Spory – polemiki

Sztuka i edukacja

ELŻBIETA GRABSKA

 

 

Nie jestem pewna, czy warto raz jeszcze wracać do własnych opinii („TP” nr 28), przez Stanisława Rodzińskiego („TP” nr 32) nazwanych „najbardziej nieprzemyślanymi”, które dotyczyły oceny dorobku galerii Zachęta w minionej dekadzie. Ponieważ jednak jednym z wątków polemiki prof. Rodzińskiego (tyle ich, że aż trudno dociec, co stanowi główny temat) jest edukacja na rzecz sztuki, powracam do tej części mojej wypowiedzi w rozmowie z Joanną Sosnowską, Piotrem Kosiewskim i Bogusławem Deptułą, która zagubiła się po redakcyjnych skrótach. 
Otóż po wieloletnich doświadczeniach dydaktycznych na uniwersytecie, obejmujących również dyskusje na wystawach sztuki nowoczesnej, i po wielu kontaktach z młodzieżą uczestniczącą w programach edukacyjnych Zachęty, jestem przekonana, że nie popularyzacja typu „kaszka manna”, ale sięganie do trudniejszej problematyki – także najbardziej współczesnej – ukształtuje otwarty i wielostronny kontakt młodego pokolenia (w tym i przyszłych sponsorów) ze sztuką. Kontakt może z Boznańską, którą p. Rodziński traktuje jako znak polskiej kultury wizualnej, a może raczej z Kobro, może z Czapskim, ale także z Kantorem; z pewnością ze sztuką krytyczną i tą nie stroniącą od socjologicznego „oka”, której teraz na zachodzie Europy przypisano płodną tradycję w historycznej retrospektywie Arte Povera.
Optując za wystawami o wszechstronnym programie w dalszej działalności „Zachęty”, za tym, by nie ulegała ona populistycznym pokusom, wspomniałam w naszej rozmowie długoletnią działalność odczytową tej instytucji, poszerzaną o doraźne omawianie wystaw, o akcje muzyczne i filmowe, jako gwaranta czytelności tego, co rozumiem jako program ambitny i nie zawsze łatwy w odbiorze. Myślę, że cały program edukacyjny w świecie dzisiejszym powinien ogląd historyczny sztuki rozszerzać o analizę problemów kontrowersyjnych, powinien także dostarczać klucza do rozszyfrowywania skandali, które nie są tylko, co sugeruje krakowski artysta, pogonią za modą lub snobistycznym kiczem, ale jakże często wiążą się z ryzykiem twórczych decyzji. Czy można zignorować fakt, że „Siódma godzina” wyzwoliła, jak pisał Mieczysław Porębski, „taniec nienawiści, który nad instalacją Cattelana, ale przecież nie tylko z jej powodu w Zachęcie odtańczono”? Sądzę, że twórca jubileuszowej wystawy, któremu nieraz dane było wykazać się esprit critique, wierzył w inteligencję polskiego odbiorcy, biorąc zarazem pod uwagę tę samą dulszczyznę, której był niegdyś świadomy Podkowiński (notabene obrazek, który zdenerwował profesora Rodzińskiego, wybrała redakcja „Tygodnika”). Szeeman wierzył, że anno Domini 2000 spotka się z odbiorcą mającym dystans ironiczny wobec pojęcia Polski „ubuesque”, jak i kultury prowincjonalnej, ponieważ sam odkrył polską kulturę artystyczną jako coś przeciwstawnego tamtym stereotypom. Posłużył się lustrem krzywym, ale za to ostro powiększającym – jak się okazało, także punkty newralgiczne...
Na koniec nie mogę nie odnieść się ze skruchą do listu pani Magdy Ujmy („TP” nr 31). Doprawdy nie było naszą intencją zignorować zasługi autorek wybitnych wystaw, jak wystawa Katarzyny Kobro, która w wersji pierwotnej pokazana została przez panie J. Ładnowską i K. Karnicką w Muzeum Sztuki w Łodzi, a jej katalog jest publikacją imponującą... Wymieniłam wśród wystaw zachętowskich po prostu także i te, które były rezultatem współpracy z ważnymi polskim placówkami i jako takie odbierane były przez publiczność jako „program pluralistyczny” Zachęty. Miłe koleżanki, wybaczcie.

Elżbieta Grabska

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl