Niekoronowany król Polski

KS. ADAM BONIECKI

 

W mrocznej krypcie warszawskiej katedry ktoś na sarkofagu kardynała Stefana Wyszyńskiego rozłożył wstęgę jednego z wieńców tak, aby każdy mógł przeczytać napis: „Niekoronowany król Polski”. 
Pierwszy raz zobaczyłem go 6 lutego 1949 roku, kiedy obejmował warszawską prokatedrę (katedra leżała jeszcze w gruzach). Był niebywały tłok i wszyscy wiedzieliśmy, że dzieje się historia. Z jego przemówienia zapamiętałem niezwykły, oczarowujący słuchaczy głęboki, melodyjny głos i niespotykany sposób zwracania się do wiernych: „Dzieci Boże i dzieci moje”. Potem kilka razy słuchałem jego kazań. Na kazania Prymasa się chodziło, bo każde z nich było wydarzeniem. Kiedy ulicami Warszawy prowadził procesję Bożego Ciała (zakończoną wielkim kazaniem) miasto pustoszało. Wszyscy byli na Krakowskim Przedmieściu. Teraz nikt już tak nie przemawia. W tamtych mrocznych latach lęku, kiedy pierwszą zasadą było uważać na każde słowo albo wcale nie mówić, on mówił głośno i bez lęku. Mówił to, o czym wszyscy wiedzieliśmy, o naszych krzywdach i poniżeniu. Nie lamentował. Mówił ze spokojem i mocą. Tak go z lat pięćdziesiątych zapamiętałem. I jeszcze niezwykłe spotkanie, gdy w 1956 roku poszedłem witać go do arcybiskupiej rezydencji po wyjściu na wolność. Żaden z więzionych przez komunistów biskupów nie wyszedł na wolność tak jak on, jako zwycięzca. Wrócił do Warszawy i Gniezna na prośbę władzy. To ona potrzebowała jego spokoju i siły. Miałem wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat i płakałem ze wzruszenia, wierząc, że oglądam tryumf dobra nad złem. 
Był głową Kościoła w Polsce. To nie urząd predestynował go do tego. Przecież każdy biskup jest biskupem samodzielnym, podlega papieżowi. Ale on potrafił narzucić swój autorytet biskupom. Kościół w Polsce był wtedy oblężoną twierdzą, w której nie ma miejsca na dysputy i podziały. W oblężonej twierdzy jest wódz i jest posłuszeństwo wodzowi. Strategia prymasa była jasna: wiedział, że musi skupić wiernych wokół tego, co religijne i narodowe. Wiedział, że w czasie zaborów miejscem, w który Polacy odnajdywali swą tożsamość, była Jasna Góra – owiane legendą sanktuarium narodowe i maryjne, bo religijność Polaków – wiedział – jest maryjna. Więc skupił naród wokół Jasnej Góry. Genialny strateg? Może. Ale nie da się zrozumieć kardynała Wyszyńskiego bez jego wiary. Te wszystkie akty pobożności, do których mobilizował społeczeństwo: śluby, oddanie się w niewolę Matce Boskiej, czuwania jasnogórskie wszystkich kolejno polskich parafii, wędrówka obrazu i tak dalej, wypływały z jego wiary. Wódz nie może się wahać. Działał zdecydowanie, bez rozterek, dlatego że wierzył i ufał Panu Bogu i Matce Bożej. Skąd wiemy o jego wierze, chciałoby się rzec, dziecięcej? Choćby stąd, że wiemy, jak umierał. W tę ostatnią drogę pokorny sługa Boży wyruszał tak, jak żył. Całe życie pracuje się na tę godzinę prawdy, na taką śmierć. 
Umiał być dla ludzi twardy, przykry, ale też pełen mądrej czułości. Zdarzyło mi się dostać od niego surowy list, w którym upomniał mnie za jakiś artykuł. Mój Boże – ja, młody ksiądz i on, Prymas Polski... Artykuł zawierał opis jakiegoś, moim zdaniem, ciekawego eksperymentu we Francji. Siadł do maszyny i napisał tych kilka rozgniewanych zdań. Chodziło mu o obraz Kościoła. Niestrudzenie obecny wszędzie tam, gdzie uważał, że trzeba być, skupiony, doskonale zorientowany. Twardy, a przecież niezwykle ludzki. Kiedyś zadzwonił do niego milicjant: księże prymasie, znaleźliśmy na ulicy kompletnie pijanego księdza. Co z nim zrobić? Odpowiedź – postąp z nim tak, jakbyś postąpił ze swoim ojcem. 
Drażniło go pięknoduchostwo inteligencji. Środowisko, w którym żyłem, i pismo, w którego redakcji pracowałem, zafascynowane było Soborem Watykańskim II. Z pasją opisywaliśmy doświadczenia Francji, Holandii. Krytykowaliśmy jego – jak sądziliśmy – tryumfalizm. A on gromadził na Jasnej Górze miliony. Seminaria były pełne, funkcjonował, utrzymywany z ofiar wiernych, Katolicki Uniwersytet Lubelski. We władcach komunistycznych Prymas budził lęk, choć to oni dysponowali wszystkimi środkami przemocy. Bił ich na głowę prawością, bezinteresownym zaangażowaniem i mądrością. Dlatego każdy z nich, po kolei, kiedy czuli się zagrożeni – szli do niego: Bierut, Gomułka, Gierek, Jaruzelski.
Jan Paweł II powiedział, że nie byłoby polskiego papieża, gdyby nie było Prymasa Tysiąclecia. Pewnie tak, bo dzięki Prymasowi Kościół w Polsce był tym, czym był, zjawiskiem wyjątkowym w krajach realnego komunizmu. Słynna jest ta scena, kiedy przed składającym homagium Prymasem Jan Paweł II pada na kolana i całuje jego rękę. W tym geście zawierała się długa historia ich współpracy. Bo choć w wielu sprawach się różnili, choć na wiele spraw patrzyli inaczej, choć – jak się można domyślać – niekiedy styl jednego mógł irytować drugiego, to przecież naprawdę byli razem i darzyli się szacunkiem i sympatią – przecież w niczym nie musieli ze sobą rywalizować. Kiedy Prymasowi odmówiono zezwolenia wyjazdu do Rzymu na Synod – Wojtyła na znak solidarności także nie pojechał. 
Można się zastanawiać, jakim cudem Polsce trafił się mąż opatrznościowy, nie koronowany król, taki Prymas? Czy to społeczeństwo, wyczuwając potrzebę przywódcy, taki obraz prymasa sobie wytworzyło, czy też rzeczywiście był człowiekiem danym nam przez Opatrzność?
Jego curriculum vitae do pewnego stopnia daje na to pytanie odpowiedź. Pozostaje faktem, że był i w tamtych okropnych czasach odegrał decydującą rolę w dziejach swojego ludu: przeprowadził go przez Morze Czerwone. 
Po przejściu przez Morze Czerwone, Żydzi nie byli ani lepsi, ani mądrzejsi. Wprost przeciwnie... Dopiero drugie pokolenie weszło do Ziemi Obiecanej. Jednak, żeby weszło drugie pokolenie, trzeba było pierwsze wyprowadzić z domu niewoli. I tego Prymas dokonał. 

Ks. Adam Boniecki

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl