Nr 29, 22 lipca 2001

 

On-line: Obraz tygodniaKronika religijnaKomentarze  Medytacja BiblijnaLiturgiczne czytania tygodnia

 


 

Kardynał Sapieha

                      

 

Ojciec Założyciel

Ks. Adam Boniecki

 

Gdyby nie On, nas by nie było. Natychmiast po zakończeniu wojny, kiedy tylko było to możliwe, powołał do istnienia „Tygodnik Powszechny”. Postanowił – jakby widział przyszłość – że będzie to pismo robione przez ludzi świeckich. Redaktorem naczelnym, po krótkim okresie, w którym „Tygodnik” podpisywał „zespół”, mianował Jerzego Turowicza. Redakcję umieścił w skrzydle swego pałacu, ale do redagowania pisma się nie wtrącał. Ufał. Owszem, czasem, kiedy wysoko urodzone panie skarżyły się Księciu, że „Tygodnik” zamieszcza bezecne reprodukcje (chodziło o obraz Jaremianki), wzywał Turowicza, pytał o wyjaśnienie, słuchał, śmiał się i nadal ufał. Czasem używał „Tygodnika”, by w postaci not redakcyjnych przekazać społeczeństwu stanowisko Kościoła w jakiejś sprawie. Zapewnił pismu bezpieczeństwo przez to, że było ono własnością Krakowskiej Kurii Metropolitalnej. 
Sam nieustraszony, lubił odwagę redakcji. Potem, już z nieba chyba, czuwał nadal nad swoim „Tygodnikiem”. Kolejni jego następcy po dziś dzień okazują nam zaufanie i darzą życzliwą troską.

 

Ks. Adam Boniecki


 

 

W 50-lecie śmierci kard. Sapiehy:
  

Kalendarium i dokumenty z archiwów UB

 

 

 

Z odtajnionych archiwów

 

Kardynał Sapieha

w oczach Urzędu Bezpieczeństwa

 

Publikowane poniżej materiały – doniesienia tajnych współpracowników, odpisy oficjalnych dokumentów, protokoły zeznań, analizy funkcjonariuszy – zbierane były przez Urząd Bezpieczeństwa w ramach inwigilacji Metropolity Krakowskiego ks. Adama Sapiehy. Służyły do bieżących „akcji operacyjnych”, ale nie wykluczano też zapewne ich użycia w ewentualnym procesie Kardynała bądź jego otoczenia. 
Dokumenty te objęte były do niedawna klauzulą tajności i znajdowały się w archiwach Urzędu Ochrony Państwa. Zostały odtajnione kilka dni temu i przekazane do krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Publikując je, zachowujemy oryginalną stylistykę i pisownię, włącznie z błędami ortograficznymi i błędami w nazwiskach (np. Horomański to oczywiście biskup Choromański...).

 

Urząd Bezpieczeństwa był zainteresowany wszelkimi działaniami i planami Kardynała (w tym jego spotkaniami z członkami rządu!), Kurii Metropolitalnej i Episkopatu, ewentualnymi nominacjami na urzędy kościelne, obsadą stanowisk kurialnych, poglądami księży tam pracujących, konfliktami między nimi, plotkami krążącymi w Domu Biskupim itd.

Kraków, dnia 1.12.1947. Ściśle tajne.
Źródło przyjął. Agenturalne doniesienie. 
W ubiegłym tygodniu przyjął na dłuższą pogadankę kard. Sapieha wiceministra Wolskiego który bawił w Krakowie z okazji zebrania zarządu Towarzystwa Tatrzańskiego, jest prezesem. W rozmowach poruszono sprawy obydwie strony najbardziej interesujące a mianowicie: Sapieha – zarządzenie o rejestracji wojskowej duchownych na terenie Krakowa i sprawy stowarzyszeń religijnych oraz programów nauki religii i podręczników. Natomiast minister Wolski sprawy rzekomych opozycyjnych wystąpień części prasy katolickiej, niektórych duchownych. Najbardziej rzekomo czują się dotknięte władze państwowe faktem zbanalizowania wystąpienia premiera Cyrankiewicza w swoim expose sejmowym, które było w stosunku do Kościoła pozytywne. A Kościół wziął pod uwagę końcowy ustęp przemówienia za pogróżki pod adresem swoim. Po konferencji z ministrem Wolskim oświadczył Sapieha, że wypowiedzi Wolskiego nie można użyć za wiążące, bowiem rząd używa specjalnie Wolskiego do sondowania opinii w sferach kościelnych i sugerowania pewnych rzeczy Kościołowi. A ze strony rządu nic zobowiązującego przez usta Wolskiego otrzymać nie można. Stanowisko Wolskiego w niektórych sprawach podoba się Sapieże, ale to jego (Wolskiego) pogląd osobisty. (...)
(Dopisek ręczny): Do sprawy Sapiehy.

 

 

 

Filmy o kard. Sapieże w 50. rocznicę śmierci

 

Dwa spojrzenia

Józefa Hennelowa

 

Oba powstawały równolegle, oba z tym samym celem. Jeden z nich (Mieczysława R. Vogta „Książę Metropolita. Rzecz o kardynale Sapieże”) już w telewizji oglądaliśmy, drugi (ks. Andrzeja Baczyńskiego i Tadeusza Szymy) zapewne niebawem zostanie wyemitowany. Bo rocznica 50-lecia śmierci (23 lipca) tuż, jakkolwiek w chwili, gdy to piszę, trudno jeszcze dojrzeć, jakie miejsce zajmie w tegorocznym kalendarzu rocznic. Oba filmy, jakkolwiek powstające konkurencyjnie, mogą w znacznej mierze przyczynić się do przypomnienia wielkości i znaczenia osoby zmarłego księcia Sapiehy, w zmieniającej się tak szybko historii jakby odsuniętego w cień.




 

 

JEDWABNE

 

 

Łzy Żydów

Ks. Adam Boniecki

 

Jedwabne. Chłodny dzień, 10 lipca 2001. Dlaczego tu jesteśmy? Mówi rabin Jacob Baker, który tu się urodził i stąd wyjechał do Ameryki przed rokiem 1939: „Nie tylko dlatego, że – jak można by pomyśleć – spalono tu żywcem całą społeczność. Myślę, że spowodowały to łzy wypłakane przez Żydów i ludzi innego wyznania. To zrobiło duże wrażenie w niebie”. 
Rabin Baker (dawniej Jakub Piekarz) jest stary, chodzi z trudem, a jego dobra twarz jest biała jak papier. Jednak teraz, kiedy przemawia – długo, bez kartki, na tle szarego nieba – bije od niego siła. Rabin Baker mówi, że miłości bliźniego trzeba się uczyć i że Jedwabne tej nauki będzie punktem wyjścia. „Amen” – kończy. Niech się tak stanie. WIĘCEJ 

 

 

 

 

 

KRAJ i ŚWIAT

 

 

Jak żyć z powodziami

Zbigniew W. Kundzewicz

 

Można odnieść wrażenie, że media coraz częściej informują nas o katastrofalnych powodziach. W aktualnościach telewizyjnych oglądamy materiały filmowe z zalanych obszarów gdzieś na końcu świata. W skali globalnej obserwuje się wyraźny wzrost zniszczeń powodowanych przez wodę: średnie roczne straty powodziowe mierzy się w dziesiątkach miliardów dolarów, a liczba zabitych sięga tysięcy.

 

 

Co więc robić? Powstrzymać masy wodne? Zejść z drogi potopu? Czy zaakceptować fakt jego istnienia? Nie każdą wodę da się powstrzymać, a zejście z drogi żywiołu jest nierealne. Trzeba więc żyć z ryzykiem powodzi, tak jak żyje się z ryzykiem utraty zdrowia czy ryzykiem uczestniczenia w wypadku komunikacyjnym.
Do powodzi można się zawczasu przygotować. Godnym polecenia (choć nie zawsze i wszędzie realnym) rozwiązaniem jest zejście z drogi niebezpieczeństwu – trwałe opuszczenie zagrożonych terenów przez mieszkańców tam, gdzie nie da się zapewnić odpowiedniego zabezpieczenia przed powodzią. Jednak gotowość mieszkańców do opuszczenia nisko położonych terenów maleje wraz z upływem czasu po powodzi. Gdyby pomysł wykupu zagrożonych terenów i urządzenia tam wartościowych użytków ekologicznych ogłoszono w czasie powodzi Odry lub wkrótce potem, wielu ludzi chciałoby skorzystać. Jeśli jednak nie ma takiego programu, następuje odbudowa w tym samym, niebezpiecznym, miejscu.

 

 

 

 

 

 

Reformy, Bauc i inne nieszczęścia

Michał Zieliński

Polska w lipcu 2001 roku znalazła się na krawędzi katastrofy gospodarczej. Najprawdopodobniej – tu odpukuję w niemalowane – jeszcze i tym razem uda nam się z tej krawędzi nie zlecieć. Niebezpieczeństwo krachu w najbliższej przyszłości bardzo się jednak powiększa. I będzie ono niemal równe pewności, jeżeli z obecnych doświadczeń nie wyciągniemy wniosków.


  Pierwotną przyczyną naszych kłopotów jest to, że mamy bardzo dużo „strasznie dobrych ludzi”. Są oni tak dobrzy, że chcieliby, aby dobrze było wszystkim. I rolnikom, i hutnikom. Tramwajarzom. Kominiarzom. A na dodatek nie mieliby nic przeciwko, aby i im złota rybka przyniosła jeszcze pół litra.

Dlatego – mimo sensownych reform ekonomicznych obejmujących sporą (choć nie całą) sferę produkcji – od początku pracowaliśmy na to, aby wcześniej czy później doprowadzić do wielkiej katastrofy gospodarczej.



 

 

 

W cieniu Wielkiego Brata

Stanisław Lem

 

Wrócić chcę dziś do sprawy Wielkiego Brata, choć nie widziałem dotąd ani minuty tego programu; zastanawiałem się jednak nad sposobem, w jaki on powstaje. Nie dzieje się przecież tak, że przypadkowa porcja przechodniów obojga płci zostaje zgarnięta z ulicy i wsadzona do zamkniętego domu. To nie łapanka: do Wielkiego Brata zgłasza się wręcz nadmiar chętnych, spośród których dokonywana jest pierwsza selekcja. 

 

Wstydzę się, że społeczeństwo chce oglądać Wielkiego Brata. Nie tylko chce, ale wręcz łaknie, chociaż wiadomo, że nie ma tam żadnej akcji fabularnej. Rozszerza się proces nicestwienia wysokiej kultury i kunsztu we wszystkich sztukach. To rodzaj zarazy, pandemii, która się pomału rozszerza. Przyjemnie zadziwia mnie wiadomość, że podobno żaden Wielki Brat nie zagościł w Ameryce: ani w Kanadzie, ani w Stanach Zjednocoznych. Martwi natomiast, że raczej milczą osoby, które alergicznie zwykle reagują na niewłaściwe ich zdaniem użycie symboli religijnych. Reagują trochę jak pies Pawłowa na kawałek chleba; to, co leży poza domeną stabuizowanych symboli, pozostawia ich całkowicie obojętnymi.
Mam naturalnie świadomość, że ani moje słowa, ani słowa pięciu tysięcy innych ludzi, którzy myślą tak jak ja, niczego w panującym trendzie nie zmienią. Uważam jednak, że jedna z ostatnich instytucji w Polsce, jakie zachowały autorytet, czyli Kościół, powinna się jakoś do tych problemów ustosunkować. Nie powinniśmy się dalej poruszać w kierunku, który wskazuje Wielki Brat. Ubolewam, że społeczeństwo tak radośnie go spożywa. Najbardziej zaś zadowoleni są oczywiście producenci i nadawcy...

 

 

 

 

 

 

Strażnik naszych grobów

Jędrzej Morawiecki

Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: „Pomnik to nie książka telefoniczna. Nie da się na nim napisać historii od A do Z. Nie można się poprzez pomnik mścić. Nie można nim tłumić konfliktu. Niektórzy próbują wejść na cokół, stanąć przy postumencie. Inni na monumentach zarabiają, tworzą pomnikową szarą strefę. To tępię bezwzględnie.
I staram się pamiętać, że stawianie pomnika wymaga wrażliwości, pokory. Do pomnika trzeba dojrzeć”.

 

Andrzej Przewoźnik. Rocznik 1963. W Krakowie od trzeciego dnia życia; tu się wychował, kończył studia, tu chciał zostać. Plan był prosty: doktorat i praca w archiwach. Przewoźnik: „Niestety, wyszło inaczej. Ugrzązłem w administracji. Mieszkam w Warszawie”. 
Siedzi za biurkiem w budynku naprzeciw Komitetu Badań Naukowych. Ściąga marynarkę, zamyka drzwi. Odbiera telefony. Jest zmęczony. WIĘCEJ

 

 

 

 

 

Jakie są szanse na skazanie „rzeźnika z Bałkanów”?

 

„Wasz to problem, Slobodanie Miloszeviciu”

Anna Husarska z Belgradu

 

W ostatnim wydaniu tygodnika „Vreme” ukazała się fotografia, pokazująca serbskie graffiti anonimowego autora. Podpis głosił: „Wszyscy jesteśmy Carlą del Ponte”. Jeszcze rok temu żadnemu Serbowi do głowy by nie przyszło identyfikować się z panią prokurator generalną międzynarodowego trybunału ds. zbrodni w byłej Jugosławii...

 

Trybunał w Hadze jest skrępowany dążeniem do absolutnej poprawności i przekonania świata – szczególnie Serbów – że Miloszević będzie traktowany uczciwie. Jego proces nie będzie współczesną Norymbergą, ale kwestionowaniem i obalaniem zarzutów z listy okrucieństw, wielu nie stwierdzonych ze względów proceduralnych. WIĘCEJ

 

 

 

 

 

 Konflikt izraelsko-palestyński
  widziany z perspektywy palestyńskiej

 

„To, co oni nazywają wolnością”

Heidi S. Shoup z Waszyngtonu

 

Na Bliskim Wschodzie długo nie będzie pokoju. Niestety, możemy się spodziewać kolejnej dekady – lub może nawet dłużej – rozlewu krwi i cierpienia, bez względu na to, jakie tymczasowe porozumienia zostaną zawarte między Izraelem a Palestyną.


Izraelskie i palestyńskie badania opinii sugerują, że przyszłość może wyglądać ponuro. 78 proc. Palestyńczyków popiera kontynuowanie intifady, a 74 proc. popiera samobójcze ataki. Z kolei w Izraelu 60-70 proc. społeczeństwa aprobuje działania Szarona, a 71 proc. popiera blokowanie Terytoriów Okupowanych.

 

Warunki wstępne dla zbudowania pokoju są proste. Przede wszystkim musi nastąpić zmiana w pełnym hipokryzji stanowisku USA w konflikcie arabsko-izraelskim. Równie radykalnie musi się zmienić izraelskie postrzeganie Palestyny, Palestyńczyków i miejsca Izraelczyków w przyszłym świecie arabskim. Każde porozumienie pokojowe będzie musiało zakładać zakończenie okupacji Zachodniego Brzegu i Gazy, i uwzględniać prawo międzynarodowe. Konieczna będzie także obecność społeczności międzynarodowej dla zapewnienia ochrony wszystkim cywilom, palestyńskim i izraelskim. Taka obecność jest potrzebna na ziemiach palestyńskich tak samo, jak była kiedyś potrzebna w Bośni, Kosowie czy Sierra Leone. 

 

 

 

 

 

 

 

 

KULTURA

 

 

O korespondencji Jerzego Giedroycia
  z Melchiorem Wańkowiczem

 

Pan Melchior i „Kultura”

Wojciech Skalmowski

 

Listy Wańkowicza i Giedroycia stanowią rodzaj epistolograficznej powieści psychologicznej, a przynajmniej są dobrym materiałem na takową.

 

Nie jest po prostu tak, że Wańkowicz został „zaszczuty” na Zachodzie i „przytulony do łona” w Macierzy.
Ten dramat psychologiczny jest złożony i wielowątkowy. W istocie jest to dramat każdego starego człowieka, któremu świat zaczyna wymykać się ze słabnących rąk.

 

Wańkowicz wrócił do Gomułkowskiej Polski, wyposzczonej intelektualnie, więc i bardziej tolerancyjnej w tym względzie („przeraźliwie polskiej”!), odzyskał tam część dawnego splendoru i zmarł w większym chyba spokoju niż byłoby mu to dane na szerokim, zimnym świecie. Dobrze, że te „Listy” się ukazały, bo spoza ich nużącej chwilami warstwy faktograficznej wyziera dramatyczny dylemat pojawiający się w pewnym momencie w życiu każdego ambitnego i twórczego człowieka: kiedy winna zacząć się świadomość, że sic transit gloria mundi i jak ją zaakceptować? Lektura tej książki jest dobrą okazją do refleksji nad tym pytaniem.

 

 

 

 

 

 

Miejsce przyjazne

Z AGNIESZKĄ MORAWIŃSKĄ, nowym dyrektorem Zachęty, rozmawiają Bogusław Deptuła i Piotr Kosiewski

 

Tygodnik Powszechny: – Zachęta należy do tych instytucji, które finansowane są bezpośrednio przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ponieważ uznano je za ważne dla kultury narodowej. A czym Zachęta jest dla Pani?
Agnieszka Morawińska: – Toczą się dyskusje wokół definicji pojęcia „instytucja narodowa”. Czy instytucją taką jest np. Stary Teatr? Czy aby zasłużyć na to miano, wystarczy być bardzo dobrym teatrem? Zapewne tak, jeśli zgodzimy się, że „instytucja narodowa” to synonim najwyższej jakości. A Zachęta? Uważam, że w panoramie Warszawy powinna, zachowując wszystkie proporcje, odgrywać rolę paryskiego Grand Palais – wielkiego salonu wystawowego. Nie ograniczałabym jej działalności wyłącznie do prezentacji sztuki najnowszej ani tylko sztuki polskiej. Należy po prostu jak najlepiej wykorzystać te jedyne w Warszawie sale wystawiennicze, pokazując wystawy o największym znaczeniu.
To znaczy, że w Zachęcie może się znaleźć każda dobra wystawa?
– Tak uważam.

 

 

 

 

 

 

Radość z malowania

Barbara Majewska

 

W Galerii XXI (dawnej Galerii Rzeźby) przy ulicy Jana Pawła II w Warszawie do końca lipca trwa wystawa nowych prac Jarosława Modzelewskiego, członka słynnej w latach 80. Gruppy, dziś pedagoga warszawskiej ASP.

 

 

 

 

 

Film

 

Papierowy samolot

Anita Piotrowska

 

W filmie „Pearl Harbor” uderza przede wszystkim jego anachroniczność, rodem z lamusa wyobrażeń o wojnie, historii, męskiej inicjacji. Jako typowy produkt „multipleksowy” ma agresywną oprawę i służy jedynej słusznej ideologii. W imię maksymalnego realizmu zawiera sążniste, perfekcyjnie zrealizowane sceny batalistyczne, a popisowe zdjęcia lotnicze wyraźnie dystansują starszy o 15 lat „Top Gun” Tony’ego Scotta, uchodzący dotychczas za filmowe spełnienie chłopięcych snów o lataniu. Pozór autentyczności miało nadać wykorzystanie czarno-białych archiwaliów, płynnie przechodzących w kolorowy obraz właściwego filmu. Amerykanie osiągnęli mistrzostwo w tworzeniu wojennego widowiska: kamera niemal przez cały czas znajduje się w locie, sunąc w dół niczym torpeda, to znów wznosząc się bajecznie niczym najprawdziwszy samolot. Miałam wrażenie, że zrobiono ten film, by pochwalić się technicznymi możliwościami, samą umiejętnością rekonstrukcji traumatycznych dla Amerykanów wydarzeń z grudnia 1941 roku. Ale film o takim budżecie nie mógł być kręcony wyłącznie z myślą o amatorach lotniczych akrobacji, czy tym bardziej dla pasjonatów narodowej historii. 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teatr

 

Kara dożywocia

Piotr Gruszczyński

 

Jan Englert wyraźnie wziął sobie na ambit odnowę żywiołu komediowego na deskach sceny narodowej. Po „Szkole żon” Moliera przyszła kolej na „Dożywocie” Fredry.

 

Szkoda, bo to kolejna klapa w Narodowym. Źle zakończył się tam sezon. Szkoda tym większa, że Fredro jak najbardziej powinien figurować w repertuarze tej sceny. Tylko nie taki, który potwierdza uprzedzenia podejrzliwej młodzieży, że szkolne lektury są nudne i zupełnie niedzisiejsze. Nie taki, który schlebia gwiazdorskim nastrojom pokutującym w naszym teatrze. Przydałby się Fredro żywy: śmieszny i mądry. Kto umie go tak wystawić? To pytanie jak z teleturnieju. A niech mi nóżka spuchnie.

 

 

 

 

 

 

Z punktu widzenia dokumentu

 

Powrót do domu

Piotr Litka

 

Jest rok 1991. Miasteczko Meiningen w Niemczech ma opuścić rosyjski pułk stacjonujący tam od 47 lat. Żołnierze są zdezorientowani, ale próbują podtrzymywać resztki wojskowego ładu. Oglądamy rytuały porannej musztry i ostatnie w niemieckim miasteczku uroczystości związane z rocznicą zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej... Odwiedzamy miejsca byłych poligonów i opustoszałe tereny byłych jednostek. Jesteśmy świadkami ostatniej próby amatorskiego teatru. Przypadkowo kamera rejestruje także żołnierza, który z namaszczeniem zwija w rulon gazetkę ścienną z portretem Lenina...

 

 

 

 

 

 

 

FELIETONY

 

 

 

Votum separatum

 

Rachunki domowe

Józefa Hennelowa

 

Obserwowany z daleka, w tych ostatnich tygodniach swojej działalności, sejm robi wrażenie wesołej gromady ludzi stojących nad skrzynią pełną pieniędzy. Każde następne głosowanie to albo decyzja ulgi finansowej, albo kolejnej wypłaty. Każda godna uznania, każda celowa, ale jak się to ma do równoczesnych narad w radzie ministrów nad wysokością deficytu: siedemnaście miliardów czy więcej? Takie pytania, zdaje się, nie zaprzątają głów poselskich. Wszyscy bowiem stali się „prorodzinni”. To znaczy: chcą dawać pieniądze rodzinom. Ulgi, dodatki, pensje, emerytury. I uchwalają to kolejno. WIĘCEJ

 

 

 

 

 

O wszystkim

 

Stól z Lansdowne

Andrzej Dobosz

 

W jednym z najciekawszych dzieł, jakie powstają obecnie, w autobiografii Michała Głowińskiego, pisanej nie w porządku chronologicznym, lecz komponowanej jak mozaika, ostatni ogłoszony fragment poświęcony był pięknej sztuce prania. W rok po zakończeniu wojny pojawiła się w domu rodziców autora praczka: „był to pierwszy luksus, na jaki rodzina sobie pozwoliła odbudowując po kataklizmie swoje codzienne życie. Zaznaczyły swą obecność nieodzowne akcesoria: balia, tara, wyżymaczka, a także wielki kocioł, w którym gotowało się bieliznę pościelową, by odzyskała utraconą świeżość, a jej biel stała się lśniąca”.

 

 

 

 

 

Prawda czeka

Michał Komar

 

Polscy dziennikarze inwestygacyjni (śledczy) skarżą się na trudności w pracy. Wystarczy, że wezmą na celownik jakiegoś podejrzanego prominenta, a natychmiast okazuje się, że ustawa o danych osobowych uniemożliwia odsłonięcie istoty sprawy, służby tajne podrzucają fałszywe dokumenty, świadkowie tracą pamięć, adwokaci kłamią, sąd wyprasza z sali i tak dalej. Moim zdaniem trudności, o których mowa, biorą się po prostu z nadmiaru staranności. Przecież prawda i tak sama wyjdzie na jaw, wystarczy poczekać.

 

 

 

 

Radość

Ewa Szumańska

 

Myślę o papieskich pielgrzymkach – zwłaszcza tych ostatnich – jeszcze długo po ich zakończeniu, usiłując zgłębić ich tajemnicę. Ich sukces (jakie to płaskie i nieodpowiednie tu słowo), odwrotnie proporcjonalny do poprzedzających je prognoz. Myślę na przykład, że Ukraińcy przez wiele dziesięcioleci przywykli do tego, iż życie publiczne musi być posępne. Że wszyscy dostojnicy – niezależnie od szczebla, a im wyżej, tym gorzej – muszą być pompatyczni, usztywnieni jak w gorsecie, niewyobrażalnie ponurzy. I nagle, w postaci Najdostojniejszego z dostojnych – zjawia się u nich Nieznane. Ktoś, kto się uśmiecha, bezpośrednio rozmawia, śpiewa żartobliwą piosenkę o deszczu. Ktoś, kto mimo swego wieku, schorowania i zmęczenia, potrafi być zwyczajnie, po ludzku radosny!...
Reakcją jest więc zdumienie, szok, a potem spontaniczna odpowiedź. Uczuciem na uczucie, radością na radość.

 

 

 

 

 

Dwanaście koszy ułomków

 

Aniołowie pracujący w pocie czoła

Ks. Stanisław Musiał

 

Nawet zagorzały antyklerykał czy wręcz „osobisty wróg” Pana Boga – ateusz, musiałby pochylić swe czoło przechodząc koło pustelni któregoś z Ojców Pustyni. Jeśli już nie dlatego, że ów pustelnik byłby dla niego obrazem Boga (a potrafili być czasem „płonącym” wizerunkiem Boga!), to z uwagi na walor jego człowieczeństwa. Musiałby docenić u niego przynajmniej to jedno: ten człowiek nie jest ciężarem dla nikogo, nie żyje z jałmużny, nie utrzymuje się z łaskawie „wymuszonych” datków, nie „opodatkowuje” religijności innych ludzi, nie żyje z kultu.

 

Nawet gdy któryś z Ojców żył w tak wielkim oddaleniu od osad ludzkich, iż nie miał żadnych szans na sprzedanie towaru, nie uchylał się od pracy fizycznej. Jan Kasjan podaje historię mnicha, który zaszył się w głąb pustyni na odległość siedmiu dni marszu, i który utrzymywał się uprawiając ogródek warzywny przy pustelni. Wyrabiał on codziennie koszyki z liści palmowych, które potem składował na odpowiednim miejscu i raz w roku podpalał, by wszystko zacząć od nowa. WIĘCEJ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29, 22 lipca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl