Uliczne awantury, uzasadnione obawy, kontrowersyjne decyzje najbogatszych – po szczycie w Genui

Mieszane uczucia globalizacji

MAREK ORZECHOWSKI Z BRUKSELI

 

Spór o kształt globalizacji – bo toczy się on nie o samą globalizację, ta stała się faktem – zniekształciły zamieszki i starcia z policja na ulicach miasta. I politykom, i antyglobalistom przydałaby się chwila refleksji. Politycy dokonali już pierwszego wyboru: w następnym roku spotkają się niemal potajemnie w kanadyjskiej wiosce. Antyglobaliści potrzebują czytelniejszej formuły organizacyjnej i programowej.

Rzucający kamieniami anarchiści deformują obraz politycznej konfrontacji – z nimi rozmawiać powinna policja. Nie jest jednak tak, że światowi przywódcy nie potrzebują sporu i sprzeciwu. To przecież ich demokratyczny szlak do władzy. Setki antyglobalistycznych organizacji nie protestują wyłącznie z frustracji czy przekory. Niektóre ich wątpliwości są uzasadnione, a prawo do ich zgłaszania to sól demokracji. Politycy uznają demokratyczne prawo do politycznego buntu. Antyglobaliści respektują demokratyczny mandat polityków. To jest łącząca obie strony pępowina, której nie przerwie globalizacja. A kamienie trafiają i w jednych, i w drugich.
To zły pomysł, by przed grupą anarchistów uciekać do trudno dostępnej wioski. Politycy nie powinni mówić o problemach świata sobie na ucho. Powinno im zależeć na przejrzystości mechanizmów globalizacji. Powinni czuć presję demokratycznego sprzeciwu i intelektualnej wątpliwości. Skryci za górami i lasami będą mieli wprawdzie spokój, ale izolacja ta powiększy z pewnością szeregi tych, którzy wietrzą globalizacyjny spisek. 
Dyskusja o globalizacji potrzebuje więcej kameralności, ale nie izolacji. Od pierwszego spotkania w Rambouillet w 1975 r. rozmowy przywódców świata rozrosły się do pompatycznego spektaklu. To nie ich wina: organizacja tych spotkań padła ofiarą właśnie globalizacji. Przed upadkiem komunizmu spotkania „politycznej arystokracji” też się odbywały, tyle że bez przepychu. I tak Wschód patrzył zazdrośnie, więc starczała skromna inscenizacja. Rozmach i brak umiaru przyszedł wraz z bankructwem ZSRR i włączeniem do grupy Rosji. A jeszcze tylko chwila i dołączą Chiny. 
W 1987 r. podczas szczytu w Hanowerze przywódcom najbogatszych państw świata wystarczyły hale targowe. Margaret Thatcher biegała za potrzebą do normalnej, targowej toalety. 12 lat później, podczas szczytu w Kolonii, gospodarze zaprosili gości do rozmów wśród eksponatów rzymskiego muzeum. Prezydent Jelcyn chwiał się na nogach: istniała groźba, że rozbije szklany blat ustawiony na rzymskich, liczących 2000 lat wykopaliskach. 
Co ważne – i oczywiste – decyzje przygotowywane są przed spotkaniem. Szczyt to okazja do skosztowania wytrawnego wina, wypalenia cygara, spojrzenia sobie w oczy (Bush i Putin), wymiany prezentów. Kontakty towarzyskie w polityce są potrzebne, ale niektóre delegacje liczą już po tysiąc członków. Przejazd ekipy Billa Clintona podczas szczytu w Kolonii zajmowal cały most na Renie. Na spotkania zjeżdża też cztery, pięć tysięcy dziennikarzy. Zamykane są całe dzielnice. Policja i siły bezpieczeństwa już kilka miesięcy wcześniej mają pełne ręce roboty. Samych szczytów pilnuje 15-20 tys. policjantów. To olbrzymie wyzwanie organizacyjne, techniczne, logistyczne. Budżet szczytu to dziesiątki milionów dolarów, a jeśli doliczyć straty wynikłe z zamieszek – koszt jest większy od rocznego budżetu niejednego biednego państwa, wpisanego na listę ofiar globalizacji.
Warto byłoby też zmienić taktykę. Choć wiadomo, że podczas szczytów podejmowane są decyzje dotyczące koniunktury światowej, to na zewnątrz przenikają jedynie informacje o tym, komu umorzono długi, że politycy przejęli się AIDS i malarią, a problem głodu w Azji leży im na sercu. Nic o technologii interkomunikacyjnej, wymianie danych, strumieniach przepływu pieniądza, globalnych inwestycjach. Jakby szczyt G8 był kongresem charytatywnym, na którym mówi się nie o tym, jak zarabiać pieniądze, tylko jak je wydać. To ujawnianie tylko części debaty jest tak jednostronne, że aż podejrzane. Nie dziw więc, że budzi podejrzenia przeciwników globalizacji. Tłumaczy się, że to wymóg dyskrecji. Ale taktyka ta ma przede wszystkim zamknąć antyglobalistom usta: oto najbogatsze państwa świata znoszą długi, udzielają tanich kredytów, a tymczasem te gesty dobrej woli wywołują protesty...
Ruch antyglobalistyczny definiuje się przede wszystkim przez sprzeciw wobec fundamentalnej zasady globalizacji, czyli teorii wolnego handlu światowego. Teoria ta została już wyniesiona przez globalistów do rangi promotora oraz gwaranta wolności i demokracji: to nie wola narodów prowadzi je do wolności, ale pozbawiony ograniczeń handel światowy. Ta linia podziału między zwolennikami globalizacji a jej przeciwnikami będzie z czasem jeszcze ostrzejsza. Nie dlatego, że tylko jedna strona ma w tym sporze rację, ale dlatego, że światowy handel bez żadnych barier przyniósł dotychczas dobrobyt tylko części świata, i tak już zasobnej, pogłębił zaś biedę innej. Co więcej, jego ofiarami padają coraz częściej również ludzie z zasobnej części świata. A przy tym, co szczególnie drażni antyglobalistów, globaliści unikają odpowiedzialności za skutki globalizacji tam, gdzie dochodzi do wyniszczającej eksploatacji nieodzyskiwalnych surowców naturalnych, gdzie pękają struktury gospodarcze i rozpadają się systemy społeczne. Po prostu odwracają głowę i idą tam, gdzie jest jeszcze taniej.
Spór jest zatem na wskroś fundamentalny, jak każdy, który dotyczy w miarę sprawiedliwego rozdziału dóbr. Efekty globalizacji naruszają społeczno-ekonomiczne fundamenty życia narodów. Zasada pozbawionego wszelkich barier handlu światowego inspiruje rozwój technologii, którego tempa i kierunku nie określa już żadna społeczna racjonalność i użyteczność, tylko zimna, ekonomiczna kalkulacja. W sprzeciwie wobec takiej globalizacji wyrażona jest więc obawa, że jeśli procesu tego nie uda się skrępować odpowiedzialną polityką społeczno-gospodarczą, to pochłonie on wiele ofiar, a w efekcie doprowadzi do „globalnego buntu”. Jego skutki dotkną zresztą nie promotorów globalizacji, ale wyczerpane globalizacją państwa narodowe.
Politycy zdają sobie zresztą z tego sprawę – zarówno ci, którzy są zwolennikami globalizacji (wiedzą, co robią), jak ci, którzy nie wyrzucili jeszcze za okno społecznego aspektu gospodarczej aktywności człowieka (wiedzą, ale niewiele mogą). Nie każdy, także wśród przywódców świata, chce przecież pogodzić się z myślą, że to, co technicznie możliwe, powinno być realizowane bez względu na moralne, społeczne i ekonomiczne skutki (widać to chociażby przy ich sprzeciwie wobec techniki genowej). 
Mamy jednak wiele sygnałów, że moraliści przegrają. Pomimo, że ich ostrzeżenia o wyniszczeniu zasobów, eksploatacji natury i człowieka, o dezinformacji, której źródłem jest agresywna komercjalizacja mediów – to nie są rzucane w policjantów kamienie, ale awantura o przyszłość świata w jego globalnym wymiarze. To nie są też projekcje wyobraźni, tylko rzeczywiste tendencje. A dotyczą one każdej części świata, choć skutki mają odmienne – w zależności od państw czy regionów. Każdy zachoruje, ale nie każdy umrze.
Organizowane w różnych częściach globu spotkania Grupy G-8, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowej Organizacji Handlu, OECD a ostatnio nawet i szczyty Unii Europejskiej – to dla przeciwników globalizacji okazje do wyrażenia protestów. Innego czy lepszego forum nie mają. Krytycy antyglobalistów zarzucają im uprawianie „turystyki protestowej”. Zarzut to nie na miejscu, już chociażby z tego względu, że i uczestnicy szczytów chętnie podróżują – uprawiają więc „turystykę szczytową”. Ale może to i dobrze, bowiem ich ruchliwość potwierdza postępujący proces globalizacji, dzięki czemu również protest antyglobalistów nabiera cech globalnego sprzeciwu, chociaż brakuje mu wciąż globalnej struktury i organizacji. 
Kiedy więc za rok z odległej kanadyjskiej wioski telewizja pokaże zdjęcia protestu grupki antyglobalistów, warto pamiętać, że przywódcy G-8 polecieli tam za pieniądze podatników. Zaś ci nieliczni demonstranci dotarli do Kananaskis w prowincji Alberta za własne, opodatkowane przez fiskusa pieniądze. Chociaż, kto wie? Może Francuzów, Włochów, Niemców nie będzie już stać na taki wydatek – globalizacja pochłania przecież ofiary. Nie dziwmy się zatem, gdy na drodze do Kananaskis usłyszymy protesty po ukraińsku albo białorusku. Będą protestować wprawdzie „na czarno”, ale będzie taniej, a globalistom przecież głównie o to chodzi.

Marek Orzechowski

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl