Gęślom stanowcze NIE!

Czytelników „Tygodnika” uprzejmie informuję, że niedawno zmieniłem mieszkanie. Na lepsze, oczywiście. Właściciel mieszkania, gdy je zachwalał, podkreślił m.in.: „A jak jest festiwal, to z balkonu wszystko dobrze słychać!”
Bo mieszkam w Opolu. Ale festiwal omijam z daleka, bo nie lubię, gdy ktoś stęka. Nawet tegoroczny koncert folkowy mnie nie skusił, choć lubię, gdy skrzypią skrzypki i dują dudy. Kupiłem sobie za to gazetę, do której dołączony był festiwalowy dodatek. A tam rozmowa ze scenarzystą koncertu folkowego, dziennikarzem muzycznym Robertem Leszczyńskim.
„Polska do tej pory była ewenementem – mówi dziennikarz muzyczny – bo jeśli w radiu czy w telewizji puszczano przy okazji jakichś świąt czy niedziel folk, to była to zwykła cepeliada”. Oj dyrydy, chyba dziennikarz muzyczny jakichś nietypowych stacji słuchał przez ostatnie, hopszarga, piętnastolecie. Mniej więcej przed tyloma właśnie rokami skończyła się era dominacji „Śląska” i „Mazowsza”, a w pierwszych trzech programach Polskiego Radia zaczęły pojawiać się audycje „folkowe”, nie tylko Wojtka Ossowskiego i braci Kleszczów. Chyba, że do „cepeliady” dziennikarz muzyczny zalicza, hosadyna, muzykę prezentowaną w audycjach np. Marii Baliszewskiej, Andrzeja Bieńkowskiego czy świętej pamięci Mariana Domańskiego. To niewiarygodne, ale i niewykluczone, skoro dalej dziennikarz muzyczny mówi: „Mnie zależy na atmosferze pikniku (...). Bez żadnych gęśli i skrzypków, tylko z czadem”. Ponieważ na dalszych stronach przedstawione są zespoły biorące udział w koncercie i wszystkie mają w składzie skrzypka lub skrzypaczkę, domyślamy się, że dziennikarz muzyczny ma na myśli autentycznych muzykantów ludowych, co to skrzypce mają nieelektryczne, o drum’n’bass nigdy nie słyszeli, a czad znają tylko z domów ojców swoich, pod warunkiem, że się z nieszczelnego przewodu kominowego ulatniał. W takim razie dziennikarz muzyczny winien puknąć się w czoło, ale nosi je tak wysoko („Nie lubię »cudownej opolskiej publiczności«, która bawi się przy wszystkim” etc.), że nie wiadomo, czy dosięgnie. 
Z krótkich prezentacji wykonawców dowiedziałem się też, skąd się biorą i jak powstają zespoły folkowe, które dziennikarz muzyczny może potem wybrać do występowania w Opolu. „Siwy Dym” uważany przez dziennikarza muzycznego za „niekwestionowaną gwiazdę” to muzycy, którzy „talent odziedziczyli po swoich przodkach” i wydali jedną płytę. Ta płyta to muzyka do polsatowego reality knot „Dwa Światy”. Członkowie „Beskid Folk Band” „skrzyknęli się na przełomie marca i kwietnia ubiegłego roku”, skrzypek „jest sąsiadem Halinki Mlynkovej z »Brathanków«”. „Baciarka” też powstała przed rokiem, w składzie ma „kuzynkę braci Golców” oraz m.in. byłych muzyków „Lombardu”, pani Steczkowskiej, pana Janowskiego, pani Przemyk... Powstanie zespołu folkowego wyobrażam sobie zatem tak.
Jasiek i Stasiek pasą na hali owce grając w kulki bobkami i słuchając radia tranzystorowego. W pewnym momencie Jasiek nie trafia kulką i mówi: „Ty, Stachu! Czy to nie nasza sąsiadka w radiu śpiewa?” 
„Jezusiczku, to ona! A ten, co ją podszczypuje na basetli, poznajesz go? To przeca nasz kuzyn!”
„No i podziwej się! Oni tam dutki na muzykowaniu zarabiają, a my się tu będziemy za owcami uganiać jak głupie? Też załóżmy kapelę!”
„Kapelę? Ale jaką?”
„Jak to jaką? Dyć folkową!” 
„Kiedy ja skrzipców od Komunii Świetej w ręcach nie trzymałem!”
„Skrzipce nie muszą być. Wystarczy, żeby był czad. A jak będzie trzeba, to sobie kupimy muzyków sesyjnych. Oni się orientują w szołbiznesie, a my mamy rodowód, to do folkowej kapeli bydzie jak naszoł”.
Przy okazji dutków zacytuję kawałek rozmowy z Łukaszem Golcem z tego samego dodatku tej samej gazety, lecz późniejszej o dwa dni. Artysta wyjaśnia, dlaczego wbrew wcześniejszym planom ich grupa nie wystąpiła w koncercie folkowym: „Bo jest to impreza niebiletowana, a my na takich nie gramy. (...) Granie na takich imprezach zabija koniunkturę. Na całym świecie nie ma takiej praktyki. (...) My nieco inaczej myślimy niż dziś wszyscy w tym kraju. Tina Turner, Sting i inni grają duże koncerty, ale zawsze biletowane i my też tak robimy”. No, to niedługo panowie Golcowie będą chyba musieli zmienić nazwisko na bardziej przystające do sytuacji...
Na szczęście dziennikarz muzyczny wybrał do koncertu obok opolskiego rynku również wykonawców, którzy skrzyknęli się nie rok temu, i nie dla folkowatej koniunktury. Oto co dziennikarz muzyczny powiedział na ich temat, a co pobierająca wywiad dziennikarka zwykła przełknęła gładziuchno: „Zależało mi na prezentacji muzyków ze ściany wschodniej, a więc grających w Polsce kapel białoruskich czy ukraińskich. One nadadzą koncertowi klimatu bałkańskiego. Ich głosy są doprawdy piękne – zauważ, że w prawosławiu muzyka wypełnia całe dnie. Oni śpiewają i po pijaku, i w kościele, i codziennie w domach”. Tu dziennikarz muzyczny objawił nam się nagle jako wybitny odkrywca geograficzny i nachodziciel Bałkanów tam, gdzie ich nie ma, tudzież niebanalny etnograf. Ale zostawmy już na boku jego fatalne potknięcia i porzućmy naigrawania. Sprawa jest poważna. Choć rozmowa nosi tytuł „Cepeliady nie będzie”, to Krajowy Festiwal Piosenki Beznadziejnej uświadomił mi wtórne zagrożenie taką właśnie cepeliadą. Przez „cepelię” rozumiemy chyba wykorzystanie wzorców zaczerpniętych z kultury ludowej wbrew ich pierwotnemu przeznaczeniu i dla obcych tej kulturze celów, w sposób zniekształcający jej prawdziwe oblicze. Więc wydłubana w drewnie łyżka do jedzenia zupy to „sztuka ludowa”, zaś wytoczona na tokarce łyżka do powieszenia na ścianie to cepelia. Józef Broda grający na liściu to sztuka, a ryczący tę samą melodię do mikrofonu rockman to cepelia. I nie chodzi tu wcale o wierność gęślom: taka „Drewutnia”, aby trzymać się festiwalowych wykonawców, wykorzystuje instrumentarium z całego świata, co nie odbiera autentyczności ich poszukiwaniom nowego wyrazu starych ukraińskich piosenek. Różnica między autentycznością a cepeliadą daje się też postrzec jako różnica między żywieniem się a żerowaniem. Nie jestem wrogiem, a nawet lubię słuchać, w najprostszy sposób zaaranżowanych melodii ludowych na rockowo, jak to robią, żeby się trzymać, Kukiz czy De Press. Ale nie lubię wciskania kitu, że jest to jakiś przełom, tym bardziej, że większość wykonawców tego nurtu nie wzniosła się jeszcze ponad osiągnięcia „No To Co”, „Niebiesko-Czarnych” i innych grup „zielonej fali” lat 60. Mnożący się jak grzyby po długim nie sprzątaniu wykonawcy folk-rocka, folk-punka, folk’n’rolla itp., mogą zagrozić bytowi kapel folk-folkowych, a wtedy nasz dziennikarz obudzi się z ręką w cepeliadzie, którą sam współtworzył. Co zaś do atmosfery, to choć nie byłem i nie widziałem, daję sobie gęśle uciąć, że dziennikarz muzyczny pomylił piknik z festynem.

Jacek Podsiadło


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl