Życie po powodzi – w Małopolsce

Aby nie nerwowo

Tekst JAN STRZAŁKA, zdjęcia ANDRZEJ KRAMARZ

 

Człowiek nie jest z żelaza – mówi Barbara Lizak z Jachówki, wsi oddalonej kilka kilometrów od Makowa – ale zniesie więcej niż żelazo. 

Dotrzeć do Jachówki jest niełatwo. Jeśli jeździe się od Budzowa, trzeba zatrzymać się przed wsią, bo w Budzowie powódź zniszczyła drogi i mosty. Mosty łączące lewobrzeżną część wsi z prawobrzeżną urywają się pośrodku potoku. Niektóre z nich udało się prowizorycznie posztukować i można przejść po kładce. Ale i tak Budzów i Jachówka są odcięte od świata. Jedną wieś od drugiej dzieli kilka kilometrów i ludzie muszą sobie jakoś radzić. – My to jak Chińczycy! – rzuca mijająca nas rowerzystka. 
Na rowerze nie da się jednak dojechać do pracy, np. w Suchej Beskidzkiej. Można wprawdzie wyjechać na Maków, ale wtedy trzeba nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, a kogo teraz stać, by dzień w dzień płacić za benzynę? Na nogach, rowerach, w samochodach ludzie docierają do urwanej drogi w Budzowie, lasem omijają przepaść rozrywającą drogę – a po drugiej stronie czeka znajomek albo obcy, który podrzuci do Suchej. 
Ludzie z Budzowa i Jachówki najgorsze mają za sobą. Padało od dawna, ale nikt nie spodziewał się katastrofy. – Jeszcze przed tygodniem dziękowaliśmy Bogu, że nieszczęście nas ominęło – mówi Elżbieta Guc z Jachówki. Ale któregoś ranka znowu zaczęło lać i po trzech godzinach potok zamienił się w rzekę, a woda, niosąca tony głazów, zniszczyła drogi, mosty i zalała większość z trzystu domów we wsi. Woda ruszyła także z gór, niszcząc gospodarstwa na stokach. Runęło kilka podmytych domów, inne wiszą dziś na skarpach, na jeszcze innych pojawiły się pęknięcia. Nie starczyło czasu, by ocalić chociaż to, co najważniejsze. Zalało piwnice, partery, obory, stodoły – potonęły więc mniejsze zwierzęta. 
Ale pomoc dotarła szybko: żywność, świeczki, wodę mineralną dostarczano helikopterami. Najwięcej pomocy dotarło przez rozlaną rzekę: strażacy przeciągali żywność na linach z jednego brzegu na drugi. – Chleba, jedzenia otrzymaliśmy więcej niż potrzebujemy, inni bardziej potrzebują pomocy – powtarzają mieszkańcy Budzowa – niech idzie do nich. 

*
Budzów uznano za najbardziej zniszczoną wieś małopolską. W Jachówce straty są niewiele mniejsze. Takiej klęski nie pamięta tu nikt; powódź sprzed czterech lat nie wyrządziła tu żadnych szkód. Ale ludzie się nie roztkliwiają, nie pomstują, nie oskarżają. 
Gdzie są więc ci zrozpaczeni, których pokazywała telewizja? Może na rozpacz i skargi pozwolili sobie tylko w pierwszej chwili szoku? W każdym razie dziś nikt nie płacze – jeśli komuś zakręci się łza w oku, to na wspomnienie ludzkiej solidarności i współczucia. Wspominają też przyjazd kardynała Franciszka Macharskiego i biskupa Jana Szkodonia.
A pomoc płynie z całej Polski, od firm, od wojewody, rządu, organizacji pozarządowych i od wielu ludzi, którzy przyjeżdżają do Makowa z samochodami wypełnionymi darami. Z pomocą pospieszyły też setki strażaków z Polski: od Lasek koło Olkusza po Elbląg. Elbląscy strażacy ledwo uporali się z likwidacją skutków powodzi w Gdańsku, a już czekało ich nowe zadanie. W Jachówce zakwaterowano ich w szkole. Żywią się u wdzięcznych za pomoc ludzi. – Siedmiu strażaków cały dzień usuwało szlam z naszej piwnicy – mówi Elżbieta Guc – i tak piknie dziękowali za poczęstunek, że mnie wstyd ogarnął, bo za co dziękują? Ja powinnam dziękować.
Elżbieta Guc, choć młoda, od dwóch lat jest na rencie, bo przeszła dwie operacje. Mąż pracował w pobliskiej Skawinie, ale stracił posadę. Gospodarstwo mają nieduże: koń, krowa, świnia; kury i króliki zabrała powódź. Woda zniszczyła posiany przed domem owies. Z ziemniaków też chyba nic nie będzie: przykrywa je metrowa warstwa cuchnącego mułu, jeśli nie przyjdą upały, ziemniaki może nie zmarnieją. Ale właśnie zaczynają się upały. – Co zrobić, żyć trzeba – mówi Elżbieta Guc. Poszła do sołtysa, by się wpisać na listę poszkodowanych, wierzy, że otrzyma od państwa jakieś pieniądze, ale ile – nie wie. Na pożyczkę – nawet nisko oprocentowaną – rodzina nie liczy, bo z czego ją spłaci?

*
Powodzianie nie czekają, aż przybędą strażacy i usuną szkody. Sami się chwytają za robotę: pompują wodę, usuwają szlam, wyrwane z korzeniami drzewa, łatają drogi i mosty, zasypują wyrwy, usuwają tony kamieni naniesione na podwórka, naprawiają sprzęt rolniczy i maszyny z przydomowych warsztatów – dzięki nim wiązali koniec z końcem, bo większość okolicznych zakładów dawno splajtowała i bezrobocie dotknęło nie tylko rodzinę Guców. Roboty więc tyle, że nie wiadomo, za co się chwycić. 
Kiedy Lizakowie wypompowali wodę z mieszkania, usunęli z obejścia głazy, Barbara Lizak postanowiła, że przyszła pora, by domownicy zajęli się robotą wokół tego, co każdemu najbliższe. – Ja sprzątam w domu i wymalowałam pokoje na parterze – opowiada Barbara. – Może wilgoć nie wyjdzie, jak wyjdzie, pomaluję jeszcze raz, w końcu wyschnie. A pomalować trzeba, bo inaczej żyć się nie da. 
Barbara Lizak miała tyle prania, że aż w końcu pralka się popsuła. Szlamu z piwnicy Lizakowie jeszcze nie usunęli. Kiedyś będą musieli położyć nowe panele podłogowe, zrobić nowe wylewki, bo popękały stropy między piwnicą a parterem. A dom jest nowy. Przed powodzią planowali, że wkrótce wykończą ostatni pokój i otynkują dom. 
Dwudziestoletni syn Sławomir uwija się w warsztacie stolarskim. Pracuje w zakładzie mebli w Kalwarii Zebrzydowskiej, a po godzinach w domu robi meble dla sąsiadów.
– Prawdziwe, z litego drzewa, a nie z byle czego – objaśnia. Ale na razie musi najpierw naprawić sprzęt stolarski. 
– Najbardziej żal mi męża, przez to oczko to on się załamie – mówi szeptem Barbara Lizakowa. Pięćdziesięcioletni Antoni Lizak siedzi na pieńku przed domem. Pali papierosa za papierosem. Nie może oderwać oczu od zniszczonego skalniaka w ogródku i miniaturowego żurawia. Gasi papierosa, wstaje, podchodzi do oczka wodnego. A tam tylko beton i ani jednego pstrąga. – Oczko to było moje hobby, mogłem godzinami patrzeć na pstrągi – mówi. – Inni do restauracji, a ja w ogrodzie, bo nie piję, chyba że w domu. 
Antoni Lizak wracał wieczorami z pracy – pracuje ciężko, jest murarzem – i przez trzy lata, dzień w dzień, ,,komponował ogród”. Skalniak, żuraw, no i oczko, z którego był dumny, bo wieś zazdrościła mu ,,zdolności”. W każdą niedzielę łapał pstrąga i mówił do żony: będzie grill, proszę mi rybkę przyprawić! 
Kompozycję i oczko woda zniszczyła w kilka chwil. Przez dwa dni Antoni nie wyszedł do ogrodu. – Ale wszystko odbuduję. W życiu wszystkiego sam się dorobiłem: od łyżki do talerza, nikt mi nic nie dał, ani ojce ani teście. Nie załamię się, bo nie lubię się załamywać. Taki jestem, rąk nie opuszczę, k..., tylko splunę w łapy i do roboty – powiada Lizak i pokazuje ręce, całe w pęcherzach. – Nie narzekam, inni są bardziej pokrzywdzeni. Czuję się młody, wszyscy mówią: ty, Antoni, ciągle masz osiemnaście lat. A powódź? Chciałbym jakichś słów delikatnych użyć, ale jakich? Przez tę powódź jest mi tak przykro, że... 
– Antoni, człowiek jest twardszy od żelaza i więcej zniesie – przerywa żona. – Siedem pogrzebów mieliśmy w dwa lata. To była tragedia, nie? Albo jak nam dziecko w wannie utopiło się osiem lat temu! To co, powodzią się będziemy przejmować? 
Antoni kiwa głową: – Wszystkie maszyny w warsztacie i gospodarstwie zniszczone – zaznacza. – Nikt mi grosza nie zwróci, ale zaharuję na nie tymi rękami. Odbuduję. Chałupy się nie wyrzeknę, stoi na ziemi ojców. A za miesiąc tu sobie pogrilujemy, na tarasiku przy oczku. A żonie zawsze powtarzam: aby nie nerwowo!

*
W Makowie też nikt się nie spodziewał kataklizmu. Księży Potok był zawsze płytką strugą. W tamten dzień Stanisław Rapacz z Kościelnej dziwił się tylko, że środkiem ulicy płynie mętna woda: – Gdybym wiedział, że to przerwany strumień, może zdążyłbym uszczelnić drzwi. 
Woda wystąpiła z koryta i popłynęła przez ulicę Źródlaną i Kościelną, potem przez Rynek. Na Rynku nie wyrządziła wielkich szkód, bo rozlała się szeroko po placu i niżej położonych ulicach, ale wąska Kościelna i Źródlana zamieniły się w dno potężnej rzeki. Środkiem „rzeki” spływały samochody. 
Skutki usuwa się do dziś. Woda zalała mieszkania na wysokość co najmniej pół metra. I obaliła płoty, które oddzielały skłóconych sąsiadów. – Płoty są już niepotrzebne – mówi pani Zofia z Kościelnej – ludzie zapomnieli o starych kłótniach i się wspierają.
Większość sprzętów domowych trzeba wyrzucić – są zawilgocone i śmierdzą. Ludzie boją się epidemii i choć stosowano dezynfekcję, choroby zakaźne są tu częstym tematem rozmów. 
W dzień kataklizmu pani Zofia była w domu sama, bo mąż pracuje w Austrii. Przyjechał dopiero dwa dni później. Teraz usuwa szlam z piwnicy i podwórka. Wszyscy tu pracują na okrągło, ale końca pracy nie widać, choć przysłano im sprzęt, spychacze i traktory. Mieszkańcom pomagają ochotnicy spod Bielska. 
Janina Piaseczna straciła wszystko. Sąsiedzi pomogli jej uciec z mieszkania – była sama, bo syn wyjechał akurat do Wrocławia. Uciekając, nie zdążyła nawet pomyśleć o butach, chwyciła tylko telefon komórkowy, sto złotych i... pilot od telewizora. 
78-letnia Janina Piaseczna ubezpieczyła mieszkanie, ale nie wie, czy otrzyma przyzwoite odszkodowanie, bo dotąd nie dotarł rzeczoznawca z PZU. A ona dawno usunęła niektóre zniszczenia i boi się, że kiedy pojawi się PZU, powie, że Janina fantazjuje, a straty są niewielkie. Podobne obawy mają właściciele samochodów: czekają na przedstawicieli firm ubezpieczeniowych. Na razie bez powodzenia.
Pani Zofia przechowuje w kuchni kilka obrazów należących do Janiny Piasecznej, która musiała wynieść je z domu. Oparte o ścianę stoją więc: maki w wazonie, portret przedwojennej piękności, Chrystus Ukrzyżowany ŕ la Grünewald i podobizna cierpiącego Papieża. – Nie kupiłby pan portretu Ojca Świętego? Taka bieda spotkała kobietę, że wszystko chce sprzedać, ale kto dziś kupi w Makowie obrazy?
Pani Zofia nie krytykowała sąsiadki, że ta chce sprzedać święte obrazy. – Mamy tu naszą Opiekunkę Rodzin, cudami słynącą, jest z nami od wieków i zawsze uciekamy się pod Jej obronę. 
Wizerunek Matki Bożej Makowskiej znajduje się w pobliskim kościele. Jan Paweł II koronował obraz na krakowskich Błoniach w 1979 r., o czym przypomina tablica na fasadzie świątyni.

*
Ksiądz Stanisław przybył do Makowa z podbielskiej wsi Kozy. Gdy usłyszał o powodzi w Makowie, zaapelował do parafian, aby pomogli ofiarom. Kilkudziesięciu parafian z Kóz od kilku dni pracuje zatem na Kościelnej i Źródlanej. – Nic nadzwyczajnego, to nasz obowiązek – mówi ksiądz. 
Rozmowę z ks. Stanisławem przerywa przyjazd pary dwudziestolatków. – Gdzie możemy przekazać kołdry i żywność – pytają. – Do domu kultury, tam się wszystko przyjmuje i rozdziela – odpowiada ksiądz. – Pójdę z wami, bo zdaje się, że trzeba pomóc Domowi pomocy dla psychicznie chorych. 
Pomoc nadchodzi nie tylko od społeczeństwa. Wojewoda przekazał dla Makowa 255 tys. zł. Wanda Oleńczak, dyrektorka Ośrodka Pomocy Społecznej, chce nazajutrz wypłacić pieniądze dla dwudziestu najbardziej poszkodowanych rodzin. W kolejce czeka następnych pięćdziesiąt. Jedni otrzymają więcej, inni mniej – w zależności od strat. 
Pani Oleńczak pokazuje pismo od szefa Kancelarii Premiera: górna granica zasiłku nie może przekroczyć 6000 zł, średnio każda rodzina powinna otrzymać 4000, ale według szacunków Ośrodka średnia zasiłku wyniesie 3000 zł albo mniej – jeśli poszkodowanych będzie więcej niż się dziś oblicza. Są jednak pieniądze od innych instytucji, od Papieża i kardynała Macharskiego, są pieniądze od społeczeństwa. Za kilka godzin na kolonie sponsorowane przez gminę z Podkarpacia ma wyjechać piętnaścioro dzieci z Makowa, za parę dni kolejnych trzydzieścioro pojedzie na kolonie ufundowane przez NBP. 
W Makowie każdą poszkodowaną rodzinę odwiedza komisja z urzędu miejskiego. Burmistrz Stanisław Pawlik chce jak najszybciej przekazać pieniądze z budżetu. Pieniądze już dotarły, lecz wypłatę należy starannie przygotować: miasto chce sprawiedliwie dysponować środkami. 
Na zlecenia samorządowców przygotowuje się projekty odbudowy potoków – aby tragedia się nie powtórzyła. 
Burmistrz nie wyobraża sobie odbudowy miasta bez pomocy z zewnątrz: gdyby polegać tylko na własnych środkach, likwidacja skutków powodzi trwałaby 20 lat.

Współpraca: ks. Marek Łuczak

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl