Długi cień berlińskiego Muru – 40 lat po jego budowie

„Kto pluje na przeszłość”

JOACHIM TRENKNER z Berlina

 

Na początku były plotki. Krążyły uparcie po mieście, w tamto gorące lato roku 1961. Ktoś zasłyszał, że komuniści z „zony”, czyli z NRD, przygotowują znowu jakieś złośliwe szykany wobec Berlina Zachodniego. Niepewność odczuwano powszechnie. Konferencja prasowa Waltera Ulbrichta, przewodniczącego komunistycznej SED (Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec) wywołała dodatkowe zamieszanie. „Nikt nie ma zamiaru budować jakiegoś muru” – skłamał Ulbricht, a jego dementi zabrzmiało jak potwierdzenie. Wtedy po raz pierwszy padło słowo „mur”. Jednak wtedy jeszcze nikomu nie mogło pomieścić się w głowie, że tak wielkie miasto jak Berlin może zostać rozdzielone. Ale lęk z dnia na dzień stawał się coraz bardziej odczuwalny. I znowu wzrosła liczba uciekinierów z NRD, którzy wolność wybrać mogli tylko w jeden sposób, uciekając do Berlina Zachodniego – jeszcze wystarczyło wsiąść w metro i przejechać kilka stacji dalej.
A potem nadszedł 13 sierpnia, ciepła niedziela. Kiedy berlińczycy obudzili się rano, ich świat był już inny: w ciągu jednej nocy brutalnie przecięty, rozpadł się na dwie części, rozdzielone przepaścią. Przed Bramą Brandenburską stanęły uzbrojone w broń maszynową „Grupy Bojowe Klasy Robotniczej” (odpowiednik ORMO w Polsce Ludowej – red.). Tego dnia przejazd przez Bramę pozostał zamknięty, podobnie dnia następnego i kolejne 28 lat. Berlin Zachodni został otoczony najpierw skromnym murem z pustaków, zwieńczonym drutem kolczastym. „Operacja Mur Chiński” – wymyślona przez Ulbrichta, wykonana przez jego ówczesnego podwładnego i późniejszego następcę Ericha Honeckera, usankcjonowana przez sowieckiego szefa „partii i państwa” Nikitę Chruszczowa – przebiegła z iście (wschodnio)niemiecką perfekcją. Berlin Zachodni – ostatnia dziura w „żelaznej kurtynie” prowadząca ku wolności – została zaryglowana. 


I. 


Tego dnia staliśmy – my, berlińczycy z zachodnich dzielnic – przed zamurowaną granicą, i płakaliśmy, i byliśmy wściekli. I dziwiliśmy się, że Amerykanie tak pozwolili napluć sobie w twarz, i machaliśmy do ludzi po drugiej stronie. Pęknięcie przez środek miasta przebiegało teraz przez wiele rodzin. Dla zachodnich berlińczyków dramatem była budowa Muru (przez duże „M”, jak nazwa własna). Dla wschodnich berlińczyków Mur dopiero miał stać się dramatem, traumą. 
Zachodni berlińczycy byli zamknięci, ale to wschodni berlińczycy czuli się odtąd odizolowani od świata – i mieli rację. My, z Berlina Zachodniego, mogliśmy – dzięki korytarzom powietrznym i drogom tranzytowym pojechać do Republiki Federalnej, a stamtąd dalej, w świat. Dla ludzi z Berlina Wschodniego NRD była odtąd początkiem i końcem ich świata. Kto chciał uciec z tego gigantycznego więzienia, ryzykował życiem. Na Murze berlińskim strzelano ostrą amunicją – bez litości, celując tak, aby zabić. Jedną z pierwszych ofiar Muru był 18-
-letni murarz Peter Fechter: wspinał się właśnie na betonową zaporę, gdy dostał kulę w plecy. Ranny, leżał przez kilka godzin w „strefie śmierci”. NRD-owscy pogranicznicy widzieli to – był środek dnia – ale pozwolili mu się wykrwawić, na oczach bezsilnych mieszkańców Berlina Zachodniego. Nie był to ani pierwszy mord na Murze, ani ostatni.
W październiku 1961 mało brakowało, by na Murze doszło do konfrontacji Wschód–Zachód. Sowieci zorganizowali zbrojną demonstrację, wyprowadzając na Friedrichstrasse – ulicę przeciętą granicami sektorów – swoje czołgi i zamykając legendarne przejście graniczne „Checkpoint Charlie”, używane teraz głównie przez amerykańskich żołnierzy. W odpowiedzi Amerykanie wysłali swoje czołgi – i po raz pierwszy od 1945 r. Rosjanie i Amerykanie stanęli naprzeciw siebie, rozdzieleni 80 metrami „ziemi niczyjej”, tym razem mierząc do siebie. Dzisiaj wiadomo, że działa z obu stron załadowane były ostrą amunicją. Gdyby choćby u jednego z tych żołnierzy zawiodły nerwy, gdyby padł jeden strzał – mogłoby dojść do wojny. Kiedy więc po kilku dniach Sowieci wycofali swoje czołgi i otwarli na powrót „Checkpoint Charlie”, miasto odetchnęło.


II.


40 lat minęło od tamtego czasu – i prawie 12 lat od obalenia Muru, w listopadzie 1989. Dziś w Berlinie niemal nic już nie przypomina o tej monstrualnej budowli. Położone na uboczu miejsce pamięci jest raczej ignorowane. Tylko wąski i słabo widoczny pas kostki brukowej, wpuszczonej w świeży asfalt ulic, przypomina przebieg Muru między Placem Poczdamskim a Bramą Brandenburską, w centrum miasta, aż po Szprewę, którą wtedy była rzeką graniczną. Także białe krzyże z nazwiskami zabitych, ustawione lata temu obok Reichstagu (i w kilkunastu innych miejscach wzdłuż Muru), większość berlińczyków mija dziś jakby obojętnie, w pośpiechu. Można by odnieść wrażenie, że nowoczesny Berlin, ruchliwy i rozedrgany, żyje jedynie dniem dzisiejszym, że nikt tutaj nie ma czasu, aby zawracać sobie głowy przeszłością. Mur zdaje się popadać w zapomnienie, zamknięty na kartach książek historycznych.
Ale to wrażenie mylne. Nic nie porusza dziś berlińczyków bardziej, niż wspomnienie o Murze – a przede wszystkim o tych, którzy go zbudowali. Tego lata Berlin jest znowu podzielony. Tym razem jednak nie jest to „wojna pozycyjna” rodem sprzed 1989 roku, z wieżyczkami strażniczymi i żołnierzami NRD gotowymi do użycia broni. To raczej wojna polityczna albo precyzyjniej – ideowa. Tym razem miasto nie dzieli się już na część wschodnią i zachodnią. Linia podziału biegnie dziś w poprzek wszystkich dzielnic i zamieszkujących je ludzi. Sporne pytanie brzmi: czy niemiecką stolicą, która jest zarazem landem [krajem związkowym – red.], mogą 12 lat po upadku Muru współrządzić postkomuniści z Partii Demokratycznego Socjalizmu (PDS)? Czy akurat partia, której poprzedniczka SED ponosi winę za Mur i jego ofiary, ma ponosić – razem z socjaldemokratami i Zielonymi – odpowiedzialność za władzę w Berlinie? 
Cóż się takiego stało? Otóż od zjednoczenia w 1990 roku 3,5-milionowym miastem rządziła aż do niedawna koalicja dwóch wielkich partii: chadeków z CDU i socjaldemokratów z SPD. Rządziła gorzej niż lepiej, w stylu prowincjonalnym, obrastając partyjnymi parytetami i korupcją. Chadecy i socjaldemokraci rządzili wspólnie, ale ich alians przypominał martwe od dawna małżeństwo, w którym żaden z partnerów nie jest lojalny wobec drugiego. W końcu w mieście wybuchł wielki skandal bankowy, a że bank należał częściowo do landu, okazało się, że w budżecie miasta jest wielomiliardowa dziura – i koalicja CDU–SPD rozpadła się z hukiem. Po czym wieloletni burmistrz Eberhard Diepgen (CDU) został obalony głosami SPD, Zielonych i właśnie PDS, po czym zastąpił go, wybrany przy poparciu takiej samej, nieformalnej koalicji, socjaldemokrata Klaus Wowereit. Aż do przedterminowych wyborów, które odbędą się jesienią, miastem rządzić będzie więc sojusz socjaldemokratów i Zielonych, wspierany nieformalnie („tolerowany” – tak się to nazywa) przez frakcję postkomunistyczną w radzie miejskiej. Jeśli rozkład głosów na to pozwoli, po wyborach SPD chce już oficjalnie wejść w alians z PDS.


III. 


I taka właśnie perspektywa na nowo podzieliła miasto. 
Niektórzy uważają to za zjawisko pozytywne; mówią, że oto „zimna wojna” kończy się także w Berlinie, tu, gdzie kiedyś szalała najbardziej. Zwolennicy takiej tezy wierzą, że teraz rozpadnie się także „mur w głowach”, ów podział na „Ossis” i „Wessis”, i że wraz z „rehabilitacją” PDS proces zjednoczeniowy zostanie ostatecznie dopełniony – bo przecież nie można na wieki izolować politycznie partii, na którą we wschodniej części miasta głosuje aż 40 proc. wyborców. 
Inni alians z postkomunistami postrzegają jako czerwono-czerwony, grzeszny mezalians. Ci, którzy tak myślą i pochodzą ze Wschodu, nie zapomnieli prześladowań i ubezwłasnowolnienia, które panowały w państwie NRD-owskim; ci z Zachodu z kolei pamiętają dobrze upokarzające kontrole ze strony NRD-owskich pograniczników. A poza tym przed ostatnimi wyborami SPD obiecała, że nigdy nie zawrze sojuszu z PDS. Teraz socjaldemokraci muszą stawić czoło zarzutowi, że łamią dane wyborcom słowo. Oraz że łamią tabu: jak dotąd, postkomuniści współtworzą rządy, bezpośrednio bądź pośrednio, tylko w dwóch landach we wschodnich Niemczech – w Saksonii-Anhalcie (gdzie rząd SPD jest już drugą kadencję „tolerowany” przez frakcję PDS) i w Meklemburgii (gdzie od 1998 r. istnieje oficjalna koalicja SPD-PDS). Teraz z pomocą socjaldemokratów spadkobiercy Ulbrichta i Honeckera mogą zrobić następny krok jakościowy, wchodząc do koalicji rządowej w stolicy, a więc w landzie, w którym większość wyborców to „Wessis”. 
W ten sposób PDS wkroczyłaby ostatecznie na „salony” Republiki Federalnej. A kanclerz Gerhard Schröder i Franz Müntefering, sekretarz generalny SPD i prawa ręka Schrödera w partii, od dawna nie robią tajemnicy z tego, iż ich celem jest właśnie rzekome „znormalizowanie” PDS, czyli uczynienie z niej partii zdolnej do zawierania z SPD normalnych koalicji rządowych. I to nie tylko w landach: niemiecko-niemiecki mikrokosmos, którym jest Berlin, wydawać się może przydatnym poligonem przed ewentualnymi aliansami na szczeblu ogólnoniemieckim.


IV.


SPD zmierza w ten sposób do swego największego wyzwania od zjednoczenia Niemiec. Relacja socjaldemokratów z komunistami jest historycznie obciążona. Wielu żyjących jeszcze weteranów SPD pamięta brutalne, przeprowadzone siłą „zjednoczenie” SPD i komunistycznej KPD w 1946 r. w sowieckiej strefie okupacyjnej – i stawia uzasadnione pytanie, czy dzisiejsi postkomuniści mogą być bardziej rzetelnymi partnerami niż chadecy. Stwierdzenie, że ewentualny udział PDS w berlińskiej polityce oznacza symboliczny powrót do władzy starych NRD-owskich elit z Berlina Wschodniego – to fakt, a nie popadanie w retorykę rodem z czasów „zimnej wojny”. 
W końcu była to ich, komunistów, świadoma decyzja, gdy w 1990 r. postanowili nie rozwiązywać obciążonej SED, lecz jedynie zmienić jej nazwę na PDS i zachować kontynuację partyjnych struktur i ludzi, w formie jedynie lekko zreformowanej. Od tego czasu spora część aktywności PDS polega na podtrzymywaniu dobrych nastrojów w środowiskach podstarzałych już działaczy i funkcjonariuszy SED. „PDS nie jest następczynią, lecz kontynuatorką SED” – mówił niedawno Günter Schabowski, a on wiedział, co mówi, bo był członkiem Biura Politycznego SED, zanim 9 listopada 1989 roku przyczynił się znacząco do otworzenia przejść granicznych w Berlinie. 
PDS jest partią rozdwojoną. Z jednej strony aspiruje do bycia ugrupowaniem nowoczesnym, lewicowym i ogólnoniemieckim, słowem – normalnym. Z drugiej strony 95 proc. spośród jej 85 tys. członków to „Ossis”. Dziewięciu na dziesięciu członków PDS było przed rokiem 1990 w SED, ośmiu na dziesięciu ma 60 lat lub więcej, jedynie 2 proc. członków PDS ma mniej niż 30 lat. Partyjni „reformatorzy” muszą bez przerwy zaspokajać oczekiwania takich właśnie „mas” członkowskich, co widać także po nowym programie PDS. 
Program ten, przez przywódców PDS zapowiadany jako niezwykle postępowy, oznacza wprawdzie pożegnanie z wiarą w prawidła marksistowsko-leninowskie – oraz ze stalinizmem. Zarazem jednak podtrzymana jest w nim nadal teza, że celem partii jest socjalizm i że aby to osiągnąć, należy przezwyciężyć rządzące stosunki kapitalistyczne. 
Projekt programu opisuje również dobrze samoświadomość historyczną ludzi PDS i ich postrzeganie NRD – mowa jest o tym, że historii Niemieckiej Republiki Demokratycznej nie można oceniać „jedynie z perspektywy jej porażki”. Nie ma wątpliwości: postkomuniści chcą zostać w pełni zaakceptowani w demokratycznych, zjednoczonych Niemczech, nie rezygnując ze swej moralnej akceptacji dla nieistniejącego już państwa NRD-owskiego. Trudno tu mówić o nowym początku: w ten sposób PDS nie może uwolnić się od posiwiałej aury partii, która chciała kiedyś budować „nowy wspaniały świat”.


V.


Czy zatem PDS to partia ze społecznego marginesu, mimo sukcesów wyborczych w byłej NRD zmierzająca ku swemu rychłemu końcowi, biologicznemu bądź politycznemu? Przeciwnie! Od berlińskiej „afery bankowej” i następnie zmiany władzy popularność PDS rośnie. Według sondaży zdobyłaby dziś w mieście 22 proc. wszystkich głosów, 5 proc. więcej niż podczas ostatnich wyborów dwa lata temu. Natomiast w samym Berlinie Wschodnim PDS jeszcze bardziej rozbudowałaby dziś swą i tak niekwestionowaną pozycję, zdobywając 45 proc. (w Berlinie Zachodnim zaś tylko 6 proc.). Dla berlińczyków ze wschodnich dzielnic PDS to ich „partia środowiskowa”, która wykazuje najwięcej zrozumienia dla ich problemów – faktycznych czy wydumanych. 
Inaczej rzecz wygląda w dzielnicach zachodnich: tutaj głosowanie na PDS jest w modzie w kręgu „salonowych socjalistów” oraz nowomodnej bohemy, która – z punktu widzenia jej materialnych interesów bardzo mieszczańska – łączy w sobie zupełnie aideologiczny protest z dążeniem do kariery i hedonizmem. Nigdzie indziej w Niemczech, wschodnich i zachodnich, nie słychać takiego bełkotu, jak właśnie w tych środowiskach – gdzie panuje bezrefleksyjna opinia, iż to PDS symbolizuje „nowy potencjał z nowymi sposobami myślenia i stylami życia”.
Jednak wzrost swej popularności postkomuniści zawdzięczają dziś przede wszystkim jednemu człowiekowi: Gregorowi Gysi’emu. Ten 53-letni lider PDS, który jako szef frakcji postkomunistycznej w Bundestagu dał się poznać jako polityk niezwykle elokwentny i medialny, przed rokiem 1989 jako adwokat reprezentował przed sądem NRD-owskich opozycjonistów. Ci zarzucają mu dziś zdradę, gdyż NRD-owska służba bezpieczeństwa, osławiona „Stasi”, prowadziła Gysi’ego jako „tajnego współpracownika” o pseudonimie „Notariusz”. 
Teraz Gysi sam mianował się „koniem pociągowym” PDS w rozpoczynającej się właśnie kampanii przed jesiennymi wyborami do rady miejskiej Berlina – i od razu awansował na ulubieńca nowoniemieckiego „społeczeństwa medialno-rozrywkowego”. Gysi potrafi opowiadać ze swadą o budżecie i polityce, tańczy w smokingu na mieszczańskich balach, w skórzanej kurtce i dżinsach dyskutuje w lewackich knajpach. Najchętniej jednak Gysi – postkomunistyczna gwiazda mediów – występuje w niezliczonych dziś telewizyjnych talkshows.


VI.


Pragnienie objaśnienia – albo zdemaskowania – fenomenu Gysi’ego wydaje się bezsensowne. Czy to polityk wiarygodny, czy tylko polityczny komediant? Poważny ekspert od poważnych spraw, w których zabiera głos, czy tylko efekciarz, albo wręcz szarlatan? W każdym razie, przy całej swej elokwencji Gysi nie ma do zaoferowania żadnych nowych, rozsądnych koncepcji rozwiązania realnych problemów społecznych. Raczej wygłasza gładkie polityczne filipiki, że np. „Wschód i Zachód Niemiec powinny się wreszcie zintegrować”, „administracja powinna być odchudzona”, albo że „trzeba wyrównać szanse edukacyjne”. 
A pytań o swoją przeszłość w SED, której był członkiem, o swoją domniemaną współpracę ze „Stasi”, o zabitych na Murze – wszystkich tych niewygodnych kwestii Gysi unika, co nie jest trudne, zważywszy, że teraz sam może sobie wybierać partnerów do dyskusji. A jeśli jednak komuś uda się takie pytanie zadać, tego Gregor Gysi po prostu zaszufladkuje jako „faceta o mentalności z czasów »zimnej wojny«”.
Oczywiście, nie można personalnie obciążać Gysi’ego winą za budowę Muru; w sierpniu 1961 miał on 13 lat. Ale partia, którą reprezentuje i swoją osobą „ciągnie do góry”, nie może tak po prostu uciec z długiego i ponurego cienia, który rzuca nieistniejący już Mur. Oświadczenie, które PDS przygotowała na 40. rocznicę jego postawienia, nie spełniło choćby i niewygórowanych oczekiwań. W dokumencie tym Mur określany jest wprawdzie mianem „piętna Kainowego NRD i bloku wschodniego”, brakuje jednak słowa, na które z nadzieją czekało wielu, także spośród przeciwników PDS: nie ma tutaj żadnych przeprosin, żadnej prośby o wybaczenie za śmierć tylu ludzi. Zamiast tego czytamy drętwe zdanie, że budowa Muru „była odlanym w betonie dowodem na wyższość ówczesnego realnie istniejącego modelu kapitalizmu w Republice Federalnej wobec ukształtowanego w epoce stalinowskiej ówczesnego modelu socjalizmu w Niemieckiej Republice Demokratycznej”.
Ta pokrętna dialektyka mogła narodzić się tylko w mózgu byłego działacza partyjnego, przeszkolonego na odpowiednich kursach marsizmu-leninizmu: że Mur był, jak czytamy w dokumencie PDS, błędem, ponieważ... był „antysocjalistyczny i antydemokratyczny”, jego budowę należy zatem potępić. Wedle takiej logiki winny jest nie socjalizm, ale Mur jako taki. Należy wprawdzie ubolewać nad jego ofiarami, uważają Gysi i towarzysze z zarządu PDS, przepraszać nie ma jednak za co, gdyż przeprosiny mają charakter osobisty, a w zarządzie nie ma nikogo, kto by wtedy murował albo strzelał. 


VII.


Gdyby zastosować takie myślenie, trzeba by powiedzieć, że kanclerz Willy Brandt podczas swej pamiętnej wizyty w Warszawie w 1970 r. powinien był wprawdzie wyrazić ubolewanie z powodu niemieckiej napaści na Polskę, ale nie miał żadnego powodu, by padać na kolana przed pomnikiem powstania w getcie warszawskim bądź prosić o wybaczenie, bo przecież podczas wojny jako antynazista przebywał na emigracji.
Poza tym PDS twierdzi, że budowa Muru odpowiadała „logice ówczesnego rozwoju sytuacji w polityce światowej” oraz „porozumieniu, do którego w sytuacji kryzysu berlińskiego doszły wielkie mocarstwa, akceptując utrzymujący się podział świata przy równoczesnej woli uniknięcia nowej wojny światowej”. To wątpliwa interpretacja historyczna, pełna luk: w dokumencie PDS nie ma słowa o blokadzie Berlina Zachodniego w 1948 r., podczas której Stalin chciał wziąć miasto głodem; nie ma też słowa o ultimatum Chruszczowa z 1958 r., w którym wypowiadał on aliantom zachodnim ich prawa wobec Berlina, uzgodnione po wojnie; milczeniem pomija się masowy
eksodus ze Wschodu na Zachód, podczas którego prawie trzy miliony Niemców z NRD w latach 1949-61 „zagłosowały nogami”, uciekając z „państwa robotników i chłopów”, najczęściej właśnie przez Berlin Zachodni. NRD doprawdy nie miała nic, co mogłaby przeciwstawić demokratycznej i przeżywającej „cud gospodarczy” Republice Federalnej. A porozumienia między mocarstwami w sprawie Muru berlińskiego nigdy nie było.
Być może Stany Zjednoczone odetchnęły z pewną ulgą, gdy tlący się przez wiele lat kryzys berliński zaczął stopniowo przygasać. Być może berlińczycy z Zachodu w końcu przywykli do życia w mieście otoczonym Murem. Nikt nie chciał jednak podziału na zawsze. Żyliśmy wtedy w warunkach „nienormalnej normalności”, na wyspie, otoczonej wrogim terytorium: nieco ponad dwa miliony ludzi w mieście niewiele większym od Andory (państewka w Pirenejach). 
Dwa miliony, otoczone 112 kilometrami Muru, z 69 bunkrami, 285 wieżyczkami strażniczymi, z urządzeniami samostrzelającymi, całym przemyślnym systemem ostrzegawczym, z płotami z drutu, z asfaltowymi ścieżkami, po których biegały specjalnie tresowane psy, i specjalnymi „zonami”. Nic, dosłownie nic nie miało prawa dostać się do otoczonego miasta (a raczej jego części zachodniej) poza kontrolą władz NRD: ani jedno jajko, ani jeden worek węgla. Wszystko, od mleka w kartonie po luksusowe mercedesy musiano transportować z oddalonej o 150 km Republiki Federalnej.


VIII.


Może zabrzmi to groteskowo, ale mimo takiego położenia, w zachodniej części Berlina żyło się wcale nieźle. Subwencje z Bonn płynęły szerokim strumieniem, zapewniając rozwój gospodarczy – trochę sztucznie, jak się okazało po roku 1990. Tutaj spódniczki dziewczyn były tak krótkie jak w Londynie, a dyskoteki tak ostre jak w Nowym Jorku. Mieszkańcy zwolnieni byli z obowiązku służby wojskowej w Bundeswehrze, a policja patrzyła przez palce na różnego rodzaju outsiderów. W swych notatkach z Berlina Witold Gombrowicz, który mieszkał tu przez pewien czas, pisał o pulsującym mieście, mieście jak błyskający neon, chłonącym wszystko, co amerykańskie. 
Mieszkańcy Berlina Zachodniego najchętniej zapomnieliby o Murze, ale rzeczywistość wyglądała inaczej. Mur stał, na Murze strzelano, do końca, do roku 1989. W ciągu 28 lat znalazło tutaj śmierć kilkuset uciekinierów – spośród ponad tysiąca, którzy zginęli na całej granicy RFN–NRD. 
Ostatni, który zginął na Murze, nazywał się Chris Gueffroy, miał niewiele ponad 20 lat i został zabity w lutym 1989 roku, od strzału w plecy. Mniej więcej w tym samym czasie Erich Honecker zapewniał publicznie, że Mur będzie stać jeszcze nawet i sto lat. Sześć miesięcy później Muru już nie było.
To naprawdę wątpliwy sygnał polityczny, że 40 lat po zbudowaniu Muru berlińskiego do władzy w stolicy może dojść akurat ta partia, która – czy tego chce, czy nie – ponosi odpowiedzialność za postawienie tej budowli i za śmierć tylu ludzi, którzy chcieli jedynie opuścić ten kraj. 
Pytanie brzmi: jak dalece wstecz sięga narodowa pamięć historyczna? I na ile wpływa ona na współczesne działania polityczne? Pytania te dotyczą nie tylko Berlina, i nie tylko Niemców. Ale właśnie w Berlinie poruszają one szczególnie. Stare rosyjskie przysłowie mówi: „Kto pluje na przeszłość, ten pluje także na przyszłość”.


Joachim Trenkner
Przełożył Wojciech Pięciak


Joachim Trenkner (rocznik 1935) urodził się w Turyngii (na terenie późniejszej NRD), z Niemiec Wschodnich uciekł na Zachód przez Berlin jeszcze przed budową Muru. W sierpniu 1961 mieszkał w Berlinie Zachodnim. Później przez kilka lat mieszkał w USA, pracując w tygodniku „Newsweek”. Po powrocie do RFN był dziennikarzem zachodnioberlińskiej telewizji publicznej SFB, w ostatnich latach jako jej redaktor naczelny. Obecnie publicysta, stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl