Dlaczego pielgrzymowali?

KS. JAN KRACIK

 

Wyruszali wiosną lub latem. Gdy bowiem zazielenią się pola i zaśpiewają ptaki, wówczas i ludzi ogarnia pobożne pragnienie pielgrzymowania. Udają się więc w obce strony do sławnych cudami grobów świętych. Tak pisał w XIV w. Geoffrey Chaucer w swych „Opowieściach kanterberyjskich”, w których pątnicy ze wszystkich warstw społecznych skracają sobie czas wędrówki opowiadaniem zabawnych historyjek. Autor włączył w rytm natury przyrodzone i religijne powody, dla których do europejskich sanktuariów zdążały tłumy.
Pozostawiali na długo rodzime kościoły i wędrowali do innych. Czemu? Czy uważali, że Bóg i święci w jednych miejscach słyszą lepiej niż w pozostałych? Szukali głębszych przeżyć religijnych czy również przygody? Gnały ich mistyczne tęsknoty czy raczej ciekawość ludzi i świata, którą mogli zaspokoić za społecznym przyzwoleniem tylko pod kościelną chorągwią? Chcieli się wyrwać z grzechu czy bardziej uciekali od kieratu codzienności i nadzoru otoczenia? Na ile można w ogóle rozpoznać rzecz tak skrytą, jak motywacja? Pytania te dotyczą przeszłości, bo teraźniejszość sprawdzić łatwiej, dołączając do grupy pątniczej, pieszej czy autokarowej.


„DUCH BOŻY MIESZKA W WAS”

Pielgrzymowanie jest o tysiące lat starsze niż chrześcijaństwo. Wszechobecne sacrum skupiało się bowiem bardziej w niektórych miejscach. Na szczycie góry, w gaju, na pustyni, przy źródle czy kamieniu o niezwykłych kształtach. W miarę jak człowiek oddalał się od natury, pogłębiając samoświadomość i tworząc cywilizację, pojawiały się inne ośrodki owej hierofanii. Rzeczywiste lub mniemane groby założycieli i herosów religii, posągi i świątynie bóstw. Ludzkie predylekcje budowały rangę poszczególnych miejsc, do których zmierzali szukający wyleczenia, otuchy, wyroczni.
Chrześcijaństwo pojawiło się zatem w świecie ludzi pielgrzymujących, spośród nich rekrutowali się i jego wyznawcy, a ich przyzwyczajenia odegrają decydującą rolę w rozwoju pątnictwa w nowej religii. Jej przywódcy patrzyli zrazu nieufnie na plejadę zastanych kultów pogańskich wzdrygając się przed kopiowaniem starych praktyk. Pierwszą pielgrzymkę chrześcijańską zawrócił wszak z drogi wysłannik Pana Boga. O czym informują nie żadne apokryfy ani objawienie prywatne, a sama Ewangelia. Gdy oto trzy kobiety udały się o świcie nowej religii na miejsce najważniejszego w jej młodych dziejach wydarzenia, nie zastały świętej relikwii Ciała, które chciały uczcić. Zostały przez Anioła odesłane do ich codziennej egzystencji i do zdesakralizowanej „Galilei pogan”, gdyż tam właśnie Zmartwychwstały postanowił czekać na swoich uczniów. Musieli sobie przypomnieć, co mówił kiedyś do Samarytanki: „Ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca” (J 4,21). Ten Bóg nie jest, jak bogowie, więźniem świętych miejsc i przedmiotów, a szukać Go należy wszędzie, w Duchu i prawdzie. Wypędzając przekupniów ze świątyni Jezus obiecał przybytek nowy, „nie ręką uczyniony” – własną osobę, „świątynię swego ciała”.
Uczniowie, podobnie jak Jezus, owszem, pielgrzymowali do macierzystej świątyni Pierwszego Przymierza. Potem ją zostawili, jak pozostawia się kołyskę, i poszli w świat. Czy po to, by budować nowe sanktuaria? Tak, zupełnie nowe – „czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 16–17). Bo Ten, „który jest Panem nieba i ziemi nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką” (Dz 17, 24). Poszanowanie zatem zamieszkałej przez Boga świątyni człowieczeństwa, wytrwałe pielgrzymowanie w głąb Bożego słowa, pielęgnowanie sanktuarium sumienia zostały w tej religii postawione zdecydowanie wyżej niż to, czy jej wyznawcy gromadzić się będą na Eucharystię w domu czy bazylice, w otoczeniu relikwii i obrazów czy bez nich.


DOTKNĄĆ, OTRZYMAĆ, ZAWŁADNĄĆ

Judaizm miał swoje centrum kultowe w Jerozolimie; chrześcijanie pomnąc, „że jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami z dala od Pana” (2 Kor 5,6), lokowali cel swego całożyciowego pątnictwa poza topografią. Trudno jednak oczekiwać, by tak pryncypialne a uduchowione postawy miały się przyjąć powszechnie, zwłaszcza gdy od IV w. do Kościoła napływały masy, przywykłe dotąd do wielu widzialnych znaków niewidzialnego, zmaterializowanych i osadzonych w przestrzeni. Chrześcijanie zaczną tedy podążać do grobów męczenników (dawne poszanowanie przekształcało się w kult), odwiedzać Ziemię Świętą i przywozić stamtąd przedmioty związane z życiem Chrystusa, czcić wizerunki świętych. Wiara w chwalebne ciał zmartwychwstanie bohaterów wiary nakładała się na archaiczne wyobrażenia o niezwykłej mocy sakralnej czy magicznej ludzkich szczątków. Dziedziczono też znane wielu antycznym kulturom przeświadczenia o rodzaju zamieszkania zmarłego w jego grobie.
Cząstki Krzyża św., później kości świętych, noszono więc chętnie przy sobie czy przechowywano w domach jako rękojmie pomyślności. Wędrowano też do grobowej siedziby świętego w przekonaniu, że jego cudotwórcza moc działa tam najpełniej. Nawiedzano i wizerunki Chrystusa, Maryi i świętych, traktując je jak sposób obecności czy jak sobowtóry. Samo odwiedzanie grobów, gwoli uczczenia nieboszczyka, praktykowane do dziś także w porządku kultury pozareligijnej, nie byłoby niczym szczególnym, gdyby nie pojmowanie owych odwiedzin u świętych. Kierowała nimi nie oficjalna, a ludowa teologia, w której moc świętych promieniuje najsilniej w pobliżu ich grobu czy ikony, a respektowanie mapy i rangi sanktuariów obowiązuje właściwie i samego Boga przy rozdzielaniu dobrodziejstw.
Wydobywanie szczątków świętych z ziemi, przenoszenie ich, dzielenie i darowanie, sprzedawanie, rabowanie i kradzieże, nie wynikały przecież z chęci wnikania w życie tych osób i naśladowania go, do czego poznawanie życia nadaje się lepiej od całowania kości. Zbiorowe czy indywidualne pragnienie, by posiąść sławne relikwie i dysponować ich dobroczynną mocą, sprzyjało łatwowierności, fałszerstwom, odnajdywaniu upragnionych szczątków na podstawie snów.


WYTRYCH CUDU

To, co jest wspólne dla dwu zwalczających się systemów, po zwycięstwie jednej strony zwykle ulega wzmocnieniu. W przypadku chrześcijaństwa i pogaństwa jednym z elementów łączących była wiara w cuda, główny magnes pielgrzymek przez większą część historii Kościoła. Obie strony wierzyły nie tylko w cuda własnych bóstw czy Boga, ale i w te, których dokonywała konkurencja. Za oryginalne uznawano wszakże tylko te po swojej stronie, bo przeciwnik dokonywał jedynie ich imitacji, już to przez przedrzeźniające Boga demony, występujące jako bóstwa, już też przez sztuczki chrześcijańskich szarlatanów i prostaków. Polemiki tego rodzaju naturalnie wzmacniały głód cudowności, który niełatwo było korygować (już Jezus miał z tym kłopoty) w religii, która z istoty swej cuda uznaje.
Fama cudów – a fama rośnie po drodze – przyciągała nieustannie ogromne rzesze do grobowych czy wizerunkowych siedzib co znaczniejszych świętych. Ich obrazy w XVIII i XIX w., okazały się bardziej atrakcyjne od relikwii, a tłumne wędrówki do kolejnego obrazu Maryjnego zaczynały się od wieści o jego niezwykłych zdolnościach czy cudownych łzach. W XIX–XX wieku rzadko już płakały obrazy, święci prawie zaprzestali ukazywania się, za to Matka Boska czyniła to często, co nierzadko dawało początek sanktuarium. Z reguły, której ważność łatwo sprawdzić w różnych epokach, charakter owych wypraszanych przez pątników dobrodziejstw wyrażał się w profitach fizycznych a nie duchowych, a więc głównie w uzdrawianiu chorych ciał, a nie dusz, cierpiących na któryś z grzechów głównych. Z przedchrześcijańskiej hagioterapii przejęto zarówno ryt inkubacji (uzdrowieńczy sen w świątyni), jak i rozpowszechnioną na całe wieki praktykę wotywną, czyli obietnicę materialnego daru (np. srebro, wosk) przynoszonego do sanktuarium w razie wysłuchania prośby. Należy naturalnie pamiętać, że zdarzających się niewątpliwie uleczeń moralnych i duchowych za nie darów, jako niezbyt spektakularnych i mało „medialnych” nie zapisywano w zachowanych do dziś księgach mirakulów. Ich dobór, służący propagowaniu danego sanktuarium (nigdy innego), świadczy przecież o zbyt daleko idącym dostosowaniu promocji do oczekiwań, o ich podtrzymywaniu, które raczej oddalało niż przybliżało cele chrystianizacji. Jej pątnicze narzędzie wymykało się z rąk kościelnym władzom, służąc instrumentalizacji religii. W czasach najnowszych już nie głód cudowności, lecz mieszanina duchowych i turystycznych celów ożywia masowy ruch pielgrzymkowy.


POWSTRZYMAĆ CZY OCHRZCIĆ?

Entuzjazm tłumów garnących się do cudownych miejsc i obiektów udzielał się przecież z czasem nie tylko ich opiekunom, ale i biskupom, łącznie z Ojcami Kościoła. Krytycyzm wobec spontanicznej, entuzjastycznej pobożności jest postawą trudną a niewdzięczną. Owszem, luminarze myśli teologicznej i urzędów kościelnych zgłaszali swoje obiekcje wobec pątniczych wierzeń i egzageracji, ale naiwnością byłoby sądzić, że takie głosy zawrócą rzekę zbiorowej mentalności. Co więc pozostawało do zrobienia? To samo, co zwierzchność duchowna czyni do dziś z całą religijnością ludową: czuwać, pogłębiać, traktując jak nośne fale, czyli okazję nauczania, modlitwy, sprawowania sakramentów. Takiej postawie wobec pątnictwa daje wyraz i Katechizm Kościoła Katolickiego. Wspomniano w nim kilka razy – w nawiązaniu do Nowego Testamentu i Soboru – o pielgrzymiej naturze Kościoła. Sam zaś ruch pielgrzymkowy wyliczono jako jedną z form pobożności ludowej, zaznaczając przy tym, że ma ona niższą rangę niż liturgia, której nie może zastąpić, a z którą winna się zgadzać (nr 1675–76).
Głosy wołających na puszczy też jednak mają swoją wymowę, świadcząc, że zbiorowe porywy przeplatała krytyczna refleksja. „Zarówno w Jerozolimie, jak i w Brytanii stoi otworem dwór niebieski, bowiem Królestwo Boże w was jest” – pisał pod koniec IV w. św. Hieronim. Augustyn i Grzegorz Wielki usiłowali relatywizować cuda, by te nie stały się głównym kryterium świętości, sprowadzonej do magicznie działającej mocy. Przypominali, że świętość nie musi czynić cudów, cuda mogą być rzekome, a te moralne mogą być większe od fizycznych. Ale nie wszyscy mieli wiarę tak oświeconą, jak Ojcowie Kościoła. Czego innego nauczamy, a co innego musimy tolerować – ubolewał Augustyn. Był świadom napięcia i rozziewu między założeniami a duszpasterskimi możliwościami, między głoszeniem a jego przyjmowaniem. Zapominanie o tym prowadzi ciągle do wielu pastoralnych złudzeń.
„Wielu podróżuje do różnych miejsc dla uczczenia szczątków ciał świętych, z podziwem słuchają opowieści o ich czynach, oglądają okazałe świątynie, całują święte kości wybrańców Bożych, okryte jedwabiem i złotem – a oto Ty jesteś obecny tu przy mnie na ołtarzu, Boże mój, Święty świętych” – modlił się pod koniec XIV w. Tomasz ŕ Kempis w poczytnym „O naśladowaniu Chrystusa”, zachęcając do odnajdywania Jezusa w parafialnym kościele, w codzienności, we własnym sercu. Inni zarzucali pątnikom zaniedbywanie obowiązków domowych, marnowanie pieniędzy tak potrzebnych na dzieła miłosierdzia, nadużywanie gościnności obowiązującej wobec pielgrzymów. Masowa obecność tych peregrynantów na uczęszczanych szlakach doskwierała mieszkającym przy nich ludziom. Miasta musiały nieraz wykupywać swych obywateli uprowadzanych z pąci w niewolę. A do świętych miejsc wędrowali wespół z pobożnymi także rzezimieszkowie i panie niecnej konduity, nie tylko w celach pokutnych.


ZATRZYMAĆ SIĘ NA OZDOBNYCH SCHODACH?

Erazm z Rotterdamu, który na przełomie XV i XVI w. obejrzał wiele europejskich miejsc pielgrzymkowych, ubolewał (podobnie jak w XII w. św. Bernard, tylko bardziej kąśliwie) nad gromadzeniem w sanktuariach świętych wielkich kosztowności przy ich grobach i obrazach. Następne pokolenia nieraz jeszcze stawać będą przed pytaniem: jak wystawne winny być kościoły i jak kosztowny wystrój sanktuariów wobec krzyczącej nędzy ludzkiej. Częściowo można się tu schować za wolę ofiarodawców, za zabytkowy charakter wielu precjozów. Takie jednak wyznanie niezbywalności owego inwentarza jest jednocześnie stwierdzeniem niemocy ducha uwięzionego w cennej materii – usprawiedliwić się można, ale szczycić się tym trudno. Podobnie jak każdą z cząstek różnowartościowego przecież dziedzictwa pątniczej motywacji i praktyki. Dziedzictwa, które ciągle potrzebuje zarówno mądrej opieki pastoralnej, jak i wartościujących ocen, lepszych od bezrefleksyjnego potakiwania i błogosławienia wszystkiego, co się pojawi pod nietykalnym szyldem pielgrzymki. Ta przecież nigdy nie była bardziej chrześcijańska od chrześcijan.

Ks. Jan Kracik 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl