Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Nie muszę, ale mogę (pokazać kieszenie)

Józefa Hennelowa Same znaki zapytania

Wojciech Pięciak Biomedycyna: dylemat Busha

Ks. Marek Łuczak Segregacja rasowa po czesku

  


 

 




  
 
Nie muszę, ale mogę (pokazać kieszenie)

Komentatorzy i – co ważniejsze – wyborcy, są w większości oburzeni, że posło wie odrzucili pomysł upubliczniania swoich oświadczeń majątkowych. Niezależnie od oceny jakości legislacyjnej zaproponowanego rozwiązania oraz racji zwolenników i przeciwników takiego sposobu zwiększania przejrzystości życia publicznego, znamienny jest jednak tej historii ciąg dalszy.

Otóż już w efekcie samej dyskusji na ten temat parlamentarzyści zaczęli ogłaszać, ilu mieszkań, samochodów, akcji i innych oszczędności się dotąd dorobili. Zbędny okazał się zatem, i to jest sukces pierwszy, bat w postaci przepisów prawa – wystarczyła presja opinii publicznej (a w zasadzie zbliżających się wyborów). Przy okazji, to po drugie, wyszły na jaw tak plusy, jak mielizny takiego mechanizmu budowy etyki życia publicznego. (Tu chodzi zwłaszcza o do niczego nie prowadzące porównania poselskich majątków: bo czy X, który za zarobione pieniądze wybudował wielki dom w atrakcyjnej okolicy i deklaruje teraz brak jakichkolwiek oszczędności, ma być oceniany wyżej od Y-ka, który ogłasza, że poza oszczędnościami ma sprzęt audiowizualny o wartości 15 tys. i antyki w mieszkaniu, bądź Z-ta, który wszystkie nadwyżki włożył w prowadzoną firmę? A wszystkich w tej licytacji ma przebić A, który mieszka u rodziców i wszystko rozdał na cele charytatywne?). Po trzecie wreszcie, wybuchła kolejna dyskusja o profesjonalizmie klasy politycznej, regułach jej opłacania, relacjach wyborca-parlamentarzysta itd. Po czwarte, pojawiło się pole dla mediów, które winny zająć się teraz sprawdzeniem wiarygodności słów kandydatów.

Wszystko to może być na dłuższą metę ważniejsze dla naszego życia publicznego niż kolejna ustawa.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

Same znaki zapytania

Ksiądz Edward Orłowski, proboszcz z Jedwabnego, opublikował w 29 numerze tygodnika „Niedziela” swoją, teraz dopiero spisaną opowieść o zbrodni sprzed 60 lat. „Niedziela”, nie wiadomo dlaczego, wydrukowała tylko fragmenty pięciostronicowej, jak podaje, relacji. Opatrzyła je za to nadtytułem „Ten tekst koniecznie musisz przeczytać!”. I rzeczywiście, bowiem spełnia on wszystkie oczekiwania obrońców niewinności jedwabian, daleko w tyle pozostawiając wyniki badań prof. Tomasza Strzembosza: jednoznacznie oskarża Żydów jedwabieńskich o prześladowanie polskich sąsiadów za okupacji sowieckiej, Niemców wskazuje jako jedynych sprawców zagłady, a Polaków całkowicie wybiela (zmuszeni pod bronią niemiecką tylko do eskortowania Żydów, nawet nie domyślali się, że nastąpi zbrodnia). Dowodem są dla autora dawne, ustne wspomnienia proboszcza jedwabieńskiego czasów okupacji, wysłuchane w bliżej nieokreślonym okresie powojennym.

Proboszcz ówczesny, ks. Józef Kębliński już dawno nie żyje, dalszych wyjaśnień udzielić nie może. Ks. Orłowski nie tłumaczy, dlaczego dopiero teraz wystąpił ze swoimi wspomnieniami, choć spór o Jedwabne trwa od tak dawna. Nie wyjaśnia też, dlaczego od razu skierował je do druku, zamiast przekazać prowadzącym śledztwo historykom. Oni jedynie mogą ocenić wiarygodność tego rodzaju świadectw: pochodzących z drugiej ręki i zredagowanych po upływie całej epoki. Tylko historycy są w stanie zestawić rewelacje ks. Orłowskiego z całkowicie odmiennymi świadectwami świadków naocznych – i dopracowywać się prawdy w spokoju. A tego bezwzględnie żądają mogiły pomordowanych.

Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 


Biomedycyna: dylemat Busha

Wiadomość, że w Jones Institute for Reproductive Medicine w Norfolk „stworzono” sztucznie 40 ludzkich embrionów wyłącznie w celach badawczych, nie była z naukowego i prawnego punktu widzenia niczym nowym – w USA takie działania są dozwolone prawnie (o ile finansowane są ze środków niepublicznych), a ośrodki medyczne mają ok. 100 tys. „zbytecznych” embrionów, pozostałych po sztucznym zapłodnieniu, które wykorzystuje się do badań. Naukowcy z Norfolk złamali jednak etyczne tabu: po raz pierwszy embriony „stworzono” wyłącznie dla ich instrumentalnego wykorzystania. Burza, która wybuchła w USA była tym bardziej zrozumiała, że Ameryka żyje debatą biomedyczną – przesłuchania przed komisją Senatu, demonstracje, lobbing itd. – a prezydent Bush musi podjąć wkrótce jedną z trudniejszych decyzji w swej prezydenturze: czy z pieniędzy publicznych można dotować badania genetyczne nad komórkami macierzystymi (tj. liczącymi do 10 dni od zapłodnienia), pozyskanymi z embrionów ludzkich?

Amerykańska debata ma inny charakter niż dyskusje w Japonii, Wielkiej Brytanii, Niemczech itd. Jej przedmiotem nie jest bowiem generalny zakaz badań nad komórkami pozyskanymi z embrionów (o czym dyskutuje się np. w Europie), klonowania czy tzw. diagnostyki preimplantacyjnej (która pozwala dokonać wyboru „najlepszego” embrionu). Spór dotyczy pytania: czy państwo może wspierać takie badania? Niemniej amerykańska dyskusja i decyzja Busha wpłynie na dyskusje i decyzje w innych krajach.

Bush ma dylemat – polityczny i moralny. Polityczny polega na tym, że jego zaplecze jest w tej kwestii podzielone. Moralnie zaś pole manewru prezydent ma niewielkie, bo trudno tu o kompromis. Bush – ów „współczujący konserwatysta” – musi wybrać między współczuciem wobec nieuleczalnie chorych, których jedyną nadzieją jest rozwój biomedycyny, a współczuciem wobec „najmniejszych”; organizacje ProLife w USA i Kościół katolicki, także w osobie Jana Pawła II (Bush rozmawiał z nim w miniony wtorek w Castel Gandolfo) przypominają, że badania na embrionach to manipulacje na człowieku.

A w całej biomedycznej debacie, jaka przetacza się przez kraje demokratyczne, chodzi przecież nie tylko o takie czy inne badania, ale i o pytanie, kim jest człowiek. 

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

Segregacja rasowa po czesku

Do tej pory media informowały o prześladowaniach czeskich Romów przez tamtejszych nacjonalistów. Ostatnio odnotowano jednak nowe zjawisko: to państwo czeskie zaczęło rozróżniać swych obywateli w zależności od karnacji ich skóry. Chodzi o prowadzoną na praskim lotnisku selekcję pasażerów wylatujących do Wielkiej Brytanii. Obywatelom Republiki Czeskiej o karnacji skóry wskazującej na cygańskie pochodzenie, nie pozwala się wejść na pokład samolotów odlatujących za kanał La Manche – mimo że posiadają ważne bilety i paszporty. Akcję przeprowadzają czeskie służby graniczne we współpracy z władzami brytyjskimi: Londyn obawia się masowego napływu Romów, szukających w Anglii azylu.

Rzecz ma miejsce w Europie. Jedno państwo jest członkiem elitarnej grupy „unijnych” strażników swobód i demokracji, drugie stara się o członkostwo w tym klubie. Jednym z podstawowych praw w Unii Europejskiej jest swoboda poruszania: wolno zmieniać nie tylko miejsce pobytu, ale także zamieszkania. Kluczem do segregowania ludzi na bardziej i mniej godnych swobód obywatelskich jest w Pradze karnacja skóry, czyli rasa. Okazuje się, że wołanie Zachodu o uznanie godności ludzkiej ma granice.

Ks. Marek Łuczak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31, 5 sierpnia 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl