Spory – polemiki

Zachęta jako źródło informacji

STANISŁAW RODZIŃSKI

 

Już wydawało mi się, że życie artystyczne odetchnęło po histerii, którą wywoływała ostatnio w Polsce działalność Zachęty. Już myślałem, że teoretycy sztuki, którzy tak wysoko oceniali koncepcję twórczą wystawy zdemolowanej przez aktora Daniela O., zdążyli odżałować fakt zniszczenia bezcennych fotogramów. Już miałem nadzieję, że nieudolny kicz przedstawiający Jana Pawła II przywalonego kawałkiem kamienia poszedł w zapomnienie. Byłem przekonany, że miłośnicy sztuki zajmą się teraz kolejnym problemem: co zrobić z wieżą Eiffla, którą sponsorzy wystawy impresjonistów zostawiają w Krakowie. A jednak się myliłem.

OBLĘŻONA TWIERDZA?
Przeczytałem ostatnio w „Tygodniku Powszechnym” rozmowę z dwiema historyczkami sztuki, Elżbietą Grabską i Joanną Sosnowską („O Zachęcie, pieniądzach i nie tylko”, „TP” nr 28). Pretekstem do jej przeprowadzenia i punktem wyjścia do ogólniejszych rozważań stały się ostatnie zmiany w Zachęcie oraz przewidywania dotyczące jej dalszej działalności. Rozmówczynie oceniały bieżącą sytuację w sztuce, zastanawiając się nad tym, jak trzeba dziś sztukę finansować, jak ją pokazywać, a wreszcie, jak ułatwić jej odbiór. Akcentem mającym zwrócić szczególną uwagę czytelników stał się „Szał” Podkowińskiego. Zrozumiałem to jak przymrużenie oka w reklamie piwa bezalkoholowego: drogi czytelniku, teraz będzie o sztuce – ten obrazek jest jednak sygnałem, że nawet w porządnym piśmie musimy pokazać coś takiego, by z a c h ę c i ć do lektury o artystach. „Tygodnik Powszechny” nie jest pismem o sztuce. W Polsce w ogóle nie ma pisma, które zajęłoby się dobrze pojętym i właściwie rozumianym upowszechnianiem sztuki. Może właśnie dlatego wszystkie, najbardziej nawet nieprzemyślane opinie mogą być wyrażane bez żadnej obawy. 
Czytamy więc, że Zachęta spełniła swoje zadanie, organizując wiele wystaw artystów polskich. To prawda. Ale mówiąc o tym, nie wypada za jednym zamachem wymieniać Cybisa i Tarasewicza, Bałki i Gierowskiego. Nie można wrzucić ich razem do worka z nadrukiem „XX wiek” i stwierdzić, że „to lista w dużej mierze wyczerpana”, a tylko związki zawodowe artystów polskich, liczące kilka tysięcy członków, naciskają, aby każdy miał wystawę w Zachęcie. Zacne panie wyraźnie przesadzają. Mówią o „zawodowych związkach artystów polskich” jak o nowej formie Samoobrony, która wymusza coś na oblężonej niczym twierdza Zachęcie – świątyni sztuk. A przecież zawsze i w każdym środowisku znajdą się tacy, którzy mają zbyt dużą pewność siebie. Również wśród historyków sztuki. Gorzej, że czytelnik może odnieść wrażenie, iż lista istotnych postaci w polskiej sztuce współczesnej liczy najwyżej kilkanaście osób.
Tu pojawia się kwestia finansów. Jest to sprawa skomplikowana w całej sferze kultury. Sponsorzy to w Polsce ciągle jeszcze grupa przypadkowych amatorów, którzy powinni mieć możliwość zdobycia wiedzy o sztuce współczesnej w dobrze wydawanym piśmie. Jak dotąd, nie mają takiej szansy. Nie wiem także, dlaczego nie stosuje się u nas sprawdzającego się na świecie systemu odpisów podatkowych, które (może myślę naiwnie) uporządkowałyby ideę wspierania sztuki i kultury przez wielki przemysł, handel i banki. Poszukiwanie sponsora, który wesprze finansowo projekt wystawy, sympozjum czy spektaklu to nadal zwyczajna żebranina. Podobnie jest w szkolnictwie artystycznym. Jeśli studenci – stażyści międzynarodowych programów szukają środków, by zwiększyć nieduże stypendia europejskie, potencjalni sponsorzy odpowiadają zazwyczaj z rewerencją, cytując historię ASP i kończąc list informacją, że ich strategia na ten rok nie przewiduje takiej pomocy.


CO Z MINISTERSTWEM?
Znając problemy instytucji kulturalnych w Polsce, trzeba rozumieć niezależność Zachęty jako takie działanie, które zachowując artystyczny sens, mogłoby równocześnie liczyć na finansowe wsparcie. Tu jednak pojawiają się ważne pytania. Czy wolno uzależnić się od sponsora? Albo od ministra, który chce mieć po prostu „święty spokój”? Jakich argumentów użyć, rozmawiając np. z radnym? Wszystkie te kwestie zawierają się jednak w pytaniu o miejsce kultury w życiu społecznym. Chodzi przecież o wyobraźnię ministra, radnego lub sponsora, którzy powinni postrzegać sztukę jako obszar wartości, a nie rewię mód, jako możliwość wielkiej edukacji społecznej, a nie sensację epatującą wystawami, na których zwykły człowiek czuje się po prostu oszukany i ośmieszony. Tym dziwniejsze staje się więc pytanie postawione na końcu opublikowanej w „Tygodniku” rozmowy: „czy potrzebne nam jest w ogóle ministerstwo kultury?” Ciśnie się na usta odpowiedź: oczywiście nie. Po co płacić urzędnikom, po co utrzymywać sztaby doradców, samochody, telefony? Przecież to i tak nic nie daje. Tylu ministrów się zmienia, i co z tego? Jeden nie tylko zwolnił dyrektora Zachęty, ale i sam podał się do dymisji.
Jeśli odpowiedź ukryta w postawionym przez „Tygodnikowych” rozmówców pytaniu dotyczy likwidacji ministerstwa kultury, należy w tym akurat momencie uznać to za naiwne poszukiwanie środków tam, gdzie ich nie ma. Sugestia likwidacji ministerstwa kultury zdaje się, by użyć porównania z zakresu historii sztuki, zjawiskiem z kręgu sztuki naiwnej, zwanej również nieprofesjonalną. Inaczej byłoby, gdyby tego typu pytania rzeczywiście rozpoczynały jakąś merytoryczną dyskusję. Teraz należy się raczej zastanowić, dla kogo mają działać Zachęta, muzea narodowe, publiczne galerie i salony wystawowe. Czym i kim wypełnią się sale muzealne i galerie, gdy opadnie już fala snobizmu i ciekawości wywołana wystawą impresjonistów?
Można by odpowiedzieć: członkami związków zawodowych plastyków, studentami szkół artystycznych, historykami sztuki, licznym gronem pracowników instytucji kulturalnych. I brzmiałoby to pewnie zabawnie, gdyby nie fakt, że w Polsce nie istnieje żaden przemyślany i długofalowy program edukacji w zakresie kultury i sztuki. Kiedyś w szkołach podstawowych uczono wychowania plastycznego i muzycznego. Wypracowany przez lata system kształcenia nauczycieli tych przedmiotów pozwalał mieć nadzieję, że edukacja – oparta na propedeutyce wiedzy o sztuce i procesie twórczym dzieci – powoli zacznie przynosić efekty. Wokół panowała peerelowska szarość. Szaro-bure podręczniki były jednak mądre i przemyślane. Pojawiali się dobrzy, z trudem kształceni nauczyciele. W latach 70., w ramach poprawiania oświaty, powstały nowe przedmioty: „muzyka” i „plastyka”. Protestowali przeciwko temu m.in. nauczyciele – członkowie Związku Polskich Artystów Plastyków. Pomimo głosów krytyki wyeliminowano jednak spory procent spontanicznej twórczości dzieci na rzecz „kształcenia umiejętności”. Było gorzej, ale przynajmniej przedmiot nadal istniał i nadal kształcono nauczycieli. Uczono go nie tylko na poziomie podstawowym; także w liceach ogólnokształcących można było wybrać muzykę albo plastykę. Dynamicznie rozwijało się wyspecjalizowane szkolnictwo podstawowe i średnie. Nie przesadzam twierdząc, że ponad połowa wybitnych twórców sztuki polskiej to absolwenci tych właśnie szkół.
W zreformowanej niedawno szkole podstawowej pojawił się przedmiot „sztuka”, zastępujący dotychczasowe formy wychowania estetycznego. Powstała karykatura przedmiotu, którego nie ma kto uczyć. Na wyższych uczelniach nie ma przecież kierunku „sztuka”, a jedynie różnego rodzaju kierunki muzyczne lub plastyczne. „Pani Zosiu, skoro skończyła pani Instytut Wychowania Plastycznego, to na pewno zaśpiewa pani tę piosenkę lepiej niż Kasia Kowalska”. „Panie Józku, jest pan absolwentem studium pedagogicznego Akademii Muzycznej, ale przecież umie pan narysować kwiatki, i wie pan, że van Gogh to wariat”. Tak chyba będą zatrudniani nauczyciele nowego przedmiotu. Trudno więc o kompetencję. Fakt, że ktoś jest muzykiem, a ktoś inny plastykiem, nie oznacza bowiem, że będzie on w stanie nauczyć przedmiotu łączącego obydwie te sfery. Takie myślenie jest po prostu szkodliwe, co więcej, niebezpieczne dla przyszłości kultury. 

NIE TYLKO TABLICA
W rozmowie o Zachęcie nie ma ani jednego słowa na temat pracy edukacyjnej tej galerii. Naprawdę, nie chodzi o to, aby obok kiczu Cattelana postawić tablicę i wyjaśnić, o co chodzi artyście. Ojciec Mień napisał jeszcze w ZSRR książkę, w której wyjaśniał, co to jest krzyż, kim jest wiszący na nim Człowiek oraz zgromadzone wokół niego postaci. Taka była potrzeba duszpasterska w państwie przymusowego ateizmu. Ale to są dwie różne sprawy. Umieszczona przy rzeźbie Cattelana tablica mogłaby być zaledwie dodatkiem – wyraz i charakter dzieła, zawarte są w nim samym, jeśli posiada ono wartość. Obok „Myśliciela” Rodina nie trzeba stawiać planszy tłumaczącej, o czym myśli podparty mężczyzna. We wstrząsającym eseju-opowiadaniu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego „Rok Święty” czytamy o wchodzącym w Trzecie Tysiąclecie Ukrzyżowanym Papieżu. Nie ma potrzeby, by krytyk uzupełniał wyjaśnieniami sens tekstu i interpretował myśl pisarza. „Szał” Podkowińskiego wywołał też zupełnie inny skandal niż ten sprowokowany przez Cattelana. „Szał” był naiwnym poszukiwaniem odbiorcy, śladem udręki zagubionego artysty. Postać Jana Pawła z kamieniem i dziurą w suficie to kicz bez sensu, siły wyrazu i przekonującej ekspresji. 
W zachodnich muzeach widzimy dzieci i młodzież, osoby niepełnosprawne, nawet niewidome. Wszyscy korzystają z sal edukacyjnych, tanich wydawnictw, kształcących pamiątek. U nas działania takie ciągle są jeszcze nieskoordynowane, przypadkowe, a jeżeli nawet prowadzone regularnie – jest ich za mało. Nie wspominam już nawet o poświęconych sztuce filmach emitowanych po północy, ani o albumach w cenie kilkuset złotych. Dla kogo? Na tym tle spory wokół Zachęty, dyskusje o światowym zasięgu twórczości Katarzyny Kozyry, snobistyczne informacje o naciskach politycznych podczas weneckiego biennale wyglądają mizernie. Nie sądzę też, by interesowały kogokolwiek poza tymi, którzy mają na wszystko receptę i mądre rady. Wystarczy posłuchać, co mówią do siebie młodzi ludzie na ulicy. Zauważyć zabytki zniszczone przez awanturników, dla których mur wawelski jest wyłącznie polem do dewastacji. Przypatrzeć się zabawkom, które od początku tworzą brzydki, prymitywny świat patologicznego koloru i deformacji.
Każda epoka ma swoje mroki i światła. Niepokoi jednak brak przemyślanej, przewidzianej na lata pracy edukacyjnej. Poprzez dom, szkołę, uniwersytet powinna ona docierać do każdego, uświadamiając mu, jak potrzebna jest wyobraźnia i czułość, uważne patrzenie i dystans, poczucie humoru i autoironia, oddanie i żarliwość. Bez świadomego i powszechnego włączenia kultury w codzienność społeczną pogrążymy się w bylejakości i barbarzyństwie. O naszym znaczeniu w Europie długo jeszcze nie będą decydować nowoczesne samochody ani bojowe odrzutowce. To, co nas wyróżnia, to Norwid i Malczewski, Wojtkiewicz i Czapski, Madonna z Krużlowej i Boznańska, Kraków, Sandomierz, Biecz. Czas pokaże, kim dziś jesteśmy. A biegnie on nieubłaganie.

Stanisław Rodziński


Autor jest malarzem, rektorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W dyskusji o Zachęcie opublikujemy wkrótce głos Andrzeja Pieńkosa.

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl