Dzieje głupoty: ciąg dalszy...

Uciechy statystycznego Polaka

JOANNA OLECH

 

Zwycięski pochód głupoty w prasie i telewizji spędza sen z powiek prostego magistra. Obrażony upadkiem kultury magister chwyta za pióro i nie pytając o zgodę bardziej do tego powołanych – upomina się o szacunek dla elit. 
To, co tak irytuje magistra w reality shows to naruszenie inteligenckiego terytorium. Oto do mediów wdzierają się profani, ignoranci, okupują nasze poletko i na dodatek w zabiegach o przychylność widza wygrywają o kilka długości. Ludzie, których nie zaprosilibyśmy do domu z obawy, że wyżłopią nam Ballantine’a i wyniosą srebrne łyżeczki – przyszli nieproszeni i rozpierają się na naszej kanapie. Ilekroć widzę pana Miecugowa, który legitymizuje swoją inteligencką gębą ten żałosny show – myślę: „Biedaku, kręcisz bicz na własny tyłek”. Dlaczego ludzie z dziennikarskim dorobkiem (Grzegorz Miecugow), czy niekwestionowanymi zasługami dla kultury (Jacek Santorski) uczestniczą w tym cyrku, robią klakę jednodniowym bohaterom, organizują spontaniczny entuzjazm? Otóż myślę, że siedzimy w pułapce naszego dobrego wychowania i inteligenckich skrupułów. Mamusia mówiła, żeby nad nikogo się nie wynosić, nie oceniać pochopnie i broń Boże, nie ranić niedowarzoną oceną. Żyjemy w inteligenckich gettach, hołubiąc w sobie przekonanie, że nasi prości sąsiedzi, którzy tłuką żony po wódce, a potem hałaśliwie się z nimi godzą za cienką ścianą – to w gruncie rzeczy dobrzy ludzie, którzy mieli pecha urodzić się w takim, a nie innym środowisku. W wyścigach o komfort życia, dobrą pracę, standard mieszkań i samochodów – pierwsi dobiegamy do mety. W grze, której reguły poniekąd sami ustalamy (bo to my i nam podobni, sprawujemy władzę) – inteligent do tej pory wygrywał. 
Rodzima telewizja od samego początku realizowała inteligencki model wartości. Rzecz jasna, nie była Dziewicą Orleańską, czyniła nieustanne koncesje na rzecz rządowej propagandy, wystawiała na próbę nasz zdrowy rozsądek, ale we wszystkich sferach pozapolitycznych mówiła głosem inteligenta. Pełniła funkcje edukacyjne z zapałem wiejskiej nauczycielki. W czasach, kiedy dyrektorskie stanowiska powierzano przodownikom pracy – telewizję niezmiennie robiły wykształcone mądrale. Światli i wykształceni sypali perły swojego ésprit przed górników i prządki. W Polsce drelichowej Irena Dziedzic i Lucjan Kydryński (oboje jakby wyjęci z ziemiańskiego dworku) kształtowali nasze wyobrażenia o elegancji i szyku. Nawet najwięksi entuzjaści sojuszu ludu pracującego miast i wsi przystali na tę niepisaną umowę, że telewizja jest sprawą „docenta”, a nie „pana majstra”. 
Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tę zasadę nazwać uzurpacją. Aż do dziś. No bo ilu nas jest? Nas – inteligentów. Siedem procent? Dziesięć? I niby dlaczego mielibyśmy zawłaszczać wspólne, narodowe dobro, jakim są elektroniczne media opłacane ze wspólnego budżetu i abonamentów? Być może prosty, szary obywatel (ulubiona figura retoryczna demagogów) powinien odebrać uzurpatorom to, o co nawet komuniści nie odważyli się upomnieć w imieniu prostego człowieka. Cała telewizja w ręce tych, dla których pytania audiotele są intelektualnym wyzwaniem!
Ja nie szydzę, ja płaczę!


Docenta za pysk
To jest problem, z którym naprawdę trudno mi sobie poradzić. Wszystko wskazuje na to, że lud chce telewizji plebejskiej, wręcz knajackiej. Podążając za badaniami oglądalności „docenci” z Woronicza starają się sprostać oczekiwaniom gawiedzi. Nigdy jeszcze formułka „klient nasz pan” nie była tak bliska realizacji. Od rana do nocy możemy odpowiadać na głupie pytania za grubą forsę, seplenić z Dańcem i tańczyć na rurze z Miss Podlasia. Mama uczyła, że trzeba szanować prostego człowieka, ale nie mówiła, że to będzie tak trudne!
Przez 40 lat oglądaliśmy proletariusza wykrochmalonego – media kreowały wizerunek przeciętnego Polaka, docenci majstrowali przy nim przerabiając go na swoje podobieństwo. Z pomocą inteligenckich sztuczek „prosty człowiek” monumentalizował się, piękniał, stawał się szlachetny w swojej surowej prostocie, jak kamienni herosi z Pałacu Kultury. Literaci przyprawiali skrzydła szoferom i spawaczom. Książki Hłaski i Nowakowskiego, filmy Kluby i Leszczyńskiego oferowały nam wizerunek plebejusza – mędrca bez matury, który pod chropawą powłoką skrywa gołębie serce. Z kolei dokumentaliści zapisywali skromne, jednostkowe losy swoich proletariackich bohaterów, ale i tu kamera nie była bezstronna. Zarówno wybór podmiotu, jak montaż, sposób filmowania – stanowił inteligencką interpretację, podsuwał pożądane wnioski. Proza przepuszczona przez głowę dokumentalisty staje się liryką lub dramatem, zyskuje nową wartość. Sztuka beatyfikuje prostaka. Uwznioślonego prostaka łatwo było kochać.
I mnie wydawało się, że kocham!
Starannie unikam wynoszenia się nad innych, tępię u dzieci przejawy pychy, nie pozwalam im protekcjonalnie odnosić się do słabszych (w każdym znaczeniu tego słowa), szukam usprawiedliwień dla dresiarzy i ćwierćinteligentów... Codziennie karcę się za hołdowanie stereotypom. Naprawdę się staram. Słowa „plebs” i „motłoch” są na indeksie w naszym domu. Ale już dłużej nie mogę. Nie uporam się z tym, co czuję, nie dzieląc na „my” i „oni”. 
W Big Brotherze zobaczyłam prostego człowieka bez make up’u. Po pierwsze, chciał tu przyjść. Tym samym już mi podpadł. Za tę skwapliwą gotowość wyzbycia się wszelkiej intymności w wyścigu do kasy. Po drugie, okazał się płytki i nudny, na dodatek trochę cham. Ten prosty człowiek to grubaska narzucająca się panom ze swoimi karesami i kwitująca każde wydarzenie wykrzyknikiem „ja pierdzielę!”... to facet, który do współuczestniczki programu mówi „zamknij ryj!”, po czym pozwala jej uprać swoje majtki i skarpetki... to panna opowiadająca przed siedmiomilionową widownią o swojej inicjacji seksualnej – beznamiętnie i wulgarnie... Jeśli tak wygląda przeciętny Polak, którego kazała mi szanować mama, to ja odmawiam! 
Wczoraj włączyłam „Amazonki”. Co chwilę z irytacji wybiegałam do kuchni. Wszystkie dowcipy o blondynkach wydały mi się szczerą prawdą. Od patrzenia na te puste lale boli mnie Płeć!
I co z tego, że moi znajomi myślą podobnie? Nie możemy przestać gadać o „telewizji dla głupków”. Międlimy na okrągło reality shows z poczuciem winy, że międlimy. Chcielibyśmy skwitować temat wyniosłym milczeniem, ale nie umiemy. Dlaczego obchodzi nas to, co nie powinno, bo nie dla nas jest przeznaczone? 
Być może dlatego, że przeczuwamy Zmierzch Inteligentów, którego zwiastunem jest medialna inwazja głupoty. Koniec sojuszu jajogłowych z proletariuszami. Za chwilę „pan majster” weźmie „docenta” za pysk. I jak to w historii bywało – „docent” mu w tym pomoże. 


W objęciach burdelmamy
My, oświeceni demokraci, którzy maturę zdawaliśmy z niedoli chłopa pańszczyźnianego, prędzej sobie język odgryziemy niż przyznamy, że nam się Lud przestał podobać. Uszy mamy nastrojone na „vox populi” i nadal wierzymy, że to „vox Dei”. Większość narodu chce zgłupieć – może to większość ma rację? Weźmy pod lupę gusty większości i zrewidujmy nasze burżuazyjne, inteligenckie nawyki. Złóżmy samokrytykę. Na początek oddajmy Manueli okładkę „Wysokich Obcasów” i napiszmy, że Big Brother jest O.K.! 
I tu mały kłopot – przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka – z rozpędu umyliśmy Manueli głowę, ubraliśmy ją w ciuchy od „Morgana”, trzy wizażystki pracowały nad tym, żeby ta pyzata buzia wyglądała ślicznie. Na dodatek dwójka inteligentnych dziennikarzy tak umiejętnie przeprowadziła wywiad, że żaba zamieniła się w królewnę. Królewna zna angielski i drapie się tylko wtedy, kiedy ma alergię. „Aleście to zajebiście zrobili! Ja pierdzielę!” – powiedziałaby żaba. 
„Gazeta” czmycha z tonącego okrętu inteligentów?... Pora umierać! Zakopuję mój dyplom w ogródku i od jutra trenuję głośne czkanie. 
Pół biedy, gdyby nowa, głupsza telewizja obrażała jedynie nasz dobry smak – gorzej, że ona podmywa fundamenty inteligenckiego systemu wartości, upowszechniając wizję „świata bez zasad”. Wszyscy wiemy, że „nominacja Wielkiego Brata” to tylko eufemizm, za którym kryje się „selekcja”. Ulubieńcy masowej widowni za przyzwoleniem i zachętą mediów grają w nielojalność, zakłamywanie uczuć, hipokryzję... Bardzo im przykro... jakoby, ale odsyłają w niebyt wczorajszych kumpli. Reguła B.B. jest łajdacka, co z tego, skoro w sękocińskim raju nikt tego nie powie wprost. Można syfilis nazywać niedyspozycją, dopóki postępy choroby nie wyślą „niedysponowanego” na Powązki. 
Telewizja, Wielki Wychowawca, za sprawą naszych rodzicielskich zaniechań obdarzona ogromną siłą oddziaływania, zaczyna deprawować swoich wychowanków. Stawia ich w sytuacji niemoralnych wyborów. Niczym w słynnym eksperymencie Zimbardo, gdzie prowadzący, uzbrojeni w swój naukowy autorytet zachęcali studentów psychologii do odgrywania ról „klawisza” i „więźnia”. Wyposażeni w narzędzia tortur „klawisze”, umotywowani przez autorów eksperymentu, nadużywali swej władzy dotkliwie karząc więźniów i zadając im fizyczne cierpienia. Jesteśmy tak długo przekonani o naszych moralnych kwalifikacjach, dopóki nikt nie wystawia ich na próbę. Telewizja, która szczuje swoich głupich podopiecznych do działań niemoralnych, czy tylko moralnie wątpliwych – sama się degraduje do roli burdelmamy. Z takiej telewizji inteligenci powinni czmychać jak zające. Niech sobie dłubiący w nosie robią programy dla dłubiących w nosie, a bekający dla bekających. Ale bez nas!


Statystyczne przywary
Uwiąd kultury wysokiej czyni z nas frustratów. Po raz pierwszy doświadczamy uczucia wykluczenia. Odebrano nam nasze inteligenckie zabawki – przywilej ustalania standardów, kształtowania gustów, bliskość dworu, miłe dla ucho słowo „elita” i, wstyd się przyznać – grzeszne poczucie wyższości. Wszystkie te przyjemności, które wydawały się dane nam na zawsze – padły łupem „statystycznego Polaka” z jego statystycznymi przywarami. 
Czy to jest zemsta prostaka? Czy odebranie wykształconym elitom rangi jest aktem sprawiedliwości społecznej? Odwetem za kompleksy suwnicowego oglądającego „Ogród Sztuk”?
Być może media, pieszcząc przeciętniaka fundują mu seans psychoterapeutyczny, który wyleczy go z kompleksów. Pozostaje pytanie czy wyleczone kompleksy plebejusza plus frustracja wykształconych elit przełożą się w konsekwencji na pożądane skutki społeczne? W moim przekonaniu – nie! Zawieranie kompromisów z ludźmi, którzy od kultury oczekują, że będzie ich kokietować i gilgotać – może nam przynieść kulturową i cywilizacyjną zapaść. Kłopot w tym, że sami „docenci” nie mogą zgodzić się co do tego, co jest kompromisem, a co nim nie jest. Niezbywalnym elementem etosu inteligenckiego jest wolność. Stąd wszelki instytucjonalny zakaz brzydko pachnie ludziom kultury. Niektórzy reagują wręcz alergią na próby ograniczenia wolności mediów. Innym nie do twarzy w czarnym i obawiają się, że opowiadając się publicznie za światem wartości humanistycznych zostaną zepchnięci do szuflady z napisem „ksenofobia katolicka”. Że takie obawy są uzasadnione niech świadczy artykuł Mariusza Szczygła, który sygnatariuszom listu protestacyjnego w sprawie reality shows przypisał „katolicką podejrzliwość wobec seksu”. A może to tylko inteligencka podejrzliwość wobec skundlenia mediów? 
Profesor Jacek Hołówka w „Polityce” (nr 30/2001) pociesza, że wystarczy przeczekać. Wahadło powróci. Ludzie zobaczą, że zgłupieli i zatęsknią za rozumem. Politycy pojmą, jakie znaczenie dla losów społeczeństwa ma odbudowywanie elit. Oby optymizm profesora okazał się zaraźliwy.

JOANNA OLECH jest autorką książek dla dzieci (m. in. „Dynastii Miziołków”). W „TP” nr 11/2001 opublikowaliśmy jej tekst „Pluszowi zabójcy” o pokemonach. 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl