Dwanaście koszy ułomków

Aniołowie pracujący w pocie czoła

KS. STANISŁAW MUSIAŁ SJ

 

Nawet zagorzały antyklerykał czy wręcz „osobisty wróg” Pana Boga – Mateusz, musiałby pochylić swe czoło przechodząc koło pustelni któregoś z Ojców Pustyni. Jeśli już nie dlatego, że ów pustelnik byłby dla niego obrazem Boga (a potrafili być czasem „płonącym” wizerunkiem Boga!), to z uwagi na walor jego człowieczeństwa. Musiałby docenić u niego przynajmniej to jedno: ten człowiek nie jest ciężarem dla nikogo, nie żyje z jałmużny, nie utrzymuje się z łaskawie „wymuszonych” datków, nie „opodatkowuje” religijności innych ludzi, nie żyje z kultu.

Nie wystarczy jednak powiedzieć, że Ojcowie Pustyni żyli z pracy swych rąk. Większość ludzi wówczas przecież tak żyła. To, co ich wyróżniało, była świadoma wola produkowania rzeczy najprostszych, „najpokorniejszych”, nie mających w sobie nic z wyrafinowania, jeśli idzie o materiał przetwórczy, ani nic z kunsztu, artyzmu, jeśli idzie o sposób wykonania produktu. Na targowiskach w Egipcie, jeśli ktoś sprzedawał plecionki, maty, kosze z wikliny, trzciny czy liści palmowych – a więc rzeczy najprostszego użytku – mówiono: „To mnich!” Jeśli natomiast ktoś sprzedawał towar lepszej jakości, jak np. płótna, to mówiono: „Oto kupiec!” „Kupiec” oznaczał kogoś, kto szuka zysku. „Mnich” – kogoś bezinteresownego. W niektórych regionach Egiptu Ojcowie produkowali wprawdzie wyroby lniane, a więc trochę „luksusowe” w ich pojęciu, ale robiono to rzadko. W ogóle zasadą było wykorzystywać do pracy materiał sezonowy czy występujący w danym regionie. W Scetii na przykład wykorzystywano trzcinę, sitowie, gdzie indziej wiklinę czy liście palmowe. Materiał gromadzono w swych celach. Tam sechł. Moczono go w wodzie, zwłaszcza w przypadku liści palmowych. Te ostatnie potem przecinano wzdłuż maczetą lub nożem i splatano z nich sznury-plecionki, które służyły później do wyrobu wielu rzeczy: koszy, mat, a nawet uprzęży dla zwierząt pociągowych. Niektórzy Ojcowie byli wręcz stachanowcami pracy. Ojciec Achilles potrafił przez jedną noc zrobić 24 metry plecionego powroza. Wykonywali tę pracę tak mechanicznie, że nie potrzebowali do niej światła. Co więcej, praca ta nie przeszkadzała im się modlić. Ewentualne nadwyżki zyskowe przeznaczano dla ubogich, odprowadzając je zwykle do kościoła, gdzie zbierano się na modlitwę i eucharystię w sobotę wieczór i niedzielę. Nieodzownym narzędziem warsztatowym mnicha był nóż. Była to taka konieczność, że nawet złodzieje ją szanowali. Gdy pewnego razu bandyci zabrali Ojcu Agatonowi wszystko z jego celi, przynieśli mu później jego nóż, który mu omyłkowo zabrali.

Nawet gdy któryś z Ojców żył w tak wielkim oddaleniu od osad ludzkich, iż nie miał żadnych szans na sprzedanie towaru, nie uchylał się od pracy fizycznej. Jan Kasjan podaje historię mnicha, który zaszył się w głąb pustyni na odległość siedmiu dni marszu, i który utrzymywał się uprawiając ogródek warzywny przy pustelni. Wyrabiał on codziennie koszyki z liści palmowych, które potem składował na odpowiednim miejscu i raz w roku podpalał, by wszystko zacząć od nowa.

Żmudna, często kalecząca ręce praca nie spotykała się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony niektórych mnichów. Nie tyle z tej racji, że bali się pracy. Jan Kolobos, mieszkający razem w pustelni ze swym starszym bratem, oświadczył pewnego razu temu ostatniemu, że ma dosyć życia przyziemnego. Postanowił upodobnić się do aniołów, którzy nie pracują, tylko chwalą Boga dzień i noc. „Chcę żyć jak oni – powiedział – wolny od wszelkich ziemskich trosk”. Po tych słowach zabrał swój płaszcz i udał się w głąb pustyni. Po kilku dniach, pod wieczór, starszy brat słyszy stukanie do drzwi pustelni. Pyta: „Kto tam?” „To ja, twój brat Jan”. „Jana już nie ma. Przestał być człowiekiem. Jest aniołem” – odpowiedział głos z wewnątrz pustelni. „Proszę cię, otwórz!” – nalegał młodszy brat. „Przecież powiedziałem, że Jana nie ma już pośród ludzi. Został aniołem”. I tak prowadzili ten dialog całą noc, aż do rana. Gdy starszy brat otworzył wreszcie o świcie drzwi pustelni, nie omieszkał udzielić reprymendy Janowi: „Jesteś człowiekiem. Żeby żyć, musisz pracować”. „Przebacz mi!” – odpowiedział młodszy brat. Przeżył prawdziwe nawrócenie. I został prawdziwym mnichem-aniołem, także za cenę pracy w pocie czoła.

Ks. Stanisław Musiał SJ

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl