Jakie są szanse na skazanie „rzeźnika Bałkanów”?

„Wasz to problem, Slobodanie Miloszeviciu”

ANNA HUSARSKA z BELGRADU

 

Data 28 czerwca – dzień świętego Wita (po serbsku: Vidovdan) – to w historii Serbów dzień szczególny. Dokładnie tego dnia miały miejsce:

w roku 1389 – klęska wojsk serbskich w bitwie z Turkami na Kosowym Polu, która przesądziła o upadku państwa serbskiego; ziemie serbskie dostają się na kilkaset lat pod panowanie tureckie

1914 – zamachowiec Gavrilo Princip zabija w Sarajewie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, następcę tronu austriackiego; Austria oskarża o mord Serbię; początek I wojny światowej

1948 – na spotkaniu w Bukareszcie Jugosłowiańska Partia Komunistyczna zostaje wykluczona z biura informacyjnego partii komunistycznych (Informbiuro); początek „osobnej drogi” socjalistycznej Jugosławii pod rządami Tito pomiędzy Wschodem a Zachodem

1989 – Slobodan Miloszević wygłasza przemówienie pod pomnikiem bitwy na Kosowym Polu, łącząc komunizm z hasłami nacjonalistycznymi; to symboliczny początek jego dyktatorskich rządów i krwawej „bałkańskiej dekady”

2001 – Miloszević zostaje przetransportowany z belgradzkiego więzienia, w którym został osadzony trzy miesiące wcześniej, do Hagi; początek procesu „rzeźnika Bałkanów”.

AH
 

W ostatnim wydaniu tygodnika „Vreme” ukazała się fotografia, pokazująca serbskie graffiti anonimowego autora. Podpis głosił: „Wszyscy jesteśmy Carlą del Ponte”. Jeszcze rok temu żadnemu Serbowi do głowy by nie przyszło identyfikować się z panią prokurator generalną międzynarodowego trybunału ds. zbrodni w byłej Jugosławii...

Dziś sondaże opinii wskazują, że większość Serbów uznaje jurysdykcję haskiego trybunału i popiera ekstradycję byłego prezydenta Slobodana Miloszevicia. Wszelako jeden Serb, szczególny, uparcie odmawia uznania legalności tego sądu: to sam deportowany, ostatnio określany jako „więzień nr 39”. Miloszević przybył do Hagi spóźniony: 38 innych domniemanych przestępców wojennych – Serbów, Chorwatów i Bośniaków – jest już w rękach trybunału, odtwarzając na holenderskiej ziemi etniczną mozaikę byłej Jugosławii, tylko w trochę innych proporcjach. 
W pierwszym wystąpieniu na sali sądowej Miloszević odegrał przedstawienie pod tytułem „Slobo stawia czoło całemu światu” i – zapomniawszy, że teraz nie ma żadnej władzy, nawet nad mikrofonem – zakwestionował legalność trybunału, zrezygnował z prawa do adwokata oraz odmówił przyznania się do winy. A zapytany, czy chce wysłuchać aktu oskarżenia, warknął do sędziego słynnymi już słowami: „To wasz problem”. 
Wszystko to wygląda nader znajomo, zmieniło się jedynie otoczenie. W przyszłym roku, gdy zacznie się jego proces, możemy się spodziewać kolejnej partii pokera, w którego świat grał z Miloszeviciem wojna po wojnie, podczas odśrodkowej dezintegracji Jugosławii. „Rzeźnik Bałkanów” kontra społeczność międzynarodowa! Widzieliście to już na polach bitewnych – teraz nie przegapcie ciągu dalszego, tym razem na sali sądowej! 
Przez ostatnie 10 lat Zachód toczył pojedynek z Miloszeviciem. Politycy zachodni zawsze chcieli grać uczciwie, brali słowa dyktatora za dobrą monetę, wątpliwości rozstrzygali na jego korzyść – nawet wtedy, gdy n i e b y ł o żadnych wątpliwości co do jego winy. Po zburzeniu chorwackiego Vukovaru, po rzezi na placu targowym w Sarajewie, masowych mordach w Srebrenicy – nawet wtedy przywódcy wolnego świata uważali Miloszevicia za element rozwiązania, a nie problemu. Zamiast pojmać go już wtedy, Zachód zabiegał o uzyskanie jego – jak się potem okazało, całkiem bezużytecznego – podpisu pod porozumieniem pokojowym z Dayton w 1995 r. (obok podpisu prezydenta Chorwacji Franjo Tudjmana i Bośni Aliji Izetbegovicia; „Slobo” podpisał się w imieniu bośniackich Serbów), gdzieś między drugą a trzecią wojną na Bałkanach, które wszystkie sam wywołał. 
Na dodatek Zachód – czy to sam Waszyngton, czy NATO, czy też ONZ – miał problem w narzuceniu twardej linii wobec „Slobo”, gdyż sojusznicy musieli nie tylko koordynować wspólną politykę, ale też uporać się z utrudniającymi ich działanie inicjatywami, podejmowanymi w Radzie Bezpieczeństwa NZ przez Rosję i Chiny. Dla Zachodu, szczególnie USA, ważna była kwestia „nie narażania naszych chłopców”; to powstrzymywało przed interwencją sił lądowych.
Miloszević nie miał takiego problemu: podczas kolejnych wojen konsultował swe poczynania jedynie z żoną Mirą Marković – kobietą, którą często i nie bez racji porównywano z Lady Makbet. Jego rywale, oponenci, a nawet dawny mentor ginęli, zabici przez „nieznanych sprawców”, bądź znikali w niejasnych okolicznościach. Za serbskimi żołnierzami i policjantami, którzy ginęli w wojnach rozpętanych przez jugosłowiańskiego prezydenta, nie powiewały żółte wstążki – symbol tęsknoty i nadziei – które w Ameryce krewni zaginionych żołnierzy lub zakładników wywieszają na domach. 
Uczciwość w kontaktach z Zachodem także nie była zmartwieniem Miloszevicia. Wydawało się, że ma w zanadrzu brudną sztuczkę na każdą okazję: okłamywał głowy państw, oszukiwał negocjatorów, przeczył faktom, przy pomocy wydawanych (lub nie) wiz i akredytacji manipulował organizacjami międzynarodowymi i dyplomatami, zagłuszał zagraniczne media. Słano do niego kolejnych bezsilnych wysłanników, których przyjmował na słynnej sofie, pokazywanej w migawkach telewizyjnych, z urzekającym trzepotem rzęs i wyrazem twarzy mówiącym: „Kto, ja, winny?”. 
Teraz, w sądzie, pozycje obu stron pozostały takie same, a nawet się usztywniły. „Slobo” ma jeszcze mniej powodów, aby grać czysto, i aby mieć jakiekolwiek skrupuły: przegrał trzy wojny, stracił poparcie narodu, władzę, wolność, a ostatnio rezydencję w Jugosławii. Mimo to pokazał – choć nie bezpośrednio – że jest gotowy na następną rundę. Nie odebrał sobie życia – to nie tak bardzo abstrakcyjna myśl w przypadku człowieka, którego rodzice popełnili samobójstwo – ani nie uciekł do Białorusi, Iraku czy Chin, gdzie przyjęto by go jak bohatera.
Społeczność międzynarodowa – teraz ubrana w czarne, sądowe szaty – zdaje sobie sprawę, że w następnej rozgrywce musi zrobić wszystko, aby wypaść jeszcze bardziej uczciwie i jeszcze bardziej politycznie poprawnie niż przed NATO-wskim bombardowaniem Jugosławii. Tamte ataki ugruntowały w wielu Serbach przekonanie, że niesprawiedliwy świat chce ich dopaść, że są ofiarami światowego spisku. Teraz niektórzy z nich mogą twierdzić, że wróg zmienił twarz: samoloty NATO zastąpił trybunał w Hadze.
„Slobo” o tym wie – i 3 lipca podczas pierwszej rozprawy zwrócił się do rodzimej widowni, przechodząc z angielskiego na serbski i próbując – zanim wyłączono mu mikrofon – wykorzystać uraz Serbów wobec Zachodu. Być może ugrał tym jakieś punkty; niektórzy belgradczycy, oglądający byłego prezydenta przed sądem, czuli nie satysfakcję, lecz wstyd, zmieszany ze zranioną dumą, a nawet żalem.
Obrażona twarz Miloszevicia i jego pełne irytacji uwagi nie powinny uśpić oskarżycieli. Fakt, że odmówił on udziału w swym procesie nie oznacza, iż podtrzyma tę linię w przyszłości. Prawie na pewno wykona volte face – to kolejny typowy wybieg Miloszevicia. Przypomnijmy, jak w 1998 r. ogłaszał, że nigdy nie pozwoli cudzoziemcom na nadzorowanie sytuacji w Kosowie, aby kilka miesięcy później podpisać porozumienie o dopuszczeniu tam cudzoziemskich, a jakże, obserwatorów z OBWE, których pomarańczowe pojazdy miały patrolować prowincję. 
„Ten trybunał jest nielegalny” – słowa te (skądinąd zaczerpnięte ze słynnej wypowiedzi Josipa Broz Tito na procesie sprzed II wojny światowej: „Ja nie uznaję tego sądu, uznaję tylko sąd mojej partii”) nie znaczą, że Miloszević nie będzie walczyć. Raczej będzie roztrząsać każdy szczegół, będzie opierać się na każdym kroku. Wiceprokurator trybunału Graham Blewitt powiedział ostatnio, że chciałby widzieć Miloszevicia bronionego przez „najlepszych adwokatów świata”. I prawdopodobnie to się spełni, gdy „Slobo” w końcu uzna praworządność Hagi.
Perspektywa gnicia w zagranicznym więzieniu bez wątpienia zmusi Miloszevicia do użycia wszystkich zdolności umysłowych i politycznej zręczności w ostatniej bitwie ze „światem”. Jednak tym razem podstęp i hucpa mogą nie wystarczyć. Dobrzy prawnicy to drodzy prawnicy. Zespół prawników, który dotąd mu pomagał, składał się z Jugosłowian. Teraz „Slobo” jako „ojciec chrzestny” – lider korupcjogennego państwa – musi liczyć na pomoc swej belgradzkiej mafii w wydostaniu się z tarapatów lub przynajmniej w dotarciu do „oszczędności”, które zgromadził. Te źródła finansowe plus pewne hojne kontrakty książkowe mogą zapewnić mu mocną grupę adwokatów. 
Tymczasem haska prokurator Carla del Ponte ogłosiła, że akt oskarżenia prawdopodobnie zostanie rozszerzony o zbrodnie ludobójstwa oraz o przestępstwa popełnione przez niego w Bośni i Chorwacji. To oznaczałoby, że będzie nie jeden, ale trzy zespoły prokuratorskie – co z kolei osłabi skład każdego z nich; państwa członkowskie ONZ skierują oczywiście swoich prawników, ale wyłonienie najlepszych z nich z uwagi na przeszkody biurokratyczne może zabrać sporo czasu i wysiłku. 
Przyszły zespół prawników Miloszevicia będzie mieć wiele okazji do podawania w wątpliwość absolutnie wszystkiego i może zacząć od kwestionowania samej deportacji do Hagi. Zaznajomiona ze sprawą amerykańska adwokat z wieloletnim doświadczeniem w materii bałkańskiej powiedziała mi, że popełniono już jeden błąd: kiedy po opryskliwej uwadze Miloszevicia o tym, czyj to jest problem, przewodniczący rozprawie sędzia Richard May nie odczytał na głos aktu oskarżenia. Zgodnie z procedurą „Slobo” nadal nie został więc oficjalnie poinformowany, dlaczego jest w Hadze.
Wielu prawniczych komentatorów wskazuje, że również wskazanie na łańcuch odpowiedzialności – czyli wykazanie, że koniec końców rozkazy pochodziły od „Slobo” – może okazać się trudne do udowodnienia: Miloszević starannie zacierał ślady, a wiele materiału obciążającego pochodzi od zachodnich wywiadów (np. zdjęcia z samolotów szpiegowskich, zapisy nasłuchu radiowego). A pracownicy wywiadu i kontrwywiadu państw Zachodu nie będą skłonni stanąć w Hadze – i odpowiadać na pytania obrony, która oczywiście będzie się starała podważyć oskarżenie wszelkimi możliwymi sposobami. 
Trybunał jest skrępowany przez dążenie Zachodu do absolutnej poprawności, przez pragnienie przekonania świata – a szczególnie Serbów – że Miloszević będzie traktowany absolutnie uczciwie. I niewątpliwe każdą wątpliwość sąd rozstrzygnie na korzyść oskarżonego. Proces Miloszevicia nie będzie wielkim dochodzeniem, współczesną Norymbergą. Będzie raczej – wiersz po wierszu, szczegół po szczególe – kwestionowaniem i obalaniem zarzutów z makabrycznej listy okrucieństw, wielu nie stwierdzonych ze względów proceduralnych. 
Nawet jeśli oskarżony zostanie skazany, może to nie być w pełni satysfakcjonujące dla rodzin tych, którzy zginęli i dla tych, którzy cudem ocaleli, mimo jego dziesięcioletniego szaleństwa. A możliwe, że Miloszević, ten wytrawny pokerzysta, zdoła jednak dzięki jakimś technicznym kruczkom uniknąć wyroku skazującego z któregoś z zarzutów – a w samej sprawie Kosowa jest ich cztery (trzy oskarżenia o zbrodnie przeciw ludzkości, jedno o zbrodnie wojenne). Otrzymałby wtedy wyrazy uznania od klubu byłych dyktatorów, któremu przewodzi Augusto Pinochet – i dałby nadzieję dzisiejszym tyranom, z Saddamem Husajnem na czele.

Anna Husarska

Autorka jest analitykiem politycznym w Międzynarodowej Grupie Kryzysowej – www.crisisweb.org. 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl