w czym wybierać. Zapewne w Polsce stan rzeczy jest nieco gorszy niż w dawnych demokracjach, ale to już inna kwestia, kwestia w znacznej mierze związana z jakością debaty publicznej, która jest jednak uzależniona od jakości polityki, a ta jest w naszym kraju rozpaczliwa.
Dlaczego telewizja jest tu wyjątkiem? Odpowiedź na to pytanie nie jest specjalnie trudna. Telewizja publiczna (bo cały czas o niej tylko mowa) jest w sytuacji luksusowej, co sprawia, że zachowuje się skandalicznie. Luksus polega na posiadaniu publicznych pieniędzy, których wydatkowania nikt nie kontroluje. Telewizja nie dlatego robi tak podłe programy, że jej redaktorzy, reżyserzy, wydawcy i wszyscy inni pracownicy są tak głupi, tylko dlatego, że kiedy się nikogo nie skłania do wysiłku, a czasem wręcz za nadmierne duchowe czy intelektualne ambicje karci, to łatwiej jest produkować i reprodukować głupotę. Mówię to z takim przekonaniem, bowiem w wielu krajach zachodnich, w których istnieją telewizje podobnie finansowane, jak w Polsce, a w każdym razie telewizje publiczne, nasze 10 procent znajdzie dla siebie aż nadmiar strawy. Zaś w polskiej telewizji publicznej cała struktura prawna i organizacyjna jest zła, brak jest nie tylko kontroli, ale łatwo o wpływy partii politycznych i o preferowanie tego, co najgorsze. Sądzę zatem, że w imię naszych uprawnień konstytucyjnych, uprawnień mniejszości, powinniśmy domagać się radykalnej reformy prawno-organizacyjno-merytorycznej telewizji publicznej. Innej drogi nie ma, a ta stoi w demokracji otworem. 

Marcin Król

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl