Dwanaście koszy ułomków

Święty pisze list do szatana

KS. STANISŁAW MUSIAŁ SJ

 

Morze łez przelano z powodu nietolerancji religijnej. Tymczasem wszystko mogło być inaczej. Przynajmniej jeśli idzie o chrześcijaństwo. Gdyby tylko chrześcijanie stosowali się do wskazówek ich Mistrza! Chrześcijaństwo mogło być łagodne jak buddyzm. Ewangelista Łukasz podaje (rozdz. IX), że Chrystus udając się na Święta do Jerozolimy chciał się zatrzymać na nocleg w jednej z wiosek samarytańskich. Wysłał więc wcześniej niektórych uczniów, żeby przygotowali kwaterunek. Ci jednak wrócili, nie posiadając się z oburzenia: mieszkańcy wioski odmówili im gościnności, uważając że pielgrzymi udają się do niewłaściwego sanktuarium (Samarytanie czcili bowiem Boga nie w Jerozolimie, tylko na ich górze Garizim). Rozczarowani i upokorzeni tą odmową uczniowie Chrystusa prosili swego Mistrza, by im pozwolił zesłać ogień na nieprzyjazną wioskę (widać na tym przykładzie, jak złość zaślepia umysł; przeceniali bowiem biedacy swoje możliwości, bo można wprawdzie samemu podłożyć ogień, ale ogień sprowadzić na kogoś z Nieba, żeby go ukarać, to już nie jest w gestii śmiertelników). Chrystus zrugał swych uczniów bardzo za ich chęć zemsty.
Chrześcijanie, po uzyskaniu wolności i obrośnięciu we władzę, szybko zapomną o lekcji tolerancji, jakiej udzielił Apostołom ich Mistrz. Nie będą już nawet prosić o ogień z Nieba. Sami sięgną po ogień ziemski i będą nim karać za odchylenia religijne. Palić będą heretyków na stosach.
Nie przynosi to chluby św. Tomaszowi z Akwinu, skądinąd jednemu z największych mózgów, jakie wydało chrześcijaństwo, że dał się zwieść prostackiemu argumentowi, zaczerpniętemu z królestwa pieniądza, iż heretyków należy karać śmiercią jak fałszerzy pieniędzy, bo ci ostatni fałszują tylko metal, a pierwsi – prawdę Bożą. Doszło do tego, że odpusty i przywileje, jakie zyskać mogli udający się na wyprawy krzyżowe, zostały rozciągnięte na tych, którzy na miejscu, w swej ojczyźnie, walczyć będą z herezją. Warto tutaj zaznaczyć, że potworny grzech inkwizycji zrodził się z innego grzechu, na pozór bardzo niewinnego, a mianowicie z centralizmu władzy papieskiej. Inkwizytorzy podlegali bowiem nie miejscowym biskupom, tylko samemu papieżowi. Mogli działać z własnej inicjatywy. Posiadali własne więzienia, własne służby, także i do stosowania tortur. Każdy mógł zostać zadenuncjonowany. Inkwizytorzy mieli władzę nad wszystkimi. Z jednym tylko wyjątkiem. Nie mieli jej nad biskupami. I tylko dzięki temu przemyślnemu postanowieniu inkwizycja mogła tak długo utrzymać się przy życiu. Biskupi nie musieli bać się o własną skórę, a skóra innych – jak wiadomo – nie boli.
Po Reformacji dojdzie do wojen religijnych, z których chyba najokrutniejszą była Wojna Trzydziestoletnia (1618–1648). I tak np. w Niemczech, w wyniku tej wojny, ludność miast zmniejszy się o 35 procent, a mieszkańców wsi o 40 procent. Miasto Bamberga (dawne słowiańskie miasto Baba) będzie przechodzić 13 razy z rąk do rąk i ludność jego spadnie z 4 tys. do 500 osób.
I znowu nie przynosi chluby chrześcijaństwu fakt, że tolerancja religijna została chrześcijanom narzucona przez władzę świecką, i to absolutystyczną. Chrześcijaństwo nie było w stanie wypracować tej zasady samo, dochodząc do niej o własnych siłach. Dzisiaj jest lepiej. Chrześcijanie nie tylko chcą być tolerancyjni, ale zrozumieli, iż tolerancji religijnej domaga się od nich sam Bóg. Katolicy przebili się do tej prawdy, tak naprawdę, dopiero od Soboru Watykańskiego II.
Wszystko mogło być inaczej. Chrześcijaństwo mogło być łagodne jak baranek. Bo taki był zamysł Chrystusa. I niekiedy to udawało się. Zacytuję jeden przykład z życia św. Grzegorza Cudotwórcy, ucznia Orygenesa, później biskupa Neocezarei (III w.). Biograf św. Grzegorza, też biskup, wielki Ojciec Kościoła, św. Grzegorz z Nysy podaje kuriozalne zdarzenie z życia biskupa cudotwórcy. Pewnego razu św. Grzegorz, podczas jednej ze swych wypraw apostolskich, zatrzymał się na noc w świątyni pogańskiej. Biograf nie podaje, czy stało się to za wiedzą kapłana, który obsługiwał tę świątynię. Było to miejsce szczególne, bo świątynia funkcjonowała także jako wyrocznia. Zapewniało to kapłanowi i jego rodzinie utrzymanie. Św. Grzegorz nie położył się spać. Postanowił spędzić czas na modlitwie. Czynił oczywiście przy tym, jak zwykle, wiele znaków krzyża św., co – zdaniem biografa – przepłoszyło skutecznie wszystkie demony, „urzędujące” w świątyni. Rano święty ruszył w drogę. Potem powrócił kapłan. A do świątyni zaczęli ściągać, jak co dzień, wierni. Tymczasem „moc” opuściła świątynię. Przestała działać wyrocznia. Ludzie nie doznawali już więcej uzdrowień, jak dotychczas. Przestano dawać ofiary. Kapłan wraz z rodziną znalazł się w trudnej sytuacji finansowej. Bieda zaczęła zaglądać do jego domu. Nie namyślając się wiele postanowił odnaleźć winowajcę. Św. Grzegorz zasmucił się bardzo, że jego pobyt w świątyni przyniósł taki skutek i że kapłan wraz z rodziną na skutek tego popadł w nędzę. Wziął kawałek pergaminu i napisał na nim list do diabła: „GRZEGORZ SZATANOWI: WEJDŹ!” Ucieszony kapłan pobiegł z listem, złożył go w świątyni. Demony wróciły. Wyrocznia zaczęła działać jak wprzód. Uzdrowienia także.
Wszystko mogło być inaczej. Gdyby chrześcijanie stosowali się do wskazań Mistrza. Nie musielibyśmy zwalczać nikogo. Nie balibyśmy się nawet demonów.

Ks. Stanisław Musiał SJ

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl