Wszystko zaczyna się od strumienia

Z prof. Jerzym Szczęsnym, hydrotechnikiem z Instytutu Inżynierii Gospodarki Wodnej Politechniki Krakowskiej,
rozmawiają Krzysztof Burnetko i Artur Klimaszewski

 

KRZYSZTOF BURNETKO I ARTUR KLIMASZEWSKI: – Czy Polska ma spójny system hydrotechniczny?
PROF. JERZY SZCZĘSNY: – Polska miała, i to od początku XX w., kilka planów systemu gospodarki wodnej. W 1907 roku powstał plan inż. Beckera. Później propozycję systemu przedstawił prof. Gabriel Narutowicz, późniejszy pierwszy prezydent II RP. Po II wojnie pierwszy kompleksowy program powstał w 1956 r.; autorem był prof. Balcerski z Politechniki Gdańskiej. Potem był gierkowski program „Wisła”. Równolegle powstawały wtedy plany regionalne, opracowywane przez biuro projektów „Hydroprojekt”. 
Początkowo plany te dotyczyły głównie niedoborów wody. To był wtedy problem, zważywszy na elektryfikację kraju i politykę rozwoju przemysłu ciężkiego. Z czasem akcent przesunął się na problem zapobiegania powodziom – choćby dlatego, że spada zużycie wody pitnej, a w warunkach rynkowych przemysł ciężki jest redukowany. 
– Ale na ile te stare plany mogą być przydatne dziś? 
– Większość z nich ma charakter kompleksowy, a inwestycje hydrotechniczne są długowieczne. Na podstawie tych programów w każdej chwili można zacząć działać. Problem w tym, że choć powstawały coraz to nowe plany, to żaden nie został w pełni zrealizowany. W efekcie Polska jest na ostatnim miejscu w Europie pod względem zagospodarowania zasobów wodnych. Przyjmuje się na przykład, że zbiorniki retencyjne powinny pomieścić od kilkunastu do kilkudziesięciu proc. odpływu rocznego wody. A w dorzeczu górnej Wisły ten wskaźnik wynosi 6, 5 proc. To za mało. 
– Ekolodzy protestują, twierdząc, że zbiorniki źle wpływają na otoczenie. I podają choćby przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie ostatnio się je likwiduje. 
– Na burzenie zbiorników mogą sobie pozwolić ci, którzy mają już gotowe i spójne systemy hydrotechniczne. Ponadto Stany Zjednoczone stać na zmiany sposobu zagospodarowania rzek.
Co ważne: do końca lat 80. zbiorniki retencyjne dzielono ze względu na przeznaczenie: energetyczne, zaopatrujące w wodę przemysł, powodziowe itd. Ostatnio zakłada się, że system powinien działać jak organizm, bo poszczególne jego elementy są współzależne. W systemie powinny być więc małe i duże zbiorniki, ważny jest układ roślinności i model zabudowy w okolicy rzek, to, jak poprowadzone są drogi i odwodnienia itd. System hydrologiczny to nie tylko sprawa techniki, ale też gospodarki przestrzennej na danym obszarze. Jeżeli nie połączymy tych elementów, to dostaniemy efekt, jaki obserwujemy. 
– Jak zatem można opisać strategię dla Polski na dziś? 
– Problem zaczyna się w górach, na poziomie gospodarki leśnej. Kiedy deszcz pada na obszar zalesiony, czas dojścia wody do rzeki jest wydłużony – musi ona przedostać się przez rośliny do gruntu, tam jest częściowo wchłaniana i dopiero reszta przesącza się dalej. Kiedy w górach wycina się lasy i buduje domy, doprowadza do nich media, tworzy sieć prowizorycznych dróg leśnych i dróg dojazdowych dla mieszkańców, to w czasie wezbrań ta sama objętość wody, która kiedyś spływała dwa dni, teraz płynie kilka godzin. W Polsce w latach 70. rozwinęło się budownictwo rekreacyjne, m.in. w górach. Przykładem Bukowina Tatrzańska: wielka wieś powstała na grani. To, co było piętrem lasu, jest zabetonowane. Tam woda nie wsiąka, ale płynie po betonie, po ulicach. Ingerencja człowieka zaburza równowagę na poziomie tzw. piętra górskiego. Jeśli piętra funkcjonują w sposób naturalny, jest czas na zneutralizowanie skutków opadów. Jeśli przekształcamy góry z użyciem mechanizacji, tworząc układ liniowy w postaci dróg, betonowych podwórek itd., burzymy zdolności retencyjne. Stąd wylewy Odry i Wisły w warunkach obserwowanego ostatnio zjawiska wzrostu intensywności lokalnych opadów.
– Domów nie sposób wyburzyć, a założonych pól zostawić ugorem.
– Oczywiście, nie cofniemy się do stanu wyjściowego. Nie powstrzymamy ludzi przed budowaniem w górach, lecz na działkach budowlanych powinien zostać wprowadzony obowiązek utworzenia urządzeń wspomagających retencję. Dotyczyć to musi każdego osiedla czy większej inwestycji. Ludzie cierpią, bo są sami sobie winni. Dbamy tylko o to, by wszystko było użyteczne, chcemy mieć komfort i żadnej odpowiedzialności za skutki naszych poczynań. 
Francuzi opracowali ostatnio ciekawy program spowolnienia odpływu fali wodnej. Trzeba tak utrwalić drogi leśne, by móc eksploatować las, a nie rozszerzać zanadto ich sieci. Trzeba je odwodnić, a spadek kanałów odwadniających powinien być co pewien odcinek zmniejszony i poprowadzony pod stok, by prędkość odpływu była mniejsza. Trzeba też rozproszyć odprowadzanie wody z takich kanałów. A drogi już nie używane warto na nowo zalesić. 
Chodzi więc o to, by wydłużyć czas koncentracji fali wezbranej wody i stworzyć system kontroli jej przepływu. Do tego niezbędne są różne formy małej retencji: niewielkie zbiorniki na potokach górskich, które by wyhamowały impet wody.
– Obecna powódź pokazała, że największym problemem są małe strumienie i rzeczki, które zazwyczaj ignorujemy.
– Dawniej przy strumieniach działały młyny, które mogły zatrzymać nieco wody. Wokół potoków były również mokradła, co też służyło retencji. Po wojnie młyny zlikwidowano, a mokradła osuszono. 
Na tym poziomie system retencyjny można jednak łatwo odtworzyć. Potoki łączą się zwykle w miejscach stosunkowo płaskich. Jeżeli spadek maleje, to jest to miejsce na zbiornik. Trzeba w takim miejscu wybudować przegrodę z odprowadzeniem dennym, które umożliwiałoby na co dzień przepływ nawet dużej wody. 
Bo ważne jest, by urządzeń retencyjnych nie uruchamiać za wcześnie – kiedy słabo pada, wodę wchłonie sam las, a reszta sama spłynie. Wahania przepływu wody są naturalne i konieczne w przyrodzie. Ingerencja w postaci wyłapania spływającej ze stoków wody do zbiorników powinna nastąpić dopiero wtedy, gdy wody zaczyna być rzeczywiście za dużo, jak na możliwości retencyjne samej natury.
Kłopot w tym, że w Polsce nigdzie nie zrealizowano tego pomysłu. Jedynie w Sudetach istnieje kilka tzw. suchych zbiorników – ale wybudowali je przed stu laty Niemcy. A przecież nie są to wielkie inwestycje. To zwykłe uporządkowanie małych połaci terenu – chodzi o jeden mały zbiornik na, powiedzmy, 3 km kw. zlewni. To jest jak dach i rynna: pod rynną musi stać coś, co przyhamuje intensywność spływu, aby później puścić wodę do kanału. 
Małe formy mogłyby być finansowane przez gminy czy związki gmin – zwłaszcza, że do prac da się wykorzystać naturalne materiały, a roboty dadzą zatrudnienie miejscowym. Więcej: umiejętnie zaprojektowany zbiornik może wzbogacić krajobraz i przyciągnąć turystów. A gdyby samorządom brakło pieniędzy, to są fundusze ekologiczne. Nie mówiąc o tym, że akurat takie inwestycje powinno wesprzeć państwo. 
Najpierw trzeba uporządkować małe potoki. Bo za błędy popełnione na tym poziomie zawsze zapłacą tereny położone niżej. Choć oczywiście nie należy na tym poprzestać. Nawet gdy natężenie przepływu wody uda się zmniejszyć w górnym piętrze, trzeba zapobiec jego ponownemu wzrostowi przy połączeniu strumieni. Wodę należy znowu zamknąć w większych zbiornikach – już o pojemności 2-10 mln m. sześc. – położonych blisko zagrożonych terenów. Zbiorniki te zwykle stać będą niemal puste i można ich wtedy używać do celów rekreacyjnych. A w momencie zagrożenia wypełnią się. 
Niżej na górskich rzekach trzeba zastosować retencję sterowaną. Przykładem kaskada Soły, Goczałkowice na Wiśle, Czorsztyn na Dunajcu czy niedokończony zbiornik w Świnnej Porębie na Skawie. Ale to wciąż za mało. 
– Czorsztyn przez lata wywoływał kontrowersje. Protestowali ekolodzy, na początku lat 90. były starcia z policją. 
– Kto miał rację, pokazał rok 1997, kiedy to dopiero co ukończony zbiornik w Czorsztynie uratował przed powodzią położone niżej wsie oraz Stary i Nowy Sącz. Zwolennikiem Czorsztyna był już w latach 20. Narutowicz. Dyskusje z ekologami trwały od czasu powstania koncepcji tego zbiornika ze względu na ochronę klimatu Pienin. Ale udało się przeforsować ten pomysł ze względu na jego znaczenie energetyczne i przeciwpowodziowe. Inwestycję zaczęto jednak realizować dopiero pół wieku później w ramach planu „Wisła”. Do pomysłu pozyskano ludność, bo okazało się, że taki zbiornik wodny aktywizuje turystycznie teren. A w 1997 r. zatrzymał bardzo dużo wody. Położony niżej Rożnów nie poradził sobie i straty na dolnym Dunajcu były znaczne.
– A jak chronić się na nizinach?
– Zagrożenie na równinach wynika z faktu, że rzeki, choć zwykle spokojne, niosą jeszcze zawsze wielkie masy wody. Teren jest pofałdowany – najniebezpieczniejsze są zagłębienia, które nawet przy małym przyborze momentalnie się zapełniają. Ostatnim przykładem Gdańsk, gdzie woda spływająca z zabudowanych wzgórz zapełniła obszary miasta. Uderzenie było tak gwałtowne, że na niżej położonych ulicach ludzie nie zdążyli nawet opuścić samochodów. 
Sposobem ochrony są tu wały i poldery. Polder powinien być użyty od pewnego stopnia zagrożenia wału – chodzi o uchronienie terenów zamieszkanych kosztem zalania obszarów niezabudowanych. Innymi słowy powodujemy kontrolowaną katastrofę. 
– We Wrocławiu Niemcy zostawili system polderów, a jednak w 1997 r. do miasta wdarła się powódź. 
– Niemcy zaprojektowali polder, tyle że później Polacy zabudowali go. W czasie dłuższych okresów suszy ludziom wydaje się, że na Wiśle i Odrze problem powodzi zniknął. Dlatego budują, gdzie popadnie. Na górnej Wiśle inżynierowie przewidzieli 273 miejsca na zbiorniki. Dziś większość tych miejsc jest zabudowana. Czy wszyscy koniecznie chcą żyć w rzece?! Tereny nadbrzeżne są płaskie, łatwo dostępne. Lecz jest to użyteczność chwilowa, co pokazały ostatnie dni. To kwestia prawa budowlanego i pozwoleń na zabudowę terenów przydatnych dla ochrony przeciwpowodziowej. Fakt, że władze je wydają, świadczy o braku odpowiedzialności. Ale jak widać ludzie kochają ryzyko. Mieszkańcy terenów sejsmicznych też wracają na stoki wulkanów.
W miastach ważną kwestią jest też zapewnienie odpływu wody powodziowej – tak, by nie gromadziła się na ulicach. We Wrocławiu takiego odpływu nie ma.
Co trzeba zrobić w pierwszej kolejności, by nie powtórzył się obecny kataklizm? Które z inwestycji już rozpoczętych są najpilniejsze? Co trzeba zrobić od podstaw? Mówi się choćby o systemie radarów meteorologicznych. 
– Musimy się liczyć z realiami finansowymi. Bo hydrotechnika to kolosalne koszty. Na dodatek przez lata nasz sposób budowania był taki, że jego odwrócenie nie jest łatwe. Jednak musimy również pamiętać, że nasze działania służyć będą już nie tyle nam, ale przyszłym pokoleniom. 
Niezbędne elementy systemu to: ostrzeganie, retencja powierzchniowa, retencja na małych zbiornikach, wały, poldery, zbiorniki sterowalne. Ze względu na ograniczone środki musimy dokonać gradacji. Skoro nie mamy właściwej retencji, musimy w razie zagrożenia skupić się na ratowaniu ludzi w sposób operacyjny. Stąd potrzeba monitoringu. Następnie trzeba przebudować część istniejącej infrastruktury. Trzeba jasno powiedzieć: pewne obszary będą stale zalewane i nie ma sensu ich odbudowa. Te miejsca ludzie powinni bezwzględnie opuścić. Państwo może ich ku temu skłaniać – nie administracyjnie, ale na przykład przez odpowiednio różnicowaną pomoc: większą dla tych, którzy zdecydują się przenieść na bezpieczne tereny. Przecież już teraz firmy ubezpieczeniowe żądają wyższych składek na obszarach zalewowych. Oczywiście oczyszczenie stref zagrożonych to zadanie na lata. Lecz państwo nie może pokrywać zawsze wszystkich szkód, powinno natomiast wspomóc zmiany w zagospodarowaniu przestrzennym. 
Na terenach mniej zagrożonych trzeba przystosować budownictwo tak, by wytrzymało napór wody. Chodzi o odpowiednie fundamenty, wejścia na odpowiedniej wysokości itp. 
Kolejnym etapem jest utworzenie sieci retencyjnej na szczególnie bogatych w opady obszarach Dunajca, Soły, Skawy, małej Wisły, górnego Sanu. Zlokalizowane tam duże zbiorniki będą działały na osi Wisły, chroniąc jej środkowy bieg. Na razie takich zbiorników jest za mało. Przy uznaniu kompleksowości systemów hydrotechnicznych nacisk powinien być położony na bezpieczeństwo obszarów zagrożonych i na ochronę jakości zasobów wodnych – szczególnie na terenach górskich. 
Na płaskich terenach sytuacja jest lepsza: wsiąka więcej wody, a teren jest obwałowany. Na dolnej Wiśle miała powstać kaskada ułatwiająca żeglugę i pozyskanie energii. Dzisiaj energia wodna jest na dalszym planie, a stary system żeglugowy zaspokaja potrzeby. Mówi się o zabezpieczeniu Włocławka poprzez budowę tamy w Nieszawie, ale trzeba zmniejszyć intensywność erozji koryta Wisły poniżej stopnia Włocławek, a to wymaga ogromnych nakładów. Najpilniejszą sprawą na Odrze i na Wiśle, przy braku środków, jest praca organiczna w górnym biegu tych rzek. Tam musimy wyznaczyć tereny pod budowę urządzeń przeciwpowodziowych i zabezpieczyć je prawnie. Musimy zbudować sieć zbiorników sterowalnych, najpierw zaś dokończyć Świnną Porębę i poprawić warunki ochrony przeciwpowodziowej na dolnym Dunajcu. Jak się okazuje, zbiornik Rożnów jest za mały. 
Trzeba inwestować w zbiorniki. Pieniędzy jest mało. Odbudowa struktury zabudowy na terenach nawiedzanych powodzią obejmuje zwykle modernizację dróg, chodników itd., a równocześnie nie rośnie poziom ich ochrony. Czy z modernizacją nie należałoby poczekać do czasu utworzenia systemów zabezpieczających? Chodzi o racjonalność wykorzystania tych małych funduszy.
Szans na pełne bezpieczeństwo nie ma. Natury do końca nie ujarzmimy.

Z prof. Jerzym Szczęsnym rozmawiali Krzysztof Burnetko i Artur Klimaszewski

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl