Polak mądry przed szkodą

Z ks. ADAMEM DERENIEM, dyrektorem wrocławskiego „Caritas”, rozmawiają MATEUSZ FLAK i MAREK ZAJĄC

 

 

 

TYGODNIK POWSZECHNY: – Podczas powodzi w 1997 r. kierował Ksiądz akcją wrocławskiego „Caritasu”, a następnie odbudową domów powodzian. Dziś z Wrocławia wyruszają co chwila kolejne tiry z pomocą do poszkodowanych regionów. Czy nauczyliśmy się – my, czyli społeczeństwo, instytucje charytatywne, władze – czegoś przez te cztery lata?
KS. ADAM DEREŃ: – Poprzednia powódź była lekcją surową, ale ważną. Nauczyliśmy się pomagać ofiarom klęsk żywiołowych szybko i umiejętnie. Czyli: skutecznie. Powódź z 1997 r. z początku zupełnie nas zaskoczyła. „Caritas” nie była wtedy przygotowana do działań na taką skalę i w takich warunkach. Ostatnie wydarzenia pokazały, że jesteśmy już zorganizowani. Do zniszczonego ulewą Gdańska wysłaliśmy pomoc na drugi dzień po kataklizmie. Podobnie było w przypadku Kielc, Sandomierza: transporty ruszały prawie natychmiast po komunikatach o powodzi i stratach.
Tak błyskawiczna reakcja była możliwa dzięki zaangażowaniu i ofiarności ludzi – przede wszystkim tych, którzy ucierpieli w 1997 r. Wielu z nich naprawdę ze łzami w oczach przekazuje dziś dary dla powodzian. Rozumieją, jak wielką tragedią i szokiem jest powódź. Dzielą się z tymi, których dziś dotknął ten kataklizm. A zatem i społeczeństwo wyciągnęło dobre wnioski z lekcji roku 1997. Nie słyszy się np. komentarzy, jak cztery lata temu, że we Wrocławiu czy na Dolnym Śląsku ludzie dorobili się na powodzi. 
Wzrosła też aktywność instytucji rządowych i samorządowych – miejskich ośrodków pomocy społecznej, ośrodków gminnych. Poprawił się system ostrzegania przed powodzią. W tym roku ludzie są na czas informowani o zagrożeniu. To daje im większe poczucie bezpieczeństwa, którego nie mieli w 1997 r. Polska nie ma jeszcze takich środków jak kraje Europy Zachodniej, ale na miarę naszych możliwości jesteśmy dobrze przygotowani na wypadek klęsk żywiołowych. A w każdym razie lepiej niż cztery lata temu.
– Polak wreszcie mądry przed szkodą?
– Dziś mamy po prostu doświadczenia, z których można korzystać. Sporo się nauczyliśmy. Tydzień temu byłem w gdańskim „Caritasie”, porównywałem ich działania z naszymi z 1997 r. Okazało się, że popełniają podobne błędy, np. wydają dary bez potwierdzeń. Tłumaczyli, że w obliczu tragedii trzeba ludziom pomagać bez formalności, bo taka jest potrzeba chwili. To samo robiliśmy cztery lata temu. Potem okazało się, że te dary trafiały czasem w niewłaściwe ręce i były rozkradane albo sprzedawane. Sprawą musiała się zająć policja. Poza tym ludzie często po 2-3 miesiącach po powodzi żalą się, że nie dostali żadnej pomocy. Wtedy dzięki dokumentacji można udowodnić, że dostali to, to i to – często więcej niż ci ciężej poszkodowani. 
– Jak ludzie zachowują się w obliczu tak nieoczekiwanego i niezawinionego przecież kataklizmu? Czy Ksiądz podczas powodzi nauczył się czegoś o ludzkiej naturze?
– Człowiek nagle zostaje pozbawiony wszystkiego. Płacze, a nieraz wyklina i wygraża tym, którzy chcą pomóc. Czasami ludzie odrzucają pomoc w odruchu zniechęcenia, marazmu. Stracili wszystko i uważają, że niepotrzebne im jest teraz ubranie, pościel, woda czy żywność. Są i tacy, którzy po powodzi pukają do wszystkich możliwych urzędów i organizacji charytatywnych, by jak najwięcej otrzymać, maksymalnie wykorzystać okazję. Oni szybko otrzymują pomoc. Natomiast ci, którzy sami remontują domy, sprzątają gospodarstwa i nie wyciągają ręki po pomoc, w końcowym bilansie tracą.
Powódź dotyka też ludzi biednych i życiowo niezaradnych. Kiedy zaoferuje im się lepsze warunki – np. we Wrocławiu miasto przekazało powodzianom dość komfortowe mieszkania – oni czasem nie chcą z nich korzystać, bo tam są większe opłaty i „wszystko jakoś inaczej”. Podobnie jest dziś w Gdańsku, gdzie ludziom, którzy mieszkali w zniszczonych przez powódź altankach, oferuje się normalne mieszkania, a oni chcieliby z powrotem zamieszkać w altankach. Samorządy, instytucje rządowe i pozarządowe są w takich sytuacjach bezradne, bo nie wiadomo, jak tym ludziom pomóc.
Problemem są nie tylko przyzwyczajenia, ale i zwykła zawiść. We wsi Kotowice pod Wrocławiem, zupełnie zniszczonej w 1997 r., mieszkało 168 rodzin. Po powodzi rozpoczęliśmy remontować ich domy. We wsi działał komitet, który decydował, które budynki będą remontowane wcześniej (rodziny wielodzietne i osoby niepełnosprawne), a które później. Od początku jednak zapowiadaliśmy, że odnowione zostaną wszystkie domy. Najpierw cała miejscowość podchodziła do tego sceptycznie, ludzie nie wierzyli, że otrzymają tak wielką pomoc. Po wyremontowaniu 10 pierwszych budynków rodziny w nich mieszkające spotkały się z ostracyzmem ze strony pozostałych. Przestano im się kłaniać, zaczęto ich szkalować, doszukiwać się powodów, dlaczego im jako pierwszym wyremontowano domy. Po półtora roku, gdy zgodnie z obietnicą wyremontowane były wszystkie domy, wielu z tych ludzi odczuwało wstyd. Ale i tak znaleźli się tacy, którzy skarżyli się, że u sąsiada położono dwie flizy więcej.
– Katastrofy naturalne podkopują poczucie bezpieczeństwa nie tylko jednostki, ale i społeczności. Ludzie widzą, że w jednej chwili mogą stracić dorobek życia i nikt temu nie jest w stanie przeszkodzić: ani oni, ani państwo. Czy wrocławscy powodzianie nadal żyją w lęku?
– Doświadczenie tragedii, wspomnienie ewakuacji i poczucie bezsilności tkwić będą w tych ludziach do końca życia. W razie pożaru ogień można ugasić, a wobec masy pędzącej wody człowiek jest bezradny. Ustawia worki z piaskiem i patrzy, jak za chwilę płyną z nurtem. Od kiedy na Śląsk docierają informacje o powodzi nad Wisłą, ludzie z niepokojem spoglądają na Odrę. Przypominają sobie rok 1997, na nowo go przeżywają. Dziś można z nimi rozmawiać o tamtej tragedii spokojnie, bez łez. Ale strach nie opuszcza ich świadomości.
– Z czym trudniej walczyć: z lękiem czy marazmem?
– Z marazmem. Pierwsze remonty domów powodzian finansowane były w całości z naszych środków. Ludzie stali i patrzyli, co robią wynajęci przez „Caritas” robotnicy. A kiedy potem np. odpadło gniazdko, dostawaliśmy telefon: „Proszę przyjść i w tej chwili poprawić, bo to »Caritas« remontował”. W tej sytuacji zmieniliśmy taktykę. Powiedzieliśmy: „Państwo też otrzymali jakieś środki, dotacje i proszę teraz kupić np. umywalkę, grzejnik, drzwi”. Gdy ludzie sami kupowali część materiałów, wzrosła ich odpowiedzialność i aktywność. Przestali stać z założonymi rękoma. Tak trzeba działać. Nie można powodzian pozostawić w internacie czy szkole i kazać im czekać. Trzeba ich aktywnie włączyć w odbudowę. 
Można z tego wnioskować, że po zaspokojeniu podstawowych potrzeb należy stwarzać powodzianom możliwości działania, a nie zasypywać ich „gotową” pomocą?
– Trzeba ciągle z nimi współpracować. Zaraz po powodzi ludzie wszystko dostają: mieszkają w internatach, otrzymują posiłki, ubrania. Po kilku tygodniach, bywa, przyzwyczajają się do tego i uważają, że wszystko im się należy. Zapominają, że przed powodzią pracowali, sami sobie kupowali żywność, odzież, dbali o siebie i rodzinę. Czasem zaczynają chodzić po instytucjach, skarżą się w mediach. Twierdzą, że zostali opuszczeni, że nie dociera do nich pomoc. Właściwie dopiero na drugi rok po powodzi, gdy przychodzi wiosna, ludzie ci odzyskują nadzieję, że można wrócić do normalności. Budzi się w nich chęć do pracy i nowe poczucie odpowiedzialności, np. sami umacniają wały przeciwpowodziowe. Tak było po 1997 r.
Tuż po tragedii powodzianie są obiektem zainteresowania mediów i społeczeństwa, napływają tony darów. Z czasem słabnie zainteresowanie, a chyba właśnie wtedy pomoc jest szczególnie istotna?
– Na początku oczy wszystkich są skierowane na kataklizm i ofiary. Później przychodzi ciężki czas: jesień, zima. Wtedy jest ważne, by podać powodzianom pomocną dłoń: dostarczyć materiały, doradzić przy remoncie domu. Ważne, by media wróciły do tych ludzi, pokazały ich dolę, zainteresowały na nowo opinię publiczną, co się z nimi dzieje.
– Potrzebna jest chyba pomoc nie tylko materialna?
– Organizujemy grupy lekarzy, psychologów, pedagogów i zwykłych ludzi, którzy jadą na zalane tereny tylko po to, by porozmawiać i słuchać. Często poszkodowanym chodzi o to, by po prostu opowiedzieć komuś o przeżyciach i problemach. Ważna jest też obecność księży, czy w ogóle ludzi związanych z Kościołem. Podczas obecnej powodzi proboszczowie o każdej porze dnia i nocy są gotowi iść i pomagać, czy słuchać poszkodowanych. Z tych parafii, które nie były dotknięte powodzią, tworzyliśmy grupy ludzi, które docierały do powodzian i po prostu z nimi rozmawiały. 
Czy powodzianie czują żal do Boga? A może, jak w przypadku ostatniej erupcji Etny na Sycylii, wzrasta religijność?
– Kiedy decydowaliśmy, by ograniczyć pomoc w jednym miejscu na rzecz ciężej poszkodowanych, zdarzało się, że ludzie wylewając gorycz pytali, dlaczego Kościół lub ja, ksiądz, zdecydowałem w ten sposób. Mówili, że więcej nie pójdą do kościoła. Jednak kierowały nimi emocje, po pewnym czasie, po refleksji wracali...
– To był gniew przeciw ludziom, nie siłom wyższym?
– Tak. Nie spotkałem się z kimś, kto by przez nieszczęście, które go spotkało, odszedł od Boga. Choć często padały pytania: „Dlaczego ja?”, „Dlaczego mnie to dotknęło?”. Pamiętam rozmowę z trzydziestokilkuletnim mężczyzną, który budował gospodarstwo, wziął 300 tys. zł kredytu, prowadził dużą hodowlę. Miał dosłownie za kilka dni sprzedać część zwierząt i spłacić kredyt. Ale przyszła powódź i wszystko, co miał, zostało zniszczone: świnie się potopiły, zalane urządzenia nie nadawały się do niczego, a on został z długami. W pierwszym momencie miał żal do wszystkich, także do Boga. Później otrzymał pomoc i się otrząsnął. Tak jest w większości przypadków. 
– Nie jest łatwo przekonać ludzi, że będzie dobrze? 
– Bardzo trudno im uwierzyć, że będzie lepiej. Nie wierzą, że otrzymają pomoc, stąd często później zaskoczenie, nawet wstyd. Spotkałem osoby, które potraktowały nas bardzo surowo, nieraz wyzywały, a później, kiedy otrzymały pomoc, wstydziły się tego. Nie możemy oczekiwać aktów wdzięczności. Wyremontowaliśmy ponad 250 domów i tylko jedna rodzina – ojciec z trzema córkami – zdobyła się na gest oficjalnego podziękowania. Częściej ludzie uznawali, że to im się należało. Dlatego tłumaczę naszym pracownikom, że wdzięczność nie jest najważniejsza. Najważniejsze to pomagać potrzebującym. Trzeba pamiętać, że ci ludzie znajdują się w ekstremalnej sytuacji. Nie wiadomo, jak każdy z nas by się w niej zachował. 
Trzeba zachować dystans i zdrowy rozsądek. Nie wystarczy samo miłosierdzie i chęć pomagania bliźnim. Potrzeba doświadczenia i fachowości. To, że udało się nam tak skutecznie pomóc powodzianom z 1997 r., to również zasługa fachowców, np. ekspertów budowlanych.
– Jest więc życie po powodzi?
– Jest.

Z ks. ADAMEM DERENIEM, dyrektorem wrocławskiego „Caritas”, rozmawiali MATEUSZ FLAK i MAREK ZAJĄC

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl