Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Naiwność olimpijskich graczy

Jarosław Makowski Odwrót niemożliwy

Tadeusz Jagodziński z Londynu Jak odbudować wspólnotę

Wojciech Pięciak Bułgaria, car i sprawy polskie

  


 

 




  
 
Naiwność olimpijskich graczy

Ci, którzy oburzają się na Międzynarodowy Komitet Olimpijski za przyznanie Chinom organizacji igrzysk 2008 mają być albo naiwnymi moralistami, albo amatorami w politycznych rozgrywkach. Naiwnymi, bo – jak przyznają zwolennicy Pekinu – od dawna wiadomo, że idea olimpijska oznacza duże pieniądze i wielką politykę; a amatorami, bo za pomocą igrzysk można wymóc na reżimie szacunek dla praw człowieka, przyjazd tysięcy sportowców, dziennikarzy i kibiców będzie okazją do kontaktu z wolnym światem, a dzięki inwestycjom poprawi się byt zwykłych obywateli.

Tylko dlaczego chińscy komuniści z powodu olimpiady mieliby łagodzić represje? Zawsze z miłym uśmiechem mogą wyjaśnić – jak czynili to podczas rokowań z MKOL – że nie ma mowy o prześladowaniach, a jedynie o egzekwowaniu prawa (w kuluarach wytłumaczą, że różnice w ocenach wynikają z niezrozumiałej dla Zachodu tradycji, a przytakiwać im będą legiony sinologów). Skoro chińskie władze potrafią odcinać niewygodne połączenia internetowe, z łatwością zamkną w getcie olimpijskiej wioski przybyłych gości, delegując do ich obsługi sprawdzonych towarzyszy. Co do boomu gospodarczego: może w Pekinie wybudowane będą nowe drogi i osiedla, ale kosztem już ubogiej prowincji. W gospodarce niedoboru autokratycznego państwa władza znajdzie pieniądze na igrzyska (tu tak w dosłownym, jak w przenośnym sensie) jedynie przykręcając apetyty obywateli. Tak było w Niemczech Hitlera czy w ZSRR i krajach „bloku”, w tym w PRL, gdzie na sportowców nie skąpiono, zwłaszcza gdy pustoszały sklepowe półki.

Naiwnością jest sądzić, że od olimpiady zacznie się w Chinach odwilż. Co najwyżej o ile do tej pory flirt z Chińczykami uzasadniano ich potęgą handlową, to teraz reżim będzie się tolerować pod hasłem gołąbka pokoju. A czy któryś ze sportowców będzie mieć moralnego kaca, biegając po stadionach, gdzie wcześniej dokonywano publicznych egzekucji albo ściskając dłonie chińskich notabli? Też wątpliwe.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

Odwrót niemożliwy

Prasa zachodnia ujawniła niedawno, że Watykan prowadzi rozmowy ze schizmatyckim Bractwem Piusa X, odrzucającym Sobór Watykański II; biskup Bernard Fellay, przełożony Bractwa, dementował ostatnio doniesienia o zerwaniu negocjacji i zapewnił, że konsultacje „zmierzają do ostatecznego rozwiązania, nawet jeśli nie nastąpi ono natychmiast”. Na czym polega problem? Oczywiście dialog jest potrzebny, skoro jego celem jest poszukiwanie jedności, która – jaki mówi Papież – jest imperatywem chrześcijańskiego sumienia. Kłopot w tym, że przełożony Bractwa gotów jest do pojednania, jeśli Kościół przyzna się do „błędów”, rzekomo popełnionych podczas Soboru. Dlatego bp Fellay mówi, że to, „o co prosimy, będzie trudne do przyjęcia przez Watykan, gdyż musiałby on przyznać, że nie podjął poważnych pytań dotyczących polityki, którą prowadzono od czasu Vaticanum II”.

Naturalnie nie wszystko, co działo się w Kościele posoborowym, przyniosło pozytywne owoce. Ale Vaticanum Secundum było rewolucją kopernikańską w Kościele i nie wszyscy potrafili się po tej rewolucji odnaleźć – czego świadectwem jest „Bractwo”, będące duchowym spadkobiercą abp Marcela Lefebvre’a (który bez zgody Watykanu wyświęcił nowych biskupów). Pomimo to Kościół nie może sobie pozwolić na odwrót od ducha Soboru, nawet w imię pojednania z Bractwem Piusa X. To koszt, który płaci się za cenę realizacji soborowych uchwał. Lepiej więc i dla Kościoła, i dla Bractwa, by – jak powiada sam bp Fellay – to ostatnie „pozostawało na zewnątrz” i mogło bez ograniczeń głosić swoje antysoborowe tezy.

Jarosław Makowski

 

 

 

 

 

 

 


Jak odbudować wspólnotę?

Źle się dzieje ostatnio w wielokulturowym państwie Brytyjczyków. Fala rozruchów na tle rasowym, która przetoczyła się przez północ Anglii – z dotychczasową kulminacją w Bradford – jest sygnałem ostrzegawczym. W wielkich skupiskach imigrantów z subkontynentu indyjskiego nagromadziło się wystarczająco dużo frustracji, wyobcowania i gniewu, aby wielogodzinne starcia z policją oraz spalone samochody, sklepy i restauracje stały się rzeczywistością. I choć w pierwszych ocenach wiele mówiło się o niewłaściwej taktyce sił porządkowych lub ingerowaniu ekstremistycznych agitatorów z zewnątrz (w Bradford ponoć tę rolę odegrali członkowie znanych rasistowskich ugrupowań, jak Brytyjska Partia Narodowa czy Front Narodowy oraz stanowiącej ich ideologiczne przeciwieństwo Ligi Antyfaszystowskiej), to jednak odpowiedzi na kluczowe pytanie o przyczyny tak zaciekłych walk ulicznych należy szukać chyba głębiej.

Lord Ouseley, autor raportu na temat stanu stosunków etnicznych w północnej Anglii, sugeruje, że zasadniczą rolę w przełamywaniu mentalności getta powinny odgrywać szkoły. A te niestety często ją wzmacniają, gdyż tak jak w dzielnicach mieszkalnych stosuje się w nich zasadę rasowej segregacji. Dopóki w jednej ławce nie będą obok siebie zasiadać dzieci niegdysiejszych rolników z Bengalu i wnuki bezrobotnych włókniarzy angielskich, dopóty obie społeczności będą żyć w cieniu wzajemnych podejrzeń, wynikających z ignorancji. Pracę nauczycieli muszą też wspierać rodzice i religijni przywódcy, bo zwłaszcza w kręgach muzułmańskiej młodzieży w Anglii obserwuje się proces odrzucania tradycyjnych wartości i jednoczesnego przejmowania najgorszych, bo przestępczych wzorców zachowań od społeczności białych. Jeśli dodać zapowiadaną przez ministra spraw wewnętrznych zwiększoną czujność policji w zakresie zapobiegania kolejnym prowokacjom, Brytyjczyków czeka teraz – niezależnie od koloru skóry – poważna praca do wykonania. Ktoś ją nazwał rekonstrukcją (a może – budową?) obywatelskiego poczucia przynależności. Wysiłek ten jest jednak niezbędny, gdyż lista potencjalnych punktów zapalnych na mapie Anglii bynajmniej nie ogranicza się do Bradfordu, Burnley czy Leeds. 

Tadeusz Jagodziński z Londynu

 

 

 

 

 

 

Bułgaria, car i sprawy polskie

Wśród krajów wychodzących z komunizmu Bułgaria wydawała się przypadkiem mało zajmującym. Teraz to się zmieniło: od paru dni ta republika parlamentarna ma premiera, który jest carem. Bo choć w 1946 r. zniesiono monarchię, to 9-letni wówczas Symeon II nie abdykował, a jedynie opuścił kraj na pół wieku (tułaczki po Egipcie, USA, gdzie skończył szkołę wojskową, i Hiszpanii, gdzie pracował), by teraz wrócić w glorii zbawcy ojczyzny.

„Uwierzcie mi!” – tak brzmiało hasło Symeona, który przed wyborami nie bawił się w żadne programy, a tylko obiecywał, że w 800 dni każdy obywatel odczuje poprawę. I połowa Bułgarów mu uwierzyła. Trochę tak, jak 11 lat temu jedna czwarta Polaków uwierzyła niejakiemu Tymińskiemu. Analogia nie jest bezpodstawna. Rządzącemu Bułgarią przez ostatnie 4 lata centroprawicowemu rządowi udało się ruszyć reformy gospodarcze, zahamować inflację, ograniczyć deficyt, zyskać zaufanie Zachodu i MFW, rozpocząć starania o członkostwo w UE i NATO. Tylko że minęło za mało czasu – jak w Polsce w 1990 r. – by ludzie mogli odczuć pozytywne skutki zmian. A że postkomuniści już rządzili i zdążyli się społeczeństwu obrzydzić, nie mogli być alternatywą. Symeon II zebrał całą „pulę protestu”: jego partia, utworzona 2 miesiące przed wyborami, zdobyła połowę miejsc w parlamencie.

Wprawdzie nikt nie jest w stanie przewidzieć, co zrobi car-premier – spekuluje się, że utworzy rząd z udziałem młodych technokratów, z doświadczeniem ekonomicznym zdobytym na Zachodzie (lecz bez doświadczenia politycznego) – to zarazem Symeon nie jest niezapisaną kartą. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju oraz tzw. dobrze poinformowane zachodnie gazety wskazywały, że interesy Symeona (który wcześniej zajmował się biznesem) są podejrzane. EBOR sugerował, że jest on powiązany z bułgarskimi oligarchami (wywodzącymi się z komunistycznej bezpieki), rosyjskimi firmami (słynnym „Gazpromem”) i rosyjską mafią. Partnerem Symeona-biznesmana była firma „Multigroup” – finansowy gigant Bułgarii, popierany przez „Gazprom” (do tego stopnia, że nazywa się go „V kolumną Moskwy”). W latach 1995-98 „Multigroup” odgrywała rolę „języczka u wagi” w firmie „Topenergy”, odpowiadającej za dystrybucję rosyjskiego gazu, a stworzonej przez państwowy „Bułgargaz” i „Gazprom” – co skończyło się tak, że 3 lata temu „Gazprom” przejął wszystkie akcje „Topenergy” i stał się monopolistą na bułgarskim rynku gazowym. A teraz chce przejąć także państwową sieć gazociągów.

Swym zwolennikom Symeon pozwala mówić do siebie „Jego Królewska Wysokość”. Kim jest naprawdę i co zamierza? Prócz tego, że gdy go zapytano, czy chce restytucji monarchii, odparł, że „w perspektywie krótko- i średnioterminowej” nie jest to jego celem.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29, 15 lipca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl