Genua nie unieważniła praw ekonomii

JANUSZ A. MAJCHEREK

 

 

Decyzja o anulowaniu większości zadłużenia najuboższych krajów świata, podjęta przez przedstawicieli państw najbogatszych, może przynieść skutki niekorzystne dla wszystkich potrzebujących pomocy w przyszłości. 

Podawanie w wątpliwość dobroczynnych rezultatów redukcji zagranicznego długu w kraju, który z takiej przed laty skorzystał, może się wydać objawem hipokryzji. Lecz właśnie różnice pomiędzy obiema operacjami oddłużania – np. w Polsce na początku lat 90. oraz dzisiaj w wielu krajach Trzeciego Świata – uzasadniają pewne zastrzeżenia.


KLUCZE SĄ WEWNĄTRZ

Polska w 1989 roku była zadłużona na ponad 45 mld dolarów, co wówczas równało się jednej trzeciej polskiego produktu krajowego i trzykrotnej wartości rocznego eksportu. Anulowanie części i przedłużenie terminu spłat reszty długów nastąpiło w 1991 roku decyzją państw wierzycielskich Zachodu, do której w 1994 r. dołączyły także banki komercyjne.
Stało się to więc w kilka lat po odrzuceniu przez Polaków komunistycznego reżimu, który długi zaciągał bez aprobaty, a nawet bez wiedzy obywateli. Co ważniejsze, decyzje zagranicznych polityków i finansistów nastąpiły w trakcie realizacji głębokiej reformy, zainicjowanej przez Leszka Balcerowicza, całkowicie zmieniającej system gospodarczy, a także po wprowadzeniu demokratycznych instytucji ustrojowych. Istniało więc wysokie prawdopodobieństwo, że Polska nie tylko nie wpadnie ponownie w pułapkę zadłużenia, ale że weszła na drogę długofalowego i wszechstronnego rozwoju – i stanie się atrakcyjnym partnerem gospodarczym.
Obecne, znacznie większe procentowo redukcje zadłużenia 23 państw – którym w Genui postanowiono darować 53 z 74 mld dolarów, czyli ponad 2/3 ich długów – nastąpiły bez żadnych oznak zmiany ich metod rządzenia czy gospodarowania. 
Wymaganie zmian w stosunkach wewnętrznych czy stawianie warunków politycznych ze strony byłych metropolii kolonialnych – wchodzących w skład grupy G-8 – byłoby może niezręczne w stosunku do dawnych posiadłości, a one stanowią większość wśród państw-dłużników. Mija już jednak 40 lat od czasu dekolonizacji – i nie da się już dłużej problemów krajów zacofanych tłumaczyć dawną zależnością czy nawet kolonialną eksploatacją. W ciągu tych dziesięcioleci, minionych od dekolonizacji, uzbierały się bowiem przeciwne przykłady wielkiego awansu cywilizacyjnego w Korei, Singapurze, Malezji i innych regionach – które niegdyś znajdowały się w podobnym punkcie wyjścia co np. kraje Afryki. Staje się coraz bardziej oczywiste, że perypetie zabiedzonych państw-dłużników mają swe przyczyny w stosunkach wewnętrznych, a nie międzynarodowych – i że zatem redukcje długów zagranicznych ich nie uzdrowią.
Kraje te, to w najlepszym przypadku nieudolne satrapie, a często autorytarne, brutalne, marnotrawne i skorumpowane reżimy, niekiedy operujące mętnymi i fanatycznymi ideologiami. Zmniejszenie zagranicznych zobowiązań nie skłoni ich raczej do podjęcia demokratycznych i rynkowych reform. Pozwoli raczej podtrzymać nieefektywne rządy, będące prawdziwym źródłem utrapień mieszkańców.


DEPOLITYZACJA EKONOMII

Niewypłacalnym dłużnikom mało kto chce pożyczać, przepadek większości wierzytelności w tych 23 krajach sprawi więc, że wzrośnie ostrożność finansistów nie tylko wobec nich, ale również wobec innych państw o wątpliwej czy niezupełnie pewnej wypłacalności. Bezwarunkowe unieważnienie długów może więc utrudnić w przyszłości pozyskiwanie kredytów przez rzeczywiście potrzebujących.
Tym bardziej, że w przyszłości politycy oraz kryteria polityczne będą mieć coraz mniejszy wpływ na decyzje finansowe. Ekonomia uniezależnia się od czynników pozaekonomicznych na każdym szczeblu decyzyjnym. Banki centralne państw rozwiniętych są autonomiczne wobec rządów, a w Unii Europejskiej dodatkowo nadrzędne i samodzielne funkcje pełni Europejski Bank Centralny. Zupełną z kolei niezależność mają nie tylko banki komercyjne, ale także korporacje finansowe i gospodarcze, zwłaszcza ponadnarodowe.
Taki stan rzeczy nie jest wynikiem perfidii koncernów czy zmowy korporacji, lecz świadomych decyzji politycznych, podejmowanych w reakcji na przerosty państwowego interwencjonizmu z lat 60. i 70. Po tamtych, niezbyt budujących doświadczeniach, zapanowało przekonanie, że nadmiar wpływów i ingerencji politycznych szkodzi gospodarce i bardziej hamuje niż wspiera jej rozwój. A powierzenie finansowych i ekonomicznych decyzji apolitycznym fachowcom i pozarządowym instytucjom przyniosło dobroczynne skutki gospodarcze. 
Zarazem zrodziło to jednak zastrzeżenia, że ludzie i struktury nie mające demokratycznej legitymizacji politycznej wpływają na życie tych, którzy ich bynajmniej nie wybierali. Pojawiły się także oskarżenia, że nadzorcy i strażnicy krajowych czy światowych rynków finansowych kierują się wyłącznie suchymi parametrami makroekonomicznymi, ignorując inne dążenia i potrzeby społeczne. 
Takie zarzuty kierowane są zarówno w Polsce, pod adresem Rady Polityki Pieniężnej, jak i w świecie, wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Banku Światowego.


TRUDNO PRZECHYTRZYĆ RYNEK

Gdy jednak w przeszłości politycy, czujący na sobie doraźną presję wyborców, mieli większy wpływ na gospodarkę, wtedy krępowali ją protekcjonizmem, barierami handlowymi i ograniczeniami transferów, utrudniającymi dostęp do krajowych rynków, kapitałów i technologii. W ten sposób rozziew między krajami bogatymi a biednymi stawał się większy.
Panujące obecnie na światowych rynkach mechanizmy wolnego handlu i swoboda przepływu zasobów podnoszą ekonomiczną efektywność i finansową racjonalność, zapewniając jednocześnie mierzalne kryteria ich oceny. Coraz trudniej więc będzie znajdować aprobatę dla przedsięwzięć nieefektywnych i nieracjonalnych, motywowanych względami pozaekonomicznymi. Decyduje o tym nie zachłanność kapitału, lecz wymagania milionów zwykłych inwestorów i ciułaczy – którzy oczekują, że pieniądze z ich funduszy powierniczych czy emerytalnych przyniosą im profity, a więc będą inwestowane w przedsięwzięcia wiarygodne i efektywne z ekonomicznego punktu widzenia. Kredytowanie nieudolnych i skorumpowanych reżimów do takich przedsięwzięć nie należy.
Gdy członków szwedzkich funduszy emerytalnych spytano, czy życzą sobie, aby w strategii inwestowania ich pieniędzy uwzględniane były także jakieś inne kryteria czy względy poza stopą zysku, większość odparła stanowczo: nie. W Polsce fundusz emerytalny zawiązany pod auspicjami Episkopatu i deklarujący inwestowanie wyłącznie w przedsięwzięcia nie budzące wątpliwości moralnych oraz zgodne z nauczaniem Kościoła, nie podbił klientów.
Powiada się, że szczyt Grupy G-8 w Genui był ostatnim w takiej formule. Być może po raz ostatni politycy mogą podejmować decyzje dotyczące tak potężnych transferach finansowych. W przyszłości będą mieć znacznie mniej możliwości pożyczania nie swoich pieniędzy – a zwłaszcza możliwości rezygnacji z ich odzyskania. Znacznie większe możliwości pomocy będą mieć organizacje pozarządowe, takie, których przedstawiciele należą do globalnego frontu antyglobalistycznego, a którzy manifestowali na ulicach Genui – skądinąd przez nikogo do tego nie upoważnieni, nie wybierani i nie mający takiego mandatu politycznego, jak przywódcy krajów G-8, którzy zostali wybrani demokratycznie przez swoje społeczeństwa.
Długi można anulować, praw ekonomii nie. Ubóstwa i zacofania w świecie nie uda się przezwyciężyć bez aktywnego udziału samych ubogich i zacofanych. Ich zmobilizowanie będzie jednak trudne, bowiem bariery aktywności i efektywności mają w ich przypadku często charakter mentalny, kulturowy i obyczajowy.

Janusz A. Majcherek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl