W setną rocznicę uroczin prymasa Stefana Wyszyńskiego (3 sierpnia 1901–2001)

Wyszyński: strażnik tradycji czy wizjoner

Dyskusja miesięcznika „Znak” z udziałem HALINY BORTNOWSKIEJ, STANISŁAWY GRABSKIEJ, KS. ADAMA BONIECKIEGO, BOHDANA CYWIŃSKIEGO, WOJCIECHA WIECZORKA i STEFANA WILKANOWICZA

 

„ZNAK”: – W tym roku podwójnej rocznicy: urodzin i śmierci kardynała Wyszyńskiego ukazuje się wiele analiz jego myśli, roli politycznej, a zwłaszcza programu duszpasterskiego. Wszyscy Państwo osobiście znali Prymasa, wspierali go lub spierali się z nim. Jak dzisiaj, z perspektywy dziesięcioleci, oceniają Państwo jego program duszpasterski?
KS. ADAM BONIECKI: – Wiem, że zabrzmi to kontrowersyjnie, ale gdy byłem młodym księdzem, nie odczytywałem w tym programie wymiaru duszpasterskiego, a jedynie kaznodziejski. Swą gruntownie przemyślaną i przemodloną całościową wizję Kościoła i narodu Prymas przełożył bowiem na szczegółowe tematy kazań. Materiały kaznodziejskie trafiały do nas dwoma strumieniami: z Episkopatu i z Instytutu Prymasowskiego. Proszę je dzisiaj przeczytać: były naprawdę niełatwe, dość abstrakcyjne, napisane trudnym do używania w normalnym duszpasterstwie językiem. Mimo że dotyczyły takich tematów jak wychowanie czy wady narodowe, dla zwykłych wiernych „w terenie” były jednak oderwane od realiów życia. Dlatego – Boże, bądź miłościw mnie, grzesznemu – ze skruchą muszę się przyznać, że w ogóle nie realizowałem tego prymasowskiego programu kaznodziejskiego (podobnie zresztą jak inni księża z parafii, gdzie pracowałem).
Tym natomiast, co na ludzi rzeczywiście oddziaływało, było zwoływanie ich na masowe spotkania religijne. Zwłaszcza pielgrzymki na Jasną Górę dawały poczucie, że jest nas wielu, że stanowimy centrum Polski, że tworzymy wspólnotę. Podobną rolę odgrywała peregrynacja Obrazu Jasnogórskiego. Młodego wówczas i dość przemądrzałego księdza, jakim byłem, zaskoczyło to, jak peregrynacja obrazu przemawiała i duchowo „budowała” ludzi – i tych prostych, i inteligencję. Nie była to religijność socjologiczna czy magiczna, ale naprawdę głęboka i przemyślana. Wiem o tym, bo w czasie tych nawiedzeń przesiedziałem dziesiątki godzin w konfesjonale. 
Kolejny ważny element programu Prymasa to obchody Milenium. One bardzo ludzi mobilizowały, bo ze względu na strategię władz PRL mieliśmy poczucie, że wychodzimy prosto na front: na jednym placu „komuchy”, na drugim my... Pamiętam umęczenie znajomych biskupów, którzy jeździli uświetniać swoją obecnością te obchody z jednego miejsca na drugie, ale robili to, bo wiedzieli, że to jest ważne: daje katolikom poczucie, że są obecni w życiu tego kraju, że Bóg jest z nimi, że Kościołem w Polsce kieruje Prymas...
STANISŁAWA GRABSKA: – Oczywiście, że te wielkie pielgrzymki odgrywały pozytywną rolę, bo mobilizowały masy, przynosiły też wiele nawróceń. Były zresztą koniecznością, ponieważ ze względu na inwigilację aparatu bezpieczeństwa duszpasterstwo małych grup było niezwykle trudne. Mnie samej podobał się też charakter propagowanej przez Prymasa pobożności maryjnej. Ukierunkowana ona była na etykę, nie była tylko uczuciowa – ale uczyła odpowiedzialności.
Powiedzmy jednak też otwarcie, że nam, inteligentom, program ten dawał niewiele. Marzyliśmy, by duszpasterstwo masowe uzupełnić duszpasterstwem elitarnym i żeby nas nie zmuszano do latania po tych wszystkich fetach, które nas wcale nie zachwycały. Ale nasze stanowisko nie spotkało się z życzliwym podejściem Prymasa. Pamiętam, jak pewnego razu wdaliśmy się z nim w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej w dyskusję, zarzucając m.in., że pobożność maryjna mimo wszystko jest zbyt płytka, że estetyczna oprawa uroczystości to chała, że pomysł oddania narodu w niewolę jest rażący. Prymas odpowiedział nam na to: „Jak się robi, tak się robi, ale się robi. A jak ktoś będzie mi przeszkadzał, to go zniszczę”.
REDAKCJA: – Czy to cytat?
STANISŁAWA GRABSKA: – Dosłowny. Potem biedny ksiądz (dzisiaj biskup) Dembowski musiał nas tłumaczyć, że nie jesteśmy przeciwni maryjności, tylko chcemy jej pogłębienia.
Kolejny spór dotyczył Soboru. Kiedyś, po Pierwszym Międzynarodowym Kongresie Laikatu, poszliśmy do Prymasa z delegacją i prosiliśmy o trzy rzeczy: liturgię twarzą do ludu, liturgię po polsku oraz duszpasterstwo małych grup. Na wszystkie trzy punkty kardynał Wyszyński stanowczo odpowiedział: „nie”. „Chcecie liturgii po polsku? Księża po łacinie bełkocą. Jak zaczną wam bełkotać po polsku, to dopiero będziecie mieli”. Na prośbę o powołanie grup apostolskich odparł: „Mam za mało księży dla jakichś grupek wzajemnej adoracji”. „Chcecie twarzą do ludu? – usłyszeliśmy w odpowiedzi na nasz trzeci postulat. – Ja często mówię księżom: wasze plecy można oglądać, ale wasze twarze?” Tak się rozmawiało z Prymasem... (...)
STEFAN WILKANOWICZ: – Ja widzę Księdza Prymasa odmiennie, być może dlatego, że poznałem go wcześniej od Was. Z ramienia młodzieży akademickiej miałem zaszczyt witać go podczas ingresu w Warszawie. Potem wraz z niewielką, nieformalną grupą często się z nim kontaktowaliśmy, by przedyskutować nurtujące nas problemy. Był uosobieniem nowoczesności, otwartości, szerokości horyzontów i przystępności. Jeśli potem – jak twierdzi Staszka – zmienił się, to stało się tak pod wpływem ciężaru sytuacji, a zwłaszcza może gorzkich doświadczeń, zawodów, jakie go spotkały.
Moim zdaniem na cały jego program duszpasterski należy patrzeć przez pryzmat jego pierwszego listu pasterskiego, napisanego po nominacji na biskupa lubelskiego: O chrześcijańskie wyzwolenie narodu. Ten tekst do dzisiaj zachował aktualność. Przede wszystkim był on znakomitym przygotowaniem do totalizmu sowieckiego (choć jego krytyka ubrana była w kostium analizy nazizmu – wszyscy jednak świetnie orientowali się, o co chodzi). Kluczem były dwa pojęcia, które przyświecały Prymasowi do końca życia: chrześcijańskie wyzwolenie i godność człowieka.
Patrząc na cały okres prymasowania kardynała Wyszyńskiego, powiedziałbym, że jego program jest znakomitym przykładem inkulturacji chrześcijaństwa w lokalną kulturę. Nowoczesna – na ówczesny czas – wizja chrześcijaństwa, jaką miał Prymas, świetnie weszła w tradycyjny polski katolicyzm i – szerzej – w tradycyjną kulturę narodową. Ale też tutaj zaczyna się problem.
W procesie inkulturacji chrystianizm nie tylko wpływa na zastaną kulturę, zachodzi także proces odwrotny: treści inkulturowane przesiąkają tym, co zastane. Grozi to deformacją chrześcijaństwa. I coś takiego dokonało się po części w przypadku jego programu. Po jego śmierci uniwersalną religię miłości zaczęto przerabiać na – mówiąc jaskrawo i brutalnie – ksenofobiczną religię plemienną. Teraz czeka nas etap trudnego oczyszczania polskiego chrześcijaństwa z tych pogańskich naleciałości.


Religia i naród


REDAKCJA: – Czy Państwa zdaniem charakterystyczny rys myślenia Prymasa, jakim było podkreślanie ścisłego związku między wymiarem religijnym a wymiarem narodowym, nie prowadził do ideologizacji religii?
KS. ADAM BONIECKI: – To, że wiązanie sprawy Kościoła ze sprawą narodu było świadomą strategią Prymasa, usłyszałem z jego własnych ust. W jednej z rozmów tłumaczył mi, dlaczego tak ważna jest Jasna Góra. Powiedział: „Trzeba ten naród skupić wokół symbolu zarazem religijnego i narodowego, bo inaczej zniszczą go nacjonalizm sowiecki i nacjonalizm niemiecki”. Czy takie myślenie prowadziło do ideologizacji religii? Myślę, że na tym polega „dobrodziejstwo inwentarza”: coś się zyskiwało, ale ceną za to było kroczenie po granicy ideologizacji.
HALINA BORTNOWSKA: – Wyjaśnijmy najpierw, co to jest ideologizacja. Rozmowa z grupą biskupów serbskich uświadomiła mi kiedyś, że ich postawa – łączenie narodowości i wiary oraz płomienna żarliwość – nie ma nic wspólnego z ideologizacją. To raczej wspomniana już tutaj radykalna inkulturacja, doprowadzenie do stopienia w jedno tożsamości religijnej z etniczną nie w teorii, lecz w przeżywaniu wydarzeń dziejowych, w całej wizji historii. Ideologizacja polega na instrumentalizowaniu wiary, co robią niektórzy nasi politycy prawicowi. Nacjonaliści celowo zamazują różnicę między przestrzenią wiary a przestrzenią narodu, tymczasem są to rzeczywistości niewspółmierne. Nie ma się obowiązku być członkiem określonego narodu, natomiast poszukiwaczem transcendencji trzeba być.
WOJCIECH WIECZOREK: – Z tym że te najwyższe wartości zawsze są zakorzenione w tym, co historyczne. Dlatego inkulturacja jest niezbędna.
HALINA BORTNOWSKA: – Ale inkulturacja prowadzona przez Prymasa była połowiczna: podjął misję pocieszania, a nie misję budzenia i upominania. Brakowało tego rozszerzenia.
STANISŁAWA GRABSKA: – Momentem takiego rozszerzenia misji był list do biskupów niemieckich. Natomiast generalnie problem nie leży w poczuciu przynależności do danego narodu, tylko w tym, czy ta przynależność ma charakter ograniczający czy otwierający. Mój ojciec mawiał, że patriotyzm polega na ambicji, żeby mój naród odegrał pozytywną rolę w historii świata, także w stosunku do innych narodów. Podzielam opinię Haliny Bortnowskiej, że w programie Prymasa – poza wspomnianym listem – brakło tego rozszerzenia. I zabrakło krytycznego spojrzenia na historię. Była to nie tyle ideologizacja, co idealizacja narodu. (...)
REDAKCJA: – Z jednej strony mamy nauczanie Prymasa na temat narodu i integralnego związku religii z narodem, z drugiej – niezwykły, profetyczny gest, jakim był list do biskupów niemieckich. Jak połączyć te dwa fakty?
STEFAN WILKANOWICZ: – Można je interpretować na dwa sposoby. Albo widzieć w nich sprzeczność, albo dwa nurty, które nie schodziły się ze sobą. Myślę, że w życiu często dzieje się tak, że na co dzień człowiek kieruje się tradycją, przyzwyczajeniami, przywiązaniami, a w sytuacjach granicznych nagle to wszystko przekracza i nie ma w tym żadnej sprzeczności. Czy nie taki był przypadek Jana XXIII: konserwatysta, który nagle, jakby wbrew sobie, zrobił rewolucję w Kościele, bo tak dyktowało mu najbardziej fundamentalne rozumienie chrześcijaństwa?
HALINA BORTNOWSKA: – Decyzja Jana XXIII o zwołaniu Soboru wypływała z jego życia duchowego. Bóg, z którym rozmawiał, uczył go zaufania do ludzi, wychodzenia im naprzeciw. U prymasa Wyszyńskiego przeważała natomiast nieufność do ludzi, co świetnie pokazała rozmowa przypomniana przez Staszkę Grabską.
STANISŁAWA GRABSKA: – Podobnie jak Stefan nie widzę żadnej sprzeczności między katechezą Prymasa w sprawie narodu a listem do biskupów niemieckich. Postawa patriotyczna i narodowa Wyszyńskiego tak ściśle łączyła się z jego chrześcijaństwem, że sam nie dostrzegał tu żadnego napięcia i nie zdawał sobie sprawy, iż list może zostać krytycznie odebrany przez społeczeństwo. Nakładał się na to dodatkowo jego patriarchalizm. Prymas uważał, że on i Episkopat wskazują społeczeństwu, co słuszne, a ono powinno przyjąć to z zaufaniem.
KS. ADAM BONIECKI: – Mam poczucie, że Ksiądz Prymas teraz patrzy na nas z tym swoim charakterystycznym, lekko ironicznym uśmiechem i mówi: nic nie rozumiecie. Bo w sprawie listu do biskupów niemieckich kardynał Wyszyński chyba postąpił przede wszystkim jako mąż stanu. Komuniści nie byli w stanie uregulować stosunków polsko-niemieckich, a Kościół jednym gestem pokazywał, kto jest prawdziwym reprezentantem narodu.
BOHDAN CYWIŃSKI: – Podkreślanie przez Prymasa związku religii z narodem oraz hasło „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” kłócą się ze sobą tylko wtedy, gdy patrzymy na świat w kategoriach politycznych. W kategoriach wiary nie ma żadnej sprzeczności między moją prawdziwie rozumianą godnością a faktem przyznania się do winy.
Prymas wobec Soboru
REDAKCJA: – Sprawą, na tle której doszło do ostrego napięcia między naszym środowiskiem a kardynałem Wyszyńskim – o czym wspominała już pani Grabska – był Sobór Watykański II. Czy słuszne są opinie, że Prymas odnosił się do postanowień soborowych z krytycyzmem?
STANISŁAWA GRABSKA: – Miałam wrażenie, że Kardynał nie tylko chciał niektóre zmiany wprowadzać powoli, ale że do innych postanowień Soboru w ogóle nie był przekonany. Był bowiem ogromnie przywiązany do tej wizji Kościoła, jaką reprezentował Pius XII – bardzo hierarchicznej i paternalistycznej. Ten paternalizm bardzośmy odczuwali i do dzisiaj ciąży on nad polskim Kościołem.
STEFAN WILKANOWICZ: – Ja myślę, że rezerwa wobec Soboru miała mniej zasadniczy charakter. Kardynał przestraszył się rozmaitych nowinek liturgicznych, które na Zachodzie – sam byłem tego świadkiem – przybierały niekiedy formy tragikomiczne. Dlatego opóźniał reformy liturgiczne, w czym miał swoje racje. Natomiast równolegle powinno się było prowadzić akcję przygotowania wiernych do reformy, czego nie zrobiono. W efekcie weszły one na zasadzie rozporządzenia, w dodatku w wydaniu rutynowo-parafialnym.
KS. ADAM BONIECKI: – W sprawie Soboru Prymas zachowywał wstrzemięźliwość przede wszystkim dlatego, że zdawał sobie sprawę, iż Kościół w Polsce to oblężona twierdza, że władze komunistyczne usiłują nas podzielić i skłócić. Był wielkim strategiem w batalii przeciw komunizmowi i nie chciał narażać spoistości Kościoła. A po drugie – jak zauważył Stefan – widział, jakie zamieszanie wprowadziły do Kościoła ruchy kontestacyjne w wolnym świecie.
BOHDAN CYWIŃSKI: – Przypuszczam, że stosunek Prymasa do Soboru był w dużej mierze uwarunkowany politycznie, a mianowicie milczeniem dokumentów soborowych na temat komunizmu. Wyszyński odebrał to milczenie bardzo boleśnie. Nie mówił nam tego wprost, przestrzegał jednak: czytajcie najpierw Lumen gentium, a dopiero potem Gaudium et spes. Innymi słowy: na Soborze ważniejszy jest sam Kościół, a stosunek Kościoła do świata to sprawa drugorzędna. Z dzisiejszej perspektywy dziwię się, że my sami nie zauważyliśmy wtedy tej deformacji w soborowym przedstawieniu ówczesnego „świata współczesnego”. Deformacji – powiedzmy to szczerze – moralnej.
HALINA BORTNOWSKA: – Dotknąłeś tutaj czegoś bardzo ważnego. Sobór nie zajął się naszą częścią świata (zresztą na podobnie silne opory trafiałam zawsze w środowiskach ekumenicznych). Ale trzeba też przyznać, że my sami nie potrafiliśmy w rozmowach z katolikami z Zachodu reprezentować Europy Wschodniej. Podobnie było chyba podczas Soboru. Kardynał Wojtyła należał do grona najważniejszych Ojców soborowych, ale poświęcił się sprawom całego Kościoła. Z kolei głos prymasa Wyszyńskiego nie został odpowiednio zrozumiany.
Skoro jednak mowa o stosunku Prymasa do postanowień soborowych, to często odnosiłam wrażenie, że traktował on Sobór jako dystrakcję, jako przeszkodę w realizacji naszego własnego programu duszpasterskiego.

Wyszyński i Wojtyła


KS. ADAM BONIECKI: – (...) W stosunku do Soboru widać wyraźną różnicę między kardynałem Wyszyńskim a Wojtyłą. Metropolita krakowski przygotował niezwykle dokładny plan wprowadzania w życie postanowień i ducha Soboru. Wydał na ten temat książkę „U podstaw odnowy”, jego kazania z tego okresu to było niezmordowane tłumaczenie Soboru. Natomiast kardynał Wyszyński podchodził do Vaticanum Secundum z pozycji stratega. Widział, że Sobór staje się okazją do nieprawdopodobnej kampanii antykościelnej. Propaganda partyjna czy rozmaici korespondenci Paxu przedstawiali sytuację w ten sposób, że istnieje „dobry”, postępowy Kościół na Zachodzie i reakcyjny Episkopat polski. Ile wysiłku Prymas wkładał, żeby sprostować ten obraz, żeby wyjaśnić światowej opinii publicznej, o co naprawdę w Polsce chodzi! Stąd brała się też jego wrażliwość na krytykę czy ostrożność we wprowadzaniu zmian. (...)
REDAKCJA: – Czy odmienny sposób recepcji Soboru przez kardynałów Wyszyńskiego i Wojtyłę był oznaką jakichś głębszych różnic między ich wizjami Kościoła?
KS. ADAM BONIECKI: – Trudno na to pytanie odpowiadać bez znajomości dokumentów, które nie są opublikowane. Moja intuicja jest taka, że istniały różnice, ale przy jednoczesnym ogromnym wysiłku, aby zachować jedność i harmonizować obie wizje.
STANISŁAWA GRABSKA: – Łączyła ich też maryjność.
KS. ADAM BONIECKI: – Moim zdaniem pobożność maryjna każdego z nich miała nieco inny charakter.
WOJCIECH WIECZOREK: – Te różnice brały się chyba z odmienności biografii. Prymas Wyszyński stanął wobec wyzwania komunizmu i szukał na to wyzwanie odpowiedzi. Kardynał Wojtyła podjął już natomiast następne wyzwanie: to, jakie niesie ze sobą współczesna kultura.
KS. ADAM BONIECKI: – I tak, i nie. Wyzwanie komunizmu było równie ważne dla jednego, jak dla drugiego. Wojtyła z pasją studiował Marksa, zabrał go, zdaje się, nawet na Sobór, i coraz bardziej radykalizował się w swoim antykomunizmie. 
Natomiast różnice biograficzne rzeczywiście były znaczące. Prymasa uformowało seminarium. Natomiast Wojtyła spędził w seminarium raptem trzy lata, wcześniej był robotnikiem, studiował na uniwersytecie i był z tym uniwersytetem związany później jako wykładowca. W jego postawie uderzało mnie zwłaszcza zaufanie do świeckich. Był za tym, aby utworzyć dużo wydziałów teologicznych i skupiać wokół nich laikat. Prymas uważał, że wszystko należy scentralizować. Choć sam związany był przed wojną z Odrodzeniem, jego kontakty ze świeckimi miały inny charakter, od początku był wśród nich jako ksiądz.
STEFAN WILKANOWICZ: – Ksiądz Prymas był przede wszystkim Polakiem. Taka była jego biografia, jego wykształcenie. A kardynał Wojtyła? Tomizm, polska literatura romantyczna, niemiecka fenomenologia i hiszpańska mistyka – takie połączenie od razu stwarzało człowieka uniwersalnego. Do tego dochodziły liczne podróże. Prymas natomiast na problemy Kościoła powszechnego patrzył przez pryzmat doświadczeń Kościoła w Polsce i świadomie ograniczył się do spraw polskich.
Ks. ADAM BONIECKI: – To była jego misja.
BOHDAN CYWIŃSKI: – Nie zapominajmy o różnicy pokoleniowej. Przede wszystkim jednak Prymas nie był teologiem ani filozofem, ale socjologiem-społecznikiem. Na początku różniła ich też formacja historyczna. Kardynał Wojtyła sam kiedyś powiedział, że mu jej brakowało. Dopiero stopniowo wchodził w dzieje kultury polskiej, z czym wiązała się też wspomniana przez ks. Bonieckiego radykalizacja polityczna.

Prymas Wyszyński a „katolicyzm otwarty”


REDAKCJA: – Jak widzą Państwo dzisiaj Wasze spory z kardynałem Wyszyńskim z lat 60. i 70.?
Ks. ADAM BONIECKI: – Ksiądz Prymas lubił mawiać, że w trudnych momentach inteligencja zawsze zawodziła Kościół, a lud przy nim trwał. Z drugiej strony rozmaite środowiska inteligenckie nie zawsze zachowywały się wobec Prymasa lojalnie i nie zawsze cechowała je mądrość. Klasycznym tego przykładem jest epizod opisany w dzienniku arcybiskupa Dąbrowskiego. W jakimś momencie Paweł VI zaczął się zastanawiać, czy nie przysłać do Polski kogoś w rodzaju quasi-nuncjusza. Prymas słusznie widział w tym pomyśle wielkie zagrożenie, obawiał się, że władza dążąca do ateizacji społeczeństwa wykorzysta tę sytuację do manipulacji i dzielenia Kościoła. W tej sprawie inteligencja katolicka zajęła odmienne stanowisko i w szlachetnych intencjach, powodowana troską o dobro Kościoła, podjęła pewne działania. Mam na myśli memoriał, ściśle mówiąc „Opinię” – taki jest tytuł tego dokumentu – profesora Stommy. Sprawę tę niektórzy biografowie Prymasa przedstawiają w sposób absurdalny. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że Prymas nie miał pretensji o treść „Opinii”. Za niefortunne uważał tylko przekazanie tego dokumentu do Watykanu za plecami Episkopatu i podanie go do wiadomości publicznej. Trudno się niezadowoleniu kardynała Wyszyńskiego dziwić, ale sądzę, że rozumiał, iż był to krok podyktowany miłością do Kościoła. (...)
STEFAN WILKANOWICZ: – Ze sprawy tekstu Stanisława Stommy dopiero dzisiaj próbuje się robić wielką aferę. Wtedy odbieraliśmy to znacznie spokojniej. Napięcie nie trwało zresztą długo.
KS. ADAM BONIECKI: – Opublikowane ostatnio notatki Prymasa świadczą, że jednak nie przyjmował do wiadomości tłumaczeń ani Stommy, ani Turowicza. Jerzemu uporczywie zarzucał, że go oszukiwał, twierdząc, że nie znał tekstu Stommy. To zaciążyło na późniejszym stosunku Prymasa do „Tygodnika”. Zresztą podejrzewam, że „Tygodnika” nie czytał systematycznie, raczej zapoznawał się z wycinkami, które ktoś mu przygotowywał. A były to zapewne materiały odpowiednio wyselekcjonowane.
STEFAN WILKANOWICZ: – W całej sprawie bardziej chyba niepokoiło Prymasa stanowisko dyplomacji watykańskiej. Kardynał uważał, że gotowa jest ona porozumieć się z władzami bez wystarczającej znajomości sytuacji, nie doceniając jego kompetencji, jakby ponad jego głową.
STANISŁAWA GRABSKA: – Podczas jednego z corocznych spotkań z delegacją Klubu powiedział nam otwarcie: „Historia pokazuje, że z porozumienia Rzymu z Moskwą nie wychodzi dla Polski nic dobrego”.
KS. ADAM BONIECKI: – Po jednej z wizyt arcybiskupa Poggiego (który zresztą po latach przyznał mi się, że został potwornie wyprowadzony w pole przez komunistów) Prymas wystosował do Sekretariatu Stanu taki list, że w odpowiedzi przypomniano mu, iż Papież ma jednak jurysdykcję w całym Kościele powszechnym. W obronie polskiej racji stanu czy dobra polskiego Kościoła Wyszyński był wspaniały, nieustraszony! (...)

Pytanie o dziedzictwo


REDAKCJA: – Zakończmy naszą dyskusję właśnie pytaniem o dziedzictwo Prymasa, o jego wpływ na dzisiejszy Kościół. Czy ten ogień rzeczywiście płonie?
WOJCIECH WIECZOREK: – Nie jestem tego pewien. Przecież ostatnie dwadzieścia lat to czas pontyfikatu Jana Pawła II. I ważniejsze jest pytanie, co robimy z dziedzictwem czy – lepiej powiedzieć – przesłaniem Papieża. Natomiast fakt, że mieliśmy takiego Prymasa i mamy takiego Papieża z Polski, sprawia, że nazbyt często ulegamy triumfalizmowi, samozadowoleniu – jacy to my jesteśmy świetni i wyjątkowi...
STANISŁAWA GRABSKA: – Dzisiejszy Kościół jest taki, jakim zostawił go Prymas: patriotyczny, romantyczny, paternalistyczny, nie przeniknięty w pełni duchem Soboru. Z tego wszystkiego wynikają i jego siła, i jego słabość. Siłą jest trwałość, słabością – bezbronność wobec tych negatywnych zjawisk, które docierają do nas z Zachodu. Fatalna jest katecheza dla dzieci, brakuje katechezy dorosłych, wielu księży ulega pewnemu przechyleniu nacjonalistycznemu, którego Ksiądz Prymas na pewno by sobie nie życzył. Tym, co ratuje sytuację, są ruchy.
WOJCIECH WIECZOREK: Nie jestem tak pewny tej trwałości polskiego katolicyzmu. Bardzo niepokoi mnie szerzenie się „katolicyzmu ŕ la carte”, wybiórcze podchodzenie do prawd wiary. Fasada wydaje się solidna i niewzruszona, ale w środku dzieje się coś niedobrego. Jest to groźne zwłaszcza wobec nacisku nowoczesnej cywilizacji. Za mojego życia rozbito atom, wylądowano na Księżycu i rozszyfrowano genotyp. Dalszy rozwój nauki jest nie do powstrzymania, dlatego dramatycznie ważne staje się pytanie o etyczny wymiar tej cywilizacji, tak aby ów rozwój służył człowiekowi, a nie zapowiadał jakiegoś nowego nieszczęścia. Czy „selektywna wiara” będzie w stanie udzielić odpowiedzi na to pytanie? 
Ks. ADAM BONIECKI: – Wracając do sprawy wpływu Prymasa na dzisiejszy Kościół: przejawia się on na przykład w konstrukcji konferencji episkopatu. Zmienili się ludzie, konstrukcja pozostała. Czy jest adekwatna do obecnej sytuacji? Prymas przeprowadził nas przez „Morze Czerwone” – to jego bezsprzeczna i kolosalna zasługa. Stworzył strategię, nadprzyrodzoną i ziemską, ocalenia Kościoła, wiary, Polski – i to jest jego największe dokonanie. Natomiast pozostały pewne negatywne skutki uboczne tego programu: religijność emocjonalna i socjologiczna, nurt narodowo-katolicki, fakt, że na pobożność Polaków większy wpływ mają Licheń czy „Nasz Dziennik” niż Katolicki Uniwersytet Lubelski...
REDAKCJA: Może te pozostałości są dowodem, że to, co kiedyś było ratunkiem dla Kościoła, dzisiaj, w czasach wolności, jest negatywnym balastem?
Ks. ADAM BONIECKI: – Tego bym nie powiedział. Myślę, że po prostu trzeba inaczej ustawić priorytety.
HALINA BORTNOWSKA: – Na pewno jednak pora najwyższa, by zmienić konstrukcję konferencji episkopatu. Przykrojona ona była na miarę wielkiej osobowości, gdy jej miejsce zajmują ludzie o mniejszym charyzmacie, staje się obciążeniem. 
Katolicyzm a la carte, który niepokoi Wojciecha Wieczorka, to zjawisko bardziej złożone. Jakiś wybór, jakaś ewolucja tradycji to przecież rzeczy nieuchronne. Jeżeli na talerzu są rzeczy nie do przełknięcia, to nie należy narzekać na selektywność, ale trzeba się cieszyć, że ludzie w ogóle chcą coś z tego talerza brać. Natomiast moim zdaniem traktowanie depozytu wiary jako menu, z którego można dowolnie wybierać sobie „smaczne” składniki, to skutek zaniedbania prawdziwej pracy teologicznej i hermeneutyki, która pozwoliłaby wybierać w sposób przemyślany, tak aby wiara niosła nam nie tylko pociechę, ale także wyzwanie.
BOHDAN CYWIŃSKI: – Świadomie prowokacyjnie chciałbym polemizować z Wojtkiem. Chcesz internalizacji wiary, a równocześnie nie pozwalasz mi na wybór? Co zatem znaczyć ma ta „internalizacja”? Przepraszam, ale jestem osobą ludzką, a nie maszynką do mielenia mięsa, i nie jestem w stanie przyswoić sobie wszystkiego, co Kościół, Matka nasza, we mnie ładuje. Trudno, są dogmaty, przeciwko którym nie będę głośno protestował, ale które mnie samemu nic nie mówią i nic mnie nie obchodzą. Nie będę więc protestował, ale nie będę i klaskał...
WOJCIECH WIECZOREK: – To ciekawa prowokacja, ale już chyba nie na tę dyskusję. Dodam tylko, że mówiąc o internalizacji, miałem na myśli podstawowe wartości moralne, dyscyplinujące nie tyle rozterki, ile zawsze możliwe dewiacje rozumu. Nie jestem też pewien, czy Cię dobrze zrozumiałem.
HALINA BORTNOWSKA: – Nie można odrywać etyki od dogmatyki czy historii zbawienia. Nie można sprowadzać chrześcijaństwa do etyki, bo wszystkie podstawowe wartości moralne dzielimy z innymi pniami refleksji nad ludzkim życiem. Jest tylko jedna wartość specyficznie chrześcijańska – wartością tą jest Chrystus.
STEFAN WILKANOWICZ: – Przed pięćdziesięciu laty, podczas rekolekcji prowadzonych przez ks. Mariana Lewandowicza usłyszałem zdanie, które wydaje mi się kluczowe dla chrześcijaństwa: „chrześcijanin to taki człowiek, który czuje się osobiście związany z Chrystusem”. Myślę, że w tym masowym programie Księdza Prymasa ten osobisty wymiar został jakby usunięty w cień.
STANISŁAWA GRABSKA: – Niepokojącą częścią dziedzictwa Prymasowego jest dla mnie również spór wewnętrzny w Kościele. Przerysowanie linii prymasowskiej prowadzi do ataków na takich księży jak Czajkowski (za dążenie do pojednania katolicko-żydowskiego) czy Hryniewicz (za śmiałą teologię ekumeniczną). Choć, oczywiście, dzielenie katolików na dobrych i złych jest manipulowaniem dziedzictwem kardynała Wyszyńskiego.
BOHDAN CYWIŃSKI: – Może to zabrzmi śmiesznie, ale jednym z ważnych elementów programu Wyszyńskiego było potworne gonienie księży do pracy. Czy najlepiej wybierano pola tej pracy, czy przynosiła ona tylko efekty pozytywne – to inna sprawa. Ale księża pracowali ciężko, i to w czasach, kiedy my, całe społeczeństwo, nie bardzo lubiliśmy się przepracowywać...
STEFAN WILKANOWICZ: – Ten program nie dotykał problemów, które dzisiaj są najważniejsze: globalizacji, pluralizmu, ekumenizmu, marginalizacji... wydaje się więc zdezaktualizowany. Najważniejszy jest Kardynał jako człowiek, ważna jest jego postawa: wierności, odwagi i głębokiej wiary. Jeżeli dojdzie do jego beatyfikacji, to trzeba będzie dobrze wiedzieć, za co jest beatyfikowany, żebyśmy brali od niego miłość heroiczną, a nie braki czy anachronizmy.


Dyskusję prowadził
Jarosław Gowin



Halina Bortnowska, publicystka, działacz społeczny, członek zespołu „Znaku”. 
Stanisława Grabska, dr teologii, publicystka, działaczka katolicka. Wydała m.in.: Nadzieja, która jest wezwaniem (1980), Pacierz w Biblii zakorzeniony (1983), Człowiek wobec Trójcy Świętej (1990).
ks. Adam Boniecki MIC, ur. 1934, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”. Wydał m.in.: Rozmowy niedokończone, Notes, Notes rzymski, Kalendarium życia Karola Wojtyły.
Wojciech Wieczorek, ur. 1928, studiował dziennikarstwo i socjologię na WSNS i UJ w Krakowie, w latach 1981-89 redaktor naczelny „Więzi”. Wydał Szkice z prowincji. 
Stefan Wilkanowicz, ur. 1924, publicysta i działacz katolicki, długoletni redaktor naczelny „Znaku”, przewodniczący Fundacji Kultury Chrześcijańskiej „Znak”.

Pełny tekst dyskusji, do której pretekstem jest artykuł Bohdana Cywińskiego pt. „Rozpalił nam żagiew...” ukaże się w sierpniowym numerze miesięcznika „Znak”. Skróty pochodzą od redakcji „TP”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl