Miejsce przyjazne

Z Agnieszką Morawińską, nowym dyrektorem Zachęty, rozmawiają Bogusław Deptuła i Piotr Kosiewski

 

Tygodnik Powszechny: Zachęta należy do tych instytucji, które finansowane są bezpośrednio przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ponieważ uznano je za ważne dla kultury narodowej. A czym Zachęta jest dla Pani?
Agnieszka Morawińska: – Toczą się dyskusje wokół definicji pojęcia „instytucja narodowa”. Czy instytucją taką jest np. Stary Teatr? Czy aby zasłużyć na to miano, wystarczy być bardzo dobrym teatrem? Zapewne tak, jeśli zgodzimy się, że „instytucja narodowa” to synonim najwyższej jakości. A Zachęta? Uważam, że w panoramie Warszawy powinna, zachowując wszystkie proporcje, odgrywać rolę paryskiego Grand Palais – wielkiego salonu wystawowego. Nie ograniczałabym jej działalności wyłącznie do prezentacji sztuki najnowszej ani tylko sztuki polskiej. Należy po prostu jak najlepiej wykorzystać te jedyne w Warszawie sale wystawiennicze, pokazując wystawy o największym znaczeniu.
– To znaczy, że w Zachęcie może się znaleźć każda dobra wystawa?
– Tak uważam.
Czy nie grozi to rozmyciem programu? W ostatnich latach był on wyrazisty i czytelny. I czy Zachęta nie stanie się konkurentem np. dla warszawskiego Muzeum Narodowego?
– W praktyce do realizacji tego założenia zapewne nie dojdzie, ale nie z powodu lęku o czytelność programu. Muzeum Narodowe nie może dzisiaj spełniać swoich zadań, ponieważ nikt nie zapewnia mu stosownych warunków. A jego zadaniem powinna być przede wszystkim dbałość o galerie stałe. Zamiast tego musi gonić od jednej wystawy do drugiej, bo to jedyny sposób na pozyskanie sponsorów i obecność w mediach. Zaniedbuje więc podstawowe obowiązki wobec publiczności. „Impresjoniści” okazali się dla muzeum wielkim szczęściem, bo w ciągu dwóch miesięcy „wykonano” roczną frekwencję. Z drugiej strony gmach wymaga remontu. I nic na to nie poradzimy. Jednocześnie muzeum, dzięki zbiorom sztuki dawnej, ma silniejszą pozycję, bo – mówiąc wprost – ma towar na wymianę. Tę paradoksalną sytuację zmieniłaby jakaś polityka kulturalna. Ale tej nie ma. Chociaż pewnie można by ją prowadzić.
– Mówi Pani o obowiązkach muzeum wobec publiczności. A jakie są obowiązki Zachęty?
– Powinna spełniać obowiązki nałożone przez jej założycieli. Wszyscy pamiętają, że Zachęta powstawała w latach sześćdziesiątych XIX wieku, w okresie zaborów, ale także wielkich zawirowań i przemian społecznych. Nie było mecenatu państwowego, społeczeństwo wzięło więc na siebie obowiązki państwa wobec sztuki, doceniając, że jest ona wielkim narodowym bogactwem. Ostatnie dziesięciolecie XX wieku to także czas wyraźnych przemian społecznych. I znów zmieniają się zadania i oczekiwania wobec sztuki. Konwulsyjna sztuka naszych czasów jest zapewne trudniejsza niż pamiętna „Śmieć Barbary Radziwiłłówny”, obraz, który stał się symbolem Zachęty. Dlatego współżycie z artystyczną współczesnością jest czasem tak bolesne – tego jednak nie unikniemy.
– A jak założenia przełożyć na praktykę?
– Trzeba bardzo wyraźnie określić, co pokazujemy. Nie zamierzam sterować odbiorem, ale niezbędny jest jakiś łącznik między dziełem a widzem. Trzeba też pamiętać, dla kogo przygotowuje się wystawę. Nie oznacza to, że ma się ona przez to stać bardziej naiwna czy populistyczna. Chciałabym tylko, by była rzetelnie i uczciwie objaśniona. 
– Niezbędna jest edukacja...
– Tak, choć mam wrażenie, że nawet edukując, często rozciągamy jakąś kurtynę. oddzielającą widzów od sal wystawowych. To jest wina nas wszystkich. Z drugiej strony, trudno się temu dziwić – także historycy sztuki mają trudności z najnowszą sztuką. Więc wystawy często pozostawiają zdezorientowaną publiczność samą, w poczuciu rosnącej nieufności. 
– Czy dzisiaj także można mówić o obowiązkach narodu wobec sztuki?
– Tak, a także o obowiązkach miasta, gminy, samorządów... I o konieczności wyciągnięcia lekcji z sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się wskutek tragicznych wypadków dziejowych. Jesteśmy bowiem krajem, który – wbrew ogólnemu przekonaniu – ma słabe zasoby artystyczne. W naszych kolekcjach nie ma liczących się dzieł sztuki światowej XIX i XX wieku. A my w tej chwili przygotowujemy następnym pokoleniom podobną sytuację. Nie będziemy mieć nawet przyzwoitych kolekcji artystów polskich, którzy zaistnieli na rynku światowym – Magdaleny Abakanowicz czy Mirosława Bałki. Można pogratulować Mariuszowi Hermansdorferowi czy Ryszardowi Stanisławskiemu stworzenia kolekcji we Wrocławiu i Łodzi, ale w zbiorach warszawskich znaleźć można wyłącznie prace sprzed dziesiątków lat. Niczego albo prawie niczego nie kupujemy. Dlatego dążenie Andy Rottenberg do stworzenie muzeum sztuki nowoczesnej jest ze wszech miar godne poparcia. Mam nadzieję, że wrócimy do jej projektu.
Czy są granice tego, co można pokazać w Zachęcie? Czy znalazłoby się w niej np. miejsce na głośną, ale bardzo kontrowersyjną wystawę Sensation, na której wystawiono wizerunek Madonny otoczony odchodami słoni? 
– Nie bałabym się jej pokazać, ale wystawę poprzedziłabym kampanią informacyjną, wyjaśniającą okoliczności powstawania prac, intencję artystów i kuratorów – tak, aby wszyscy byli uprzedzeni, co zastaną. 
A co chciałaby Pani pokazać w Zachęcie? 
– Kilka wystaw monograficznych, które kontynuowałyby tę dobrą tradycję Zachęty. Pokazałabym dorobek Jacka Sempolińskiego, Stanisława Fijałkowskiego, Ewy Kuryluk....
– Magdaleny Abakanowicz?
– Oczywiście, ale nie chodzi o to, aby po raz kolejny wyciągnąć z Łodzi „Figury stojące”, pokazywane przy każdej okazji. Więc albo duża retrospektywa, albo jej najnowsze prace. Interesuje mnie wystawa, dla której punktem wyjścia byłoby pismo „Ty i Ja”, które formowało gust mojej generacji, stanowiąc ważny bodziec do wyjścia z socrealizmu i szarzyzny tamtych czasów. Chciałabym pokazać historię galerii Foksal. Albo ukazać konsekwencje kapizmu w sztuce powojennej. Wiem, że takie przedsięwzięcie może okazać się ryzykowne, a nawet nudne. Warto jednak spróbować. Nie ma dziś powszechnie obowiązujących kryteriów i dlatego zapytałabym osoby, w których gust i postawę wobec świata wierzę, co im się podoba w sztuce. Myślałam tu o Wisławie Szymborskiej czy Ryszardzie Kapuścińskim. Może jest to sposób na przełamanie bariery miedzy sztuką współczesną a publicznością? 
– I sposób, aby przyciągnąć publiczność do galerii? 
– Zapewne tak, bo teraz mamy do czynienia z jej obojętną wrogością i niechęcią do jakiegokolwiek zaangażowania się w sztukę współczesną.
– A ta jedna, wymarzona wystawa? 
– Byłaby to kontynuacja wystawy chopinowskiej. Poświęciłabym ją syntezie sztuk w XX wieku. Na wystawie doszłoby do spotkania malarstwa, muzyki i teatru. 
W ostatnich latach Zachęta towarzyszyła sztuce właśnie powstającej. Za to też bywała krytykowana. Czy teraz znajdzie się tu miejsce dla młodych artystów?
– Temu służył przede wszystkim „mały salon” Zachęty. Są już projekty kolejnych wystaw. Ja sama nie czuję się do końca pewnie w tej materii, ale mogę przecież liczyć na moich współpracowników, którzy są prawdziwymi specjalistami. Zastanawiałam się np. nad prezentacją najlepszych dyplomów ze wszystkich wyższych szkół artystycznych w Polsce. Połączyłabym ją z pokazem prac profesorów, u których studiowali ich autorzy. 
– A co jest największym problemem Zachęty?
– Muszę odpowiedzieć banalnie: pieniądze i długi, w których jest ona pogrążona. Po drugie, oczekiwania wobec tej instytucji nie są jasno formułowane. 
Wśród oczekiwań pojawił się postulat zorganizowania wielkiej wystawy, pokazującej Polaków u progu XXI wieku, wzorowanej na głośnych prezentacjach Marka Rostworowskiego. Czy jest to konieczne i możliwe? 
– Skoro pojawiają się takie pragnienia, to zapewne wystawa taka jest potrzebna. Nie wiem jednak, jak przyjęlibyśmy dzisiaj wystawę w rodzaju pamiętnego „Polaków portretu własnego”. Wtedy przedsięwzięcia takie realizowane były w wielkim pośpiechu, z ogromną ilością dzieł, bez starannie opracowanych katalogów. Ta improwizacja była możliwa tylko wtedy, kiedy wystawy miały większe znaczenie polityczne niż artystyczne. Pozwalały nam, jak napisał prof. Mieczysław Porębski, porozumiewać się między sobą, a jednocześnie nie pozwalały porozumieć się ze światem. Nie wiem, czy ta formuła jest jeszcze do przywrócenia. Dzisiaj należy precyzyjnie sformułować myśli, które wtedy chwytaliśmy instynktownie.
– Jakie są obowiązki państwa wobec takiej galerii?
– Jeżeli mówię o kłopotach finansowych, to myślę nie o przygotowaniu kolejnej wielkiej wystawy, lecz o podstawowych płatnościach. W tej chwili Zachęta, z długiem wynoszącym 1,5 miliona, nadaje się do zamknięcia. Można zdobyć sponsora na zorganizowanie wystawy czy wydanie katalogu, ale nie znajdzie się chętnego do zapłacenia za opał i pensje pracowników. A tym bardziej kogoś, kto pokryłby długi za imprezy, które odbyły się w ubiegłym roku. Skoro państwo powołuje tego typu instytucję i ministerstwo kultury zatwierdza jej statut, to powinno ono zapewnić środki na podstawową działalność zawartą w tym statucie. 
– A gdzie kończyć się muszą wymagania fundatora? 
– Minister powołuje i odwołuje dyrektora. Ma istotną władzę, i nie sądzę, by można było długo robić w galerii rzeczy, które nie mają jego aprobaty. Mnie jednak nie powiedziano, czego spodziewa się minister kultury, bo – jak wiadomo – wręczał mi nominację pakując jednocześnie swoje rzeczy do kartonów. 
– Czy w Pani planach przewidziana jest współpraca z innymi instytucjami? 
– Oczywiście, np. z Warszawską Jesienią. Chciałabym też ożywić Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych. Na świecie wokół podobnych instytucji rozpowszechnione są stowarzyszenia przyjaciół, stanowiące rodzaj wspierającej ją rady. 
Ale to właśnie idea rad narzuconych przez ministerstwo kultury lub samorząd wywołała niepokój, czy nie będą one ograniczały niezależności dyrektorów galerii. Kiedy Pani czułaby się niezależna?
– Sądzę, że to dyrektor instytucji powinien dobierać sobie radę programową. Zadaniem rady nie może być pilnowanie dyrektora. Ci, którzy nas wynajęli, zawsze mogą nas zwolnić. Tu widzę bardzo wyraźną granicę niezależności i godzę się na nią. Obawiam się jednak, że znalazłam się w miejscu, które jest cenzurowane przez wszystkich. Zachowanie niezależności jest tu bardzo trudne.



Agnieszka Morawińska – historyk sztuki, dr, tłumaczka i autorka publikacji z zakresu estetyki i historii sztuki, kurator i krytyk. W latach 1976-93 kurator Galerii Sztuki Polskiej w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie stworzyła nową Galerię Malarstwa Polskiego. 1991-92 – podsekretarz stanu w ministerstwie kultury; 1993-1997 ambasador RP w Australii, Nowej Zelandii i Papui Nowej Gwinei. Później kurator w Zamku Królewskim w Warszawie i wykładowca w Akademii Sztuk Pięknych. Autorka wielu wystaw, m.in. „Artystki polskie”, „Malarstwo polskie w czasach Fryderyka Chopina”, „Przedwiośnie. Polska 1880-1920” (zostanie zaprezentowana w Brukseli podczas tegorocznych Europaliów). Wygrała konkurs na dyrektora Zachęty. 


 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl