Komentarze

 


Marek A. Cichocki Zaufanie, które było błędem

Michał Zieliński Prywatyzacja i Pinkerton

Agnieszka Sabor Niemcy, Polacy i Jedwabne

 


 

 




  
 
Zaufanie, które było błędem

Sposób, w jaki niemiecka fundacja rządowa „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość” dokonała wymiany pieniędzy na wypłaty dla polskich ofiar III Rzeszy, jest niegodny. Szef tej fundacji Michael Jansen twierdzi, że warunki wymiany na złotówki 1,35 miliarda marek z tzw. pierwszej transzy uzgodnił z Bartoszem Jałowieckim, szefem Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie (dokładnie: poinformował go.... telefonicznie). Jałowiecki odpowiada, że zgodnie z umową między fundacjami Niemcy mieli podjąć rozmowy o warunkach wymiany – czego nigdy nie uczynili. W wyniku przyjęcia przez niemiecką fundację najmniej korzystnego kursu, poszkodowani w Polsce stracili dotąd ok. 54 mln zł. Zamiast do nich, pieniądze te trafiły do niemieckich banków – w formie prowizji i kosztów ubezpieczenia transakcji. Wcześniej niemieckie firmy, składające się na fundusz odszkodowawczy, też zarobiły na odszkodowaniach, uzyskując odpisy podatkowe od przekazanych sum. Doprawdy, trudno dopatrzyć się w tym dobrej woli Niemców.

Jałowiecki tłumaczy, że dzięki krótkoterminowym lokatom z przekazanych złotówek polska fundacja chciała zaoszczędzić pieniądze na koszty administracyjne, związane z wypłatą świadczeń (koszty te nie byłyby pokrywane z pieniędzy dla ofiar, jak to ma miejsce w innych krajach). Jałowiecki od dawna ma w takich pismach jak „Polityka” czy „Gazeta Wyborcza” opinię schwarzcharakteru, ale czy rzeczywiście można mu czynić zarzut, że nie chciał płacić kosztów administracyjnych z pieniędzy poszkodowanych – i że, przede wszystkim, zaufał niemieckim partnerom? Bo najwyraźniej błędem Jałowieckiego nie było to, że chciał wypłaty w złotówkach, ale że zaufał Niemcom.

Niemiecka ustawa odszkodowawcza mówi wyraźnie o przekazaniu Polsce równowartości ok. 1,8 miliarda marek. Ten zapis został złamany. Sprawa zaszła tak daleko, że prawdopodobnie zostanie rozstrzygnięta w sądzie. Takiego epilogu zapewne nie przewidywał kanclerz Schröder, gdy w 1998 r. proponował polubowne rozwiązanie kwestii odszkodowań dla ofiar III Rzeszy. Urzędnicy fundacji „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość”, podejmując niekorzystne dla nas decyzje, zapomnieli, co mają wpisane w swoją nazwę: przyszłość. Zapomnieli też o tym, co stanowi podstawę wzajemnego zaufania: że umów należy dotrzymywać.

Marek A. Cichocki

 

 

 

 

 

 

 

 

Prywatyzacja i Pinkerton

W tegorocznym budżecie założono, że przychody z prywatyzacji wyniosą 18 mld zł. Kończy się lipiec, a więc 60 proc. roku mamy za sobą i przychody – jak na razie – wynoszą 2 mld zł. I tylko najwięksi optymiści mają jeszcze nadzieję, że zbliżą się one do zaplanowanej kwoty.

O tym, jak te pieniądze są budżetowi potrzebne, wiele mówić nie trzeba. Wystarczy stwierdzić, że jeśli nie wpłyną, to państwu grozi utrata płynności i to nawet w takiej skali, że mogą być kłopoty z wypłatą wynagrodzeń.

Tymczasem wokół prywatyzacji – mówiąc Turnauem – „cichosza”. To znaczy, pani minister skarbu (zwana przez Gabriela Janowskiego – panią Pamelą) co pewien czas coś mówi. I są to wypowiedzi sensowne. Tyle że albo nic z nich nie wynika, albo wynika coś zgoła odwrotnego. Na przykład: zahamowanie prywatyzacji PKO BP i cukrowni. Albo też: przy próbach sprzedaży akcji Skarbu żąda się takich cen, że jedynie przedwojenni pacjenci Kulparkowa we Lwowie mogliby je kupić. Tak było w przypadku dwóch znakomitych firm: Zakładów Azotowych w Puławach i Telekomunikacji Polskiej.

O co tu chodzi? Nie wiadomo. Nie wiadomo nawet, czy tę zagadkę mógłby rozwiązać sam Pinkerton. I to nawet gdyby do pomocy dodać mu: kapitanów Sowę i Żbika oraz posła „007 zgłoś się” Cieślaka. Oczekując na wyniki śledztwa, odnotujmy tylko, że wypowiadane są następujące fantastyczne hipotezy:

– Rząd Jerzego Buzka znajduje się w totalnej rozsypce i nic już nie jest w stanie zrobić. Nawet jeśli są jakieś rozsądne pomysły działań, to ulegają one zaklinowaniu na poziomie KERM i RM;

– Pani Kamela Sowińska postanowiła być jedynym ministrem, którego poseł Pęk nie postawi przed Trybunałem Stanu Gabriela Janowskiego. Dlatego boi się sprywatyzować cokolwiek, a jeśli już miałaby sprzedać państwowego małego fiata, to tylko za cenę Ferrari;

– Pani Sowińska postanowiła kandydować do Sejmu z ramienia którejś z partii antyprywatyzacyjnych, a członkostwo z ramienia wyklucza prywatyzowanie czegokolwiek;

– Pani Kamela Sowińska nie lubi ministra finansów Jarosława Bauca;

– Pani Kamela Sowińska postanowiła kandydować do Sejmu z ramienia SLD, a w tym przypadku członkostwo z ramienia wymaga, aby przychody z prywatyzacji zrealizowane zostały w ostatnim kwartale – kiedy rządzić będzie już zapewne SLD.

Hipotez, jak widać, jest wiele i perspektywy rozwiązania zagadki są mierne. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że kapitanowie Sowa i Żbik postanowili poddać się weryfikacji negatywnej, Pinkerton udał się do Kulparkowa, a 007 tak się zamyślił, że stracił panowanie nad kierownicą i jechał pod prąd.

Michał Zieliński

 

 

 

 

 

 

 


Niemcy, Polacy – i Jedwabne

To prawda, że na niedawnych uroczystościach w Jedwabnem zabrakło zarówno biskupów, jak i miejscowego proboszcza. To prawda, że dla części mieszkańców miasteczka przybyli zewsząd goście byli jedynie intruzami, naruszającymi ich spokój i dobre imię. To prawda, że wielu z nas nie potrafi lub nie chce poradzić sobie z faktem, że w polskiej historii oprócz bohaterstwa i męczeństwa były także zbrodnia i wina. To wszystko prawda, z którą musimy się zmierzyć.

Jednak równolegle do tych polskich zmagań (choć w bezpośrednim z nimi związku) dochodzą z Niemiec niedobre sygnały. Przykładem niemieckich reakcji na ostatnie wydarzenia w Polsce był opublikowany niedawno w „Der Spiegel” (mającym sześć milionów czytelników opiniotwórczym tygodniku) reportaż z uroczystości w Jedwabnem – histeryczny, niesprawiedliwy, nietaktowny, utrzymany w tonie o wiele ostrzejszym niż większość relacji izraelskich i amerykańskich. A nie jest to sygnał jedyny. Podobne, pojawiające się ostatnio w Niemczech głosy budzą zrozumiały opór wśród Polaków, utrudniając jakąkolwiek rozmowę. Sprawiają, że niemieccy czytelnicy takich tekstów na międzynarodowym seminarium w Krakowie przerywają wykładowcy, mówiąc, że jego opowieść o kilkuset latach żydowskiej historii na ziemiach polskich to manipulacja, która ma służyć „ukryciu prawdy” o Jedwabnem i nie tylko. Wypowiedzi takie krzywdzą wszystkich, dla których sprawy Jedwabnego, a także Łambinowic czy „Akcji Wisła” są ważne – przedstawicieli polskiego państwa, Kościoła, dziennikarzy, nauczycieli, działaczy samorządowych, zwykłych ludzi. Pozwalają wątpić, czy słowo „dialog” albo „przebaczenie” zostały zrozumiane i przeżyte. Może są jedynie dowodem „politycznej poprawności”?

Niemcy wiele zrobili w ciągu powojennych lat, aby wyciągnąć wnioski ze swej historii i jest to godne szacunku. Ale nie zmienia to faktu, że – właśnie w imię odpowiedzialności za swoją przeszłość – wobec innych powinni teraz po prostu współczująco milczeć. Tymczasem spotkany przypadkowo w dawnym obozie w Birkenau niemiecki turysta-pielgrzym powiedział mi kilka dni temu: „A więc po Jedwabnem okazało się, że my, Niemcy i wy, Polacy, jedziemy na tym samym wózku”.

To nieprawda. Gdzieś zostały zachwiane proporcje.

Agnieszka Sabor

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32, 12 sierpnia 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl