Tam, gdzie wrony zawracają

S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA

 

Wspólnota Chleb Życia, do której należę, została wezwana, aby być odbiciem Ludu Bożego w łonie Kościoła, gromadzącego różne powołania wokół Chrystusa w Eucharystii – ubogich i dzieci. Droga, którą idziemy, jest stroma, tak jak trudne są wezwania Błogosławieństw. Jednak dzisiaj nie wybrałabym innej, bośmy się, co prawda, nieźle na niej utrudzili, ale także nieźle ubawili, jak modliła się z wdzięcznością jedna z moich sióstr w trakcie swoich ostatecznych przyrzeczeń składanych we Wspólnocie.
Dzielę się zatem kilkoma doświadczeniami, które Pan Jezus dał przeżyć mi oraz moim braciom i siostrom, z nadzieją, że ktoś może odkryje w nich swoje własne przeżycia na drodze do Boga.

 

WEZWANIE


Przeczytajmy opis spotkania Jezusa z celnikiem Zacheuszem (Łk 19, 1-10). „A (był tam) pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: »Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu«”.
Zacheusz miał odwagę wejść na drzewo. Wysoki urzędnik, odgrodzony od tłumu powagą swojego urzędu, ale przede wszystkim krzywdą, którą wyrządzał. Ludzie bali się go, lecz skrycie nim pogardzali. Czy tylko ciekawość przyprowadziła go na drogę, którą przechodził Jezus?
Człowiek stworzony jest do absolutnej miłości. Niepokój serca każe nam pędzić do przodu, szukać ukojenia w pieniądzach, władzy, seksie, a kiedy wszystko to okazuje się tylko kolejną ułudą – pustkę topimy w alkoholu czy narkotykach.
W naszych domach wielu ludzi odnajduje po latach to, czego tak rozpaczliwie szukali, pogardzani i odepchnięci przez społeczeństwo. Pogardzają sami sobą, świadomi zła, które wyrządzili, świadomi zła, które im wyrządzono, rozgoryczeni i pełni nienawiści do otoczenia. Uzależnieni od alkoholu, przekonani, że nie mają już wyjścia.
Spojrzenie Jezusa odmienia całe życie Zacheusza. Jedno, jedyne spojrzenie! Nie ma w nim wyrzutu, karcenia, osądu. Jest tylko prośba o gościnę. W króciutkiej chwili pomiędzy spojrzeniem Pana, a wypowiedzianymi przez Niego słowami, tych dwóch mężczyzn porozumiało się głęboko.
Potrzebujemy nie słów, lecz spotkania. Odwagi wyjścia naprzeciw Bogu. Tak, aby mógł na nas spojrzeć.
Zobaczmy, co dalej działo się z Zacheuszem. „Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to szemrali: »Do grzesznika poszedł w gościnę«”.
Ewangelista podkreśla wyraźnie: z pośpiechem i rozradowany. No, mógł się zniechęcić od razu na wstępie biedny Zacheusz. Jego radość przyćmiewała bowiem zawiść i pogarda tych, którzy uważali się za lepszych. Ale ten, który raz spotkał Jezusa w swoim sercu, jest już poza wszelkim ludzkim osądem. Radości ze znalezienia Tego, kogo się szukało tak długo, nic już nie może odebrać.
„Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: »Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie«”.
W jednej chwili celnik Zacheusz zrozumiał to, na co inni potrzebowali dużo czasu. Zaczyna od nowa. On, ustabilizowany, wysoki rangą urzędnik, odrzuca cały dorobek swojego życia. Można się tylko domyślać, że jego bliscy pukali się w czoło, a przyjaciele odsunęli się od niego. Być może miał kłopoty rodzinne z powodu rozdanego majątku. A kiedy następnego dnia poszedł do pracy i odmówił przyjęcia łapówki, czy koledzy nie zasiedli do drugiego śniadania osobno? To był początek nowej drogi. Przecież Jezus po spożyciu posiłku w domu Zacheusza poszedł swoją drogą. Ale pozostawił mu coś, co miało dać siłę na przyszłość.
„Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu”.
Jakże często słyszymy od ludzi, którzy przychodzą do naszych domów, aby nam pomóc lub też udzielać dobrych rad, od ludzi o niewątpliwie dobrych intencjach: czy to nie przesada żyć tak, jak wy żyjecie? Czy oni – czyli ubodzy mieszkający z nami, są warci tego, aby był w waszym domu Najświętszy Sakrament? A jakie macie statystyki: ilu się nawróciło? Odpowiadam wtedy, że pierwszymi, którzy są niegodni, jesteśmy my, członkowie Wspólnoty Chleb Życia, a nasze nawrócenie jest jeszcze przed nami.
Wielu z tych, którzy do nas przychodzą po pomoc materialną zostaje ze względu na Niego. Tworzą wraz z nami Wspólnotę, budując zarówno mury, jak i ducha. Przyszli z daleka i dlatego rozumieją tych, którzy są daleko. Droga, którą przeszli, była dłuższa i trudniejsza, dlatego często są zmęczeni, pełni cierpienia, osłabieni wędrówką. Stanowią jednak serce Wspólnoty, serce tego ludu, który tworzymy.
Jezus zostawił nam swoje Zbawienie – Eucharystię, ponawiając w niej każdego dnia to spojrzenie, którym obdarzył nas pewnego dnia na ulicy Jerycha.


Grzegorz
Jestem osiemnastoletnim chłopakiem. Urodziłem się na Mazurach, gdzie mieszkałem przez 16 lat z rodziną. Nie mam miłych wspomnień z dzieciństwa z powodu alkoholizmu ojca. Ojciec jak wypije, to nie wie, co robi.
W 1995 roku moja rodzina zaczęła się rozpadać. Mama nie wytrzymała awantur i pewnego dnia nie wróciła z pracy do domu. Przez cale lato byliśmy zdani na ojca, który przez pół roku starał się poprawić. Potem znowu zaczął pić. Wyruszył na poszukiwanie mamy. Znalazł ją po miesiącu i znowu zaczął znęcać się nad nią i nad nami. Wyganiał ją z domu, potem kazał nam jej szukać. Zajmował się łowieniem ryb i piciem. Musieliśmy mu przynosić wódkę i bywało – pić razem z nim. W 1998 roku mama pozwała go do sądu. Wtedy wygonił ją ostatecznie razem z moim młodszym bratem. Ja zostałem z najmłodszą siostrą i starszym bratem, który był w wojsku i prawie nie pokazywał się w domu. Ojciec pracował jako stróż, ale to ja więcej pracowałem za niego, jednocześnie próbując chodzić do szkoły. Robiłem wszystko, co się nawinęło pod rękę, często wbrew prawu. Wolałem, żeby ojciec leżał pijany niż znęcał się nade mną i moją siostrą. Pracowałem na budowie po 10 godzin dziennie. Zarabiałem po 3 złote za godzinę, oczywiście na czarno. Miałem wówczas 16 lat. Kiedy doszło do rozprawy przeciwko ojcu zrobiłem coś, czego bardzo żałuję. Ale gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym to samo. Jako jedyny broniłem ojca w sądzie i dzięki temu dostał wyrok w zawieszeniu. Ojciec jednak wyżywał się na mnie i za to, twierdząc, że gdyby nie ja, to siedziałby w więzieniu, a tak to musi czekać, aż go zgarną. Za obronę i kłamstwa w sądzie wynagrodził mnie ciosem między oczy i złamaniem nosa. Po pewnym czasie mama zabrała młodszą siostrę i wyjechała do rodziny na Suwalszczyznę. Ja pracowałem i płaciłem wszystkie domowe rachunki. Sytuacja stawała się jednak nie do zniesienia. Do tego ojciec opowiadał, że wbije mi nóż w plecy. Zdecydowałem się wyjechać. Po trzech dniach pieszej wędrówki dotarłem do celu. Tam spotkałem chłopaka z podstawówki. Załatwił mi kąt – silos metalowy do spania, kanapki i butelkę wody. Cała zgraja siedziała tam i wąchała klej.
Na drugi dzień spotkałem na dworcu autobusowym matkę. Jechała z rodzeństwem do ciotki w Sejnach. Dotarłem tam następnego dnia. U ciotki była malutka, dwuizbowa chata. Mieszkali tam już mama z bratem i młodszą siostrą, i jeszcze jedna siostra w czwartym miesiącu ciąży. Szybko wyprowadziliśmy się do Żagar, gdzie wynajęliśmy mieszkanie. Ja pracowałem jako parobek po 16 godzin dziennie. Spałem w stodole lub oborze. Dostawałem wyżywienie i nie miałem czasu wracać do domu odległego o 5 km. W międzyczasie mama straciła to mieszkanie. Właściciel wygonił ich. Kiedy się o tym dowiedziałem, chciałem, żeby mój gospodarz wypłacił należne mi pieniądze. Niestety, po awanturze, za 37 przepracowanych dni zapłacił mi 190 zł. Po opłaceniu czynszu zostało 20 zł na całą rodzinę. Znalazłem nową pracę, lepiej płatną, po 4 zł za godzinę. Wracałem do domu o 22.30, wychodziłem o 3 rano. Starszy brat wyszedł z wojska i uciekł od ojca do nas. Dołączyła kolejna siostra, która straciła pracę w Warszawie. Ja skończyłem 17 lat. Starszy brat zaczął pracować ze mną. Niestety, kondycyjnie nie wytrzymał i wyrzucono nas obu. Znów szukałem pracy. Moja najstarsza, zamężna siostra mieszka na południu Polski. To ona dała nam adres Wspólnoty Chleb Życia. Po kilku próbach znalezienia pracy i mieszkania zdecydowałem się pojechać do Warszawy, a wraz ze mną cała rodzina. 21 stycznia 2000 roku znaleźliśmy się w Warszawie. Zostaliśmy mile przyjęci. Po tygodniu siostra Małgorzata zapytała nas, czy chcemy się uczyć. Odpowiedzieliśmy, że tak. Opowiedziała nam o domu na wsi, dała 2 godziny na spakowanie oraz pożegnanie z mamą. I przyjechaliśmy do Zochcina: tam, gdzie wrony zawracają. Rozpoczęliśmy z bratem naukę w zaocznym liceum. Znalazłem w tym domu wiele spokoju, sens swojego wysiłku, ogromnie dużo ciepła, którym mnie otoczyła Wspólnota. Tutaj nauczyłem się wielu rzeczy o człowieku i jego roli na ziemi. Poprzez Siostrę zrozumiałem Pismo św. Zacząłem je stosować w życiu codziennym. Poznałem mnóstwo ciekawych ludzi w szkole i we Wspólnocie. Mam przyjaciółkę, z którą mogę pogadać o wszystkim. Znalazłem spokój ducha. Zrozumiałem sens poświęcenia się pracy i bliźniemu. To wszystko nie spadło na mnie od razu jak z nieba. Wymagało ode mnie ciężkiej pracy. Przez rok nasz dom i podwórko zmieniły się nie do poznania. Wybudowaliśmy kaplicę, wybetonowaliśmy podwórze, wyremontowaliśmy inny dom w Grocholicach. Kaplica jest śliczna i mam satysfakcję, że przyłożyłem rękę do jej budowy. A praca była naprawdę ciężka. Chcę zdobyć wykształcenie i znaleźć pracę.


NAWRÓCENIE


„Potem wyszedł i zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: »Pójdź za Mną«. On zostawił wszystko, wstał i chodził za Nim.
Potem Lewi wyprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu. Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: »Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?« Lecz Jezus im odpowiedział: »Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników«”. (Łk 5,27-31)
Spójrz z miłością na tego, którym pogardzasz, o którym sądzisz, że jest już tak zły, że nic mu nie pomoże, który odszedł być może daleko od Boga. Mimo to spójrz z miłością, bo nie twoją mocą ten człowiek się podźwignie, lecz mocą Chrystusa, potrzebuje jednak twojego spojrzenia. A zobaczysz cud – cud celnika, który wstaje ze swojej komory celnej, rzuca wszystko i zostaje uczniem Chrystusa. Lepszym i gorliwszym niż ty. Poczujesz moc Boga samego i odwagę do dalszego odbudowywania prastarych rumowisk. Okaże się, że niemożliwe stanie się realne. Matka Teresa z Kalkuty zaczynała samotnie w slumsach. Umierała jako założycielka zgromadzenia liczącego parę tysięcy sióstr. Dobro jest zaraźliwe, lecz ktoś musi pierwszy posiać wirusa. Przecież Pan Jezus zostawił swój Kościół w postaci 11 Apostołów i swojej Matki. Jedenastu prostych ludzi w zakątku ówczesnego świata, do tego mocno wystraszonych i nie wszystko rozumiejących. Reszty dokonała Jego Moc. Papież nie ukrywa obecnie swojej słabości fizycznej, jakby pokazując, że moc do działania, które niejednego młodego i zdrowego zbiłoby z nóg, płynie od Boga. Na naszych oczach dzieją się cuda i Chrystus czeka na każdego z nas, żeby przez nas te cuda czynić.
Potrzeba tylko jednego – być tam, gdzie On. Jeśli nie chcesz wyruszyć ze swojego ciepłego, zasiedziałego miejsca przyzwyczajeń, nawyków i wygód, jeśli nie usłyszysz dzisiejszych słów tak jak celnik Mateusz – jako wezwania do: „zostaw wszystko natychmiast i chodź” i bez zbędnych rozważań nie wyruszysz, nie zobaczysz cudów, nie odbudujesz rumowisk, nie poczujesz radości płynącej z miłości. Do tego nie trzeba wyjeżdżać w dalekie kraje. Wystarczy tylko wyjrzeć za próg własnego domu, spojrzeć oczami Jezusa i zobaczyć, że ten świat należałoby poprawić – dobrocią. To trochę lekceważone dzisiaj słowo niesie bardzo bogate treści. Spotkasz się z niedowierzaniem, a nawet niechęcią, jak Mateusz, ponieważ póki byłeś przeciętny, nikomu to nie przeszkadzało. Teraz chcesz być inny. To często bulwersuje otoczenie, ponieważ zmusza je do stawiania sobie niewygodnych pytań. Więc będą ludzie wyśmiewać się z ciebie i próbować ściągnąć cię na ziemię. Mówić, że marnujesz życie, trwonisz ciężko zarobione pieniądze na jakichś nieudaczników, że Ewangelia jest piękna, ale nie nadaje się do dosłownego stosowania. Będą tak mówić nawet uczeni w Piśmie i to w trosce o ciebie. Wtedy sprawdzi się twój wybór i twoja miłość do Chrystusa. Jeśli wytrwasz przy Nim, zobaczysz kolejne cuda, jak ujrzał je św. Franciszek z Asyżu, postawiony przed wyborem między ojcem, wściekłym o marnowanie przez niego kariery i majątku, a wezwaniem Chrystusowym, w radykalność którego nie wierzył nawet biskup. Młody Franciszek jako poeta wykonał gest ryzykowny – oddał swoje szaty ojcu, bo za jego pieniądze zostały kupione i wybrał Chrystusową Panią Biedę. Zawsze myślę, że natychmiast Bóg mu ubranie zwrócił, ponieważ biskup przy tej scenie obecny, nie mogąc pozwolić, aby młodzieniec świecił nagością, okrył go swoim płaszczem, niewątpliwie bardzo dobrej jakości.
Takie cuda Bóg pozwala nam oglądać bardzo często. Naszym powołaniem we Wspólnocie Chleb Życia jest wskazywać na Chrystusa tak, jak św. Jan Chrzciciel: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Nie głosimy przemówień, nie toczymy dyskusji teologicznych, praktycznie nie rozmawiamy na tematy religijne z naszymi mieszkańcami, chyba że sami o to proszą. Wskazujemy na Chrystusa w Eucharystii. To w kaplicy, w spotkaniu twarzą w twarz z Jezusem, dzieją się cuda. Niedawno jeden z moich braci, alkoholik, który przepił zdrowie i rodzinę, przywitał mnie rozpromieniony.
„Siostro, przyjechał! To wszystko Jego zasługa!” I pokazał na kaplicę. Od kilku lat modlił się o to, żeby zobaczyć swojego syna, za którym bardzo tęsknił. I właśnie była żona odwiedziła go z synkiem. Ten brat mój jest od kilku lat członkiem naszej Wspólnoty, bardzo wiernym adoracji. Skierowano go do nas po terapii przeciwalkoholowej jako nieuleczalnego alkoholika.


Renata
Miałam 25 lat. Byłam świeżo po szkole medycznej. Od 5 lat byłam we Wspólnocie, lecz stawiałam pierwsze kroki w pielęgniarstwie i samodzielnym prowadzeniu domu. Domu, który leży na odludziu, pomiędzy torami kolejowymi, na tyłach Dworca Zachodniego w Warszawie.
Kobiety narzekały, zgłaszały bóle wszystkich narządów, ja latałam z tabletkami, ale wiedziałam, że to nie w tym rzecz. Potrzebny nam był jakiś uroczy staruszek. Pojawił się pan Zygmunt – były profesor Uniwersytetu Lwowskiego. Po nim przyszli inni. Kobiety przestały narzekać, chodzić w szlafrokach z wałkami we włosach. Przybywający mężczyźni, mając na względzie obecność pań, pracowali nad swoimi manierami. I tak jest do dziś. Dom jest koedukacyjny.
Dość szybko zorientowaliśmy się, że sytuacja chorych, bezdomnych mężczyzn jest trudniejsza niż kobiet – trudniej im znaleźć miejsce w schroniskach. Więc mężczyzn przybywało. Przychodzili z różnych miejsc, po różnych porażkach życiowych. Niektórzy całymi latami żyli na dworcu czy w kanałach. Nagle zdarzył się wypadek i przestali sobie radzić. Czasem po doszorowaniu jakiegoś „dziadziusia” okazywało się, że on ma 50 lat! Nieraz słyszałam też historię: Pracowałem na czarno. Spadłem z rusztowania i nie mam nic.
Nie pytamy skąd, kto przyszedł, co zrobił, czy był karany, czy ma pieniądze. Nie osądzamy. Leczymy, pomagamy w załatwianiu spraw, żyjemy razem.
Prawie zawsze jest w domu jedna lub kilka osób chorych terminalnie. Staramy się zrobić wszystko, co można przy współpracy z hospicjum. Zapewniamy opiekę medyczną, psychologiczną, duszpasterską. Myślę jednak, że najważniejsze jest to, że umierający człowiek w naszym domu nie jest „problemem personelu”. Zresztą ów personel to ja i druga pielęgniarka, która przychodzi na 6 godzin dziennie i dwóch młodych chłopaków ze Wspólnoty, z których jeden studiuje na studiach dziennych. Na 50 chorych!
Jest nasz. Jedni mieszkańcy go kąpią, inni przebierają, ktoś pójdzie do sklepu, ktoś nakarmi, inny poczyta, reszta odwiedzi. „Nasz chory”, jak często mówimy, jest na swoim miejscu, czyli w sercu domu. Nie stosujemy izolatek, parawanów, zresztą byłoby trudno, skoro tłok jest taki, że zimą ludzie śpią nawet w łazience. Wiemy, że jest on najbliżej Boga, jest w Jego rękach, mocy, opiece, a dla nas jest jeszcze krótko darem. To nie my robimy łaskę chorym, że się nimi zajmujemy. To Bóg nam daje łaskę, że się możemy nimi zajmować.
Niedawno przyszedł do mnie chory na raka pan Franciszek, którego wysłaliśmy do komfortowego domu opieki. Powiedział, że istotnie warunki tam są bardzo dobre, personel grzeczny, ale jakaś emocjonalna pustka. Umrzeć to on chce u nas.
W schronisku jest ok. 55 osób. 40 osób to mieszkańcy, reszta przychodzi codziennie z dworców, działek i Bóg wie skąd jeszcze. Ja nie wypytuję. Przychodzą, bo chcą z nami trochę pobyć, ogrzać się, nie tylko przy grzejniku. Niektórzy mówią, że to ich Betlejem. Innego domu nie mają. Nieważne, czy ktoś jest magistrem, na wózku, kaszle cały czas, po 20 latach więzienia. Przyszedł, więc jest nasz. Po prostu: pan Józef..., pani Ania...
Tego przebaczenia i akceptacji uczę się od nich cały czas. I zdolności do dzielenia się z własnego niedostatku. W tej dziedzinie są nie do przebicia. Często potrafią tak spontanicznie oddać wszystko! Zdjąć z siebie kurtkę czy sweter i oddać przybyszowi. Ubranie, jedzenie, papierosy.
I jeszcze o naszym najważniejszym Mieszkańcu.
Na terenie domu jest kaplica. Codziennie jest adoracja Najświętszego Sakramentu i codziennie robimy listę, kto po kim, i codziennie mieszkańcy przekrzykują się, żeby się zmieścić na liście.
Wierność modlitwie stworzyła ten dom i tworzy go dalej.


ŚWIĘTOŚĆ CODZIENNOŚCI


„Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie, który im się przysłuchiwał, gdy rozprawiali ze sobą. Widząc, że Jezus dobrze im odpowiedział, zapytał Go: »Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?« Jezus odpowiedział: »Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych«”. (Mk 12,28-31).
Miłować Boga całym sercem i umysłem. Sercem to jeszcze zrozumiałe, ale dlaczego umysłem? Umysł rezerwujemy na ogół dla innych czynności niż miłowanie. A Pan Jezus mówi wyraźnie – sercem, umysłem i mocą. Myślę, że gdybyśmy w miłości więcej wykorzystywali umysł i moc, to efekty byłyby lepsze. Bo miłość to nie tylko uczucia. Dobre czyny powinny być czynami mądrymi. Inaczej nie są po prostu dobre. Włożyć wysiłek, aby zrozumieć, co rzeczywiście będzie dobre w danej chwili dla drugiego człowieka i zaangażować całą swoją moc w wykonanie tego, to dopiero gwarancja powodzenia. Serce matki narkomana mówi często co innego niż rozum. Serce mówi: „Daj mu pieniądze, bo głodny”, rozum podpowiada: „Nie dawaj, musi odczuć głód, żeby podjął decyzję o leczeniu. I z mocą trwaj przy nim w jego cierpieniu i nie daj się zwieść jego kłamstwom”. Pójść za Chrystusem to nieustannie wybierać to, co we mnie buduje Jego obraz. Świat zawsze proponuje i proponował tysiące rzeczy, które albo są ewidentnie sprzeczne z Jego Miłością, albo źle użyte mogą nas od Niego oddzielić. Miłować Boga całym sobą, to oznacza oddać Mu całą swoją osobę, wraz z umysłem, sercem, ciałem, wolą.
To nie jest prawda, że jeśli jestem dorosły, mogę bezkarnie oglądać filmy wulgarne i pornograficzne. Oglądać oczywiście mogę, ale nie bezkarnie. Obrazy pełne brudu pozostają w nas nawet, jeśli nam się wydaje, że mamy do nich dystans. Musimy wybierać to, na co patrzymy, czego słuchamy i co czytamy, ponieważ brud wnika w nasz umysł i przenika nasze serca. To nie kwestia zakazu. To kwestia świadomej decyzji wyboru, kwestia naszej wolności. To nie jest wszystko jedno, jak i co myślimy i jakimi słowami wyrażamy nasze myśli. Jeśli nie oglądamy naszych myśli w lustrze Ewangelii, jeśli nie czuwamy, aby były przeniknięte Bogiem i z czasem stawały się Bożymi myślami, jeśli nie prosimy, aby Chrystus dał nam swoje oczy, światłe oczy serca, to pozostaniemy na etapie zewnętrznego blichtru i nigdy nie poczujemy, jak ogarnia nas ogień.
Zarówno w zachodniej, jak i wschodniej tradycji chrześcijańskiej jest wiele szkół i metod porządkowania wnętrza człowieka, aby mógł on zostać przeniknięty Duchem Bożym. Jakoś zapomniane zostały akty strzeliste, które powtarzane w ciągu dnia, kierują naszą myśl wśród codziennych zajęć ku Bogu. Różaniec przez powtarzanie tych samych wezwań i rozważanie Bożych Tajemnic sprawiający, że żyjemy coraz głębiej życiem Chrystusa. I wreszcie wschodnia, a bardzo powszechna obecnie na Zachodzie modlitwa Jezusowa, polegająca na powtarzaniu cały czas, w rytm oddechu, słów „Panie Jezu Chryste Synu Boga żywego zmiłuj się nade mną” lub ich krótszych wersji. Wypowiadane słowa przenikają nasz umysł, wyrzucając jakby z niego wszystko, co nie jest z Boga. Stawiają nas w ciągu całego dnia w obecności Bożej i pozwalają spotkać Boga tu i teraz. Boga spotyka się w chwili obecnej.
„Przecież my wiemy, skąd On pochodzi, natomiast, gdy Mesjasz przyjdzie, nikt nie będzie wiedział, skąd jest. A Jezus, ucząc w świątyni, zawołał tymi słowami: »I Mnie znacie, i wiecie, skąd jestem. Ja jednak nie przyszedłem sam od siebie; lecz prawdziwy jest Ten, który Mnie posłał, którego wy nie znacie«”. (J 7,27-28)
Najtrudniej nam przyjąć zwyczajność Boga Człowieka. Chętnie umieszczamy Go wysoko w chmurach, natomiast ciągle mamy problem z umieszczeniem Go w naszym codziennym życiu. Przecież nie będę Boga mieszał do moich zakupów i dziecięcych pieluch! A Bóg robił zakupy i leżał w pieluchach! I przez to uświęcił i nasze zakupy, i pieluchy oraz uczynił nas swoimi kapłanami tej ziemi. Nas zwykłych ludzi dopuścił do swojej świętości. Tu i teraz. W pracy, szkole, nad komputerem i przy dojeniu krów. W życiu Maryi widać wyraźnie, że cuda Boże nie działają jak cudowności. Musiała dojrzewać, szukać odpowiedzi, zaufać, w trudnych chwilach na pewno walczyć. To wszystko odbywało się w wielkiej dyskrecji, bez szumu wokół niej. Czas ogromnych bazylik na Jej cześć przyszedł dużo później. Rzeczy Boże dzieją się w konkretnych, małych wsiach i miasteczkach. Ludzie Boży piorą, gotują i wychowują dzieci, ale na ich miłości opiera się duchowa równowaga całego świata.

S. Małgorzata Chmielewska


Fragment książki „Wezwanie”, która wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa D’el Art. Tytuł od redakcji „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl