Gdy wody opadają

STEFAN CHWIN

 

Tragedia zaczyna się nie wtedy,gdy wody potopu wzbierają,lecz gdy opadają, lecz mało kto lubi obrazy, w których katastroficznej wzniosłości zbyt wiele znaleźć nie możemy. W ogóle prawda to jest problem dość poważny, śliski, grząski a nawet mulisty i nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić, tym bardziej, że ona w swojej bezczelności zupełnie nie liczy się z pragnieniami czułego sumienia, a na dodatek zwykle jest nieprzyzwoicie prawdziwa, co słusznie napełnia nasze serca melancholią, gdy staje się jasne, że wartości z faktami rozmijają się na wieki. 

*
Na gdańskiej Oruni mieszka mój przyjaciel-malarz, który podczas pamiętnych zdarzeń przebywał w Düsseldorfie. Gdy wrócił, w jego pracowni czarna woda sięgała metra. Większość obrazów, które zostawił pod ścianami, zmieniła barwę do połowy wysokości, ciekawy efekt kolorystyczny, więc od razu doradziłem mu, by zrobił z tych emblematów nieszczęścia wystawę, co przyjął z zainteresowaniem, bo były to emblematy wymowniejsze niż wszystkie hiperbole, jakimi zasypywały nas, zresztą w najlepszej wierze, środki masowego przekazu. Za oknem pracowni, w warzywnym ogrodzie, lśniło rozlewisko, w którym rozkładały się myszy polne, krety, ryby rzeczne, koty, ślimaki oraz jeże, lecz służby miejskie, które cudem ściągnęła moja Żona, rozłożyły tylko ręce, bo żeby wydezynfekować, trzeba osuszyć, a osuszyć się nie dawało, gdyż – jak usłyszeliśmy – układ terenu był niekorzystny. Więc czarną wodę zostawiono w spokoju, by nadal lśniła w słońcu. Nad jabłonkami, co z niej wystawały, coraz intensywniej unosiły się wonie, nasuwające nam, ludziom z niejakim wykształceniem, niewesołą myśl o Styksie. 
Dzień był piękny, jasny i upalny. Zjawiliśmy się na Oruni o dziesiątej. Malarz trochę się zdziwił ujrzawszy nas w drzwiach: „Więc naprawdę chcecie swoje białe rączki ubrudzić?...” Przebraliśmy się w stare ubrania, które przywieźliśmy ze sobą i przystąpiliśmy do pracy. W nieprzytomnym gorącu i smrodzie, który zapewne unosił się nad Ziemią w pamiętnej chwili, gdy biblijna Arka po wielu przygodach znalazła wreszcie zasłużoną przystań na szczycie góry Ararat, wynosiłem z pracowni wiadrami potworną breję, w której pływały pająki, stonogi, strzępy papieru i szmat.
Ale zalana była też biblioteka malarza. Książki na półkach spuchły tak, że rozparły drewniany regał jak szewskie imadło. Aby je wyjąć, musieliśmy użyć siekiery. Pierwszy raz w życiu rąbałem tomy Szekspira, Gombrowicza w opracowaniu Błońskiego oraz „Archipelag Gułag”. Malarz w rozgardiaszu zapomniał mi przypomnieć, że dobrze by było, gdybym się na wszelki wypadek zaszczepił (co on sam uczynił wcześniej), ale i tak znaczenia to nie miało żadnego, bo szczepionek w punkcie sanitarnym zabrakło. Wynosiłem więc potłuczone szyby od obrazów na podwórze, drżąc, co się stanie, gdy się zatnę w palec. Na szczęście szkło mnie oszczędziło.
Trzymając w czarnych od błota rękach mokre obrazy, papiery, zgniłe książki i śliskie od szlamu meble, musiałem przechodzić przez szpaler sąsiadów malarza siedzących na murkach. Miejscowe dzieci starsze i młodsze siedziały tam także, grzejąc się w słońcu i dłubiąc w nosie.
Z nostalgią pomyślałem o moim dzieciństwie. Ach, na sławnej ulicy Poznańskiej każdy kataklizm albo przeprowadzka mobilizowały nas do żwawej pomocy. Zbiegaliśmy się ze wszystkich stron jak muchy do ścierwa, by pomagać starszym w noszeniu wyplatanych z wikliny foteli, pudeł na kapelusze czy krzeseł. Jakże krew młoda grała nam w żyłach! Ileż to krzyków było i nawoływań! Prawdziwe świętowanie dzielnicy! A cóż dopiero pożar! Aż się nam w blasku ognia ręce paliły do napełniania i podawania wiader. 
Tu zaś – szklane oczy, ziewanie i leniwe kopanie gumowej piłki. Szedłem wzdłuż szpaleru Bożych istot siedzących na murkach, tak jakbym przepływał wśród ryb, co na mnie patrzyły niewidzącym wzrokiem. Dorośli popalali papierosa, czochrali się i drapali po plecach, sennie przeklinali służby miejskie, ale nikomu do głowy nawet nie przyszło, że można choć trochę wody z rozlewiska wybrać wiadrami i wylać do rowu melioracyjnego. Rozmawiano o tym, ile rząd zapłaci i jak wypełnić formularz, żeby poskutkowało.
Pocieszałem się, że być może malarza nie lubiano tu jako inteligenta, bo szkody, które poniósł, były inteligenckie w stopniu nieprzyzwoitym, by nie powiedzieć: artystyczno-poetyckie, co mogło drażnić. W całej Oruni wśród stosów rzeczy wyrzuconych z zalanych domów nie dostrzegłem nigdzie książek z domowych biblioteczek. Ja wynosiłem z pracowni malarza hałdy butwiejących tomów, wśród których były nawet tomy poezji, pomagać w wynoszeniu czegoś takiego z czarnego błota na słońce, i to w dzikim upale, byłoby z pewnością nierozsądne i sąsiedzi malarza pojęli to w całej rozciągłości, oszczędzając siły na rzeczy dużo poważniejsze.
Do malarza co jakiś czas dzwonili znajomi z miasta, by zapytać, czy mu czego nie trzeba, potem nawet ktoś przyjechał osobiście, lecz kończyło się na czułych oględzinach szkód, werbalnych pocieszeniach i siatce z żywnością. Po każdej z takich wizyt wracaliśmy do naszej zalanej czarną wodą pracowni i robiliśmy swoje.
Na tym tle ja i moja Żona wyglądaliśmy na absolutne dziwadła, bośmy pomagali malarzowi pracą fizyczną obu rąk. Dlaczego ja się tam znalazłem? Moja Żona jest osobą cudowną, ma duszę w naturalny sposób katolicką i odruch niesienia pomocy jest sercem jej serca. Ja zaś? Nie jestem pozytywnym bohaterem tej opowieści. Ja się tam znalazłem z powodu mojej dumy, a nawet pychy. Znalazłem się tam dlatego, ponieważ wiedziałem na sto procent, że nikt malarzowi nie pomoże pracą obu rąk.. Owszem, z pewnością znajdą się życzliwi, co zrobią składkę, dadzą nawet pieniądze, koce, ubrania, wodę mineralną oraz środki czystości, odwieczny kanon humanitarnej pomocy, ale rąk – konkretnych rąk z dziesięcioma palcami – nikt z nich nie będzie chciał sobie pobrudzić. Co innego, gdyby woda wzbierała. O, w takiej chwili wszyscy by się rzucili do układania worków z piaskiem, wznosząc malowniczą redutę przeciw falom potopu. Ale teraz? Dwa dni po potopie? Gdy fale opadły? Brodzić z meblami w dłoniach w stojących wodach Styksu, gdy upał sięga trzydziestu stopni, a jeżom umarłym, co na tafli wód zastygłych pływają łapkami do góry, brzuchy z sykiem pękają jak dojrzałe kasztany? 
Więc pycha – jeden z siedmiu grzechów głównych – popchnęła mnie ku dobrym uczynkom. A czy pozytywny bohater może kierować się pychą? No przecież nie. Poświęcenie? Współczucie? Miłosierdzie? A skądże! Mnie w takich razach skromną radość sprawia wynoszenie się ponad zdrową przeciętność, co nazwałbym nietzscheanizmem dla początkujących. Zresztą, jak go zwał, tak go zwał, ale co malarzowi pomogłem, to pomogłem, a inni rękami nie zrobili nic. Wracałem wieczorem do domu pod cudownymi światłami upalnej zorzy, która miasto nasze stare opromieniała, mocny, pełen wiedzy radosnej, z prawdziwą jasnością w sercu, patrząc z wysoka na poziomą ludzkość, która, jak nierozsądnie mniemałem, nie stanęła na wysokości zadania, chociaż mogłem po prostu za pieniądze wynająć malarzowi do pomocy fizycznych robotników spośród bezrobotnych, których na Oruni pełno, żeby mu wodę z pracowni wynieśli. No, takie to pewnie proste nie było, bo bezrobotni w wyborze roboty wybredni są nadzwyczaj i nie każdego zajęcia się imają, tym bardziej że woda, o której mówię, była prawdziwie czarna i smrodliwa. 
Tak zatem po raz kolejny w dziejach świata ze zła zrodziło się dobro – bo czyż złem nie jest pycha, ów przymiot prawdziwie szatański, co nam serca zatruwa? – i aż się dziwię Goethemu, że mu się chciało o tej przemianie banalnej zła w dobro pisać tyle patetycznym sposobem w „Fauście”, wkładając w usta Mefistofelesa cudownej piękności aforyzmy, które wszyscy podziwiać będziemy aż do nieuniknionej śmierci. 
Bibliotekę gnijącą malarza wynieśliśmy na suche miejsce przed domem i rozłożyliśmy na drewnianych paletach. Niech wyschnie. Może coś ocaleje. Nazajutrz malarz zadzwonił, że pod jego nieobecność służby miejskie, by dojechać do śmietnika przez rozlewisko błotniste, ułożyły sobie ze schnących w słońcu tomów Cervantesa, Kafki, Mickiewicza i Sofoklesa „suchy” przejazd i rozjechały na miazgę zadrukowany papier.

Stefan Chwin
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl