Komentarze

 


Andrzej Franaszek Zakazany Wielki Brat

Ks. Adam Boniecki IPN – takich zwierząt nie ma?

Krzysztof Burnetko Czary się przelały

Wojciech Pięciak Kohl i jego „teczka”

  


 

 




  
 
Zakazany Wielki Brat

Apel wybitnych reżyserów do Sejmu i Senatu RP oraz do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, aby ustawowo ograniczyć możliwość emisji w Polsce programów reality show, w pierwszej zaś kolejności objąć zakazem przygotowywane przez Polsat „Amazonki”, pokazuje problemy na styku demokracji, etyki i kultury. Czy mała grupa, nawet w imię obrony humanistycznych wartości, może zakazać coś reszcie społeczeństwa? Czy należy walczyć z erotyką i przemocą w mediach, wierząc, że skoro dziś ukryte kamery podglądają seks, to wkrótce zobaczymy transmisję z wykonywania kary śmierci? Ale też czy tzw. szeroka publiczność rzeczywiście chce „Wielkiego Brata”, a nie ważnych filmów dokumentalnych i fabularnych, czy może jej wybór jest manipulowany przez medialnych menedżerów, dla zysku podsycających niskie instynkty?

Jeśli nawet zgadzamy się, że reality shows niosą zagrożenie, to zaproponowany sposób walki z nimi budzi wrażenie bezsilnego krzyku rozpaczy, a nie konstruktywnej propozycji. Jest wątpliwy merytorycznie, bo konsekwentnie czarny obraz tego gatunku to uproszczenie. Wytwarza napięcie między elitą a masą odbiorców, którzy dowiadują się, że grupka twórców chce zabronić im wyboru. Jest nieskuteczny (nawoływania do bojkotu „Nie” podnosiły sprzedaż pisma) i budzi podejrzenie o próbę usunięcia konkurencji, by ta nie odbierała środków, mogących trafić do tzw. kultury wysokiej (czy Penderecki i Kilar powinni domagać się zakazu płyt boysbandów?) Jest też niewykonalny, bo program można emitować spoza Polski, na platformach cyfrowych i w internecie. Obnaży on więc słabość KRRiTV, nie mówiąc o Radzie Etyki Mediów, które mogą piętnować stację naruszającą etyczny kodeks, ale nie potrafią wyegzekwować zakazu.

Jedynym przekonującym sposobem przeciwstawienia się równi pochyłej, na którą prowadzą kulturę kolejne propozycje przede wszystkim telewizji komercyjnych (nie tylko z gatunku reality shows) może być promowanie dzieł wartościowych. To oczywiście zadanie dla telewizji publicznej, wymagające jednak decyzji państwa, zdolności polityków do troski o duchowy rozwój narodu. Wizja, jak dotąd, utopijna: TVP uwolniona z uzależnień politycznych, sprawnie zarządzana, wzmocniona finansowo przez mecenat państwa, a przez to w mniejszym stopniu zależna od reklamodawców. Posiadająca środki na nowe wartościowe produkcje, emitująca w dobrym czasie wybitne filmy, reportaże, publicystykę. Budząca w odbiorcach pozytywny snobizm i udowadniająca, że „Dług” Krzysztofa Krauze jest ciekawszy od dobrze zbudowanych blondynek, zmagających się z sobą w błocie...

Andrzej Franaszek

 

 

 

 

 

 

 

 

IPN – takich zwierząt nie ma?

Minął rok działalności Instytutu Pamięci Narodowej. Początkowo klimat wokół IPN nie był dobry: uwaga była skupiona na „teczkach” bezpieki i niektórzy przewidywali, że Instytut może się na nich skupić i w nich ugrzęznąć. Stało się – na szczęście – inaczej.

Prezes IPN prof. Leon Kieres lubi podkreślać, że choć ustawa o Instytucie tylko w jednym punkcie (dołączonym w ostatniej chwili) mówi o Biurze Edukacji, on uważa rolę edukacyjną za istotną. Ta filozofia – a może i fakt, że rozpoczęcie działalności zbiegło się ze sprawą Jedwabnego – sprawiły, że Instytut zdobył społeczny prestiż. Usytuował się bowiem ponad podziałami: nie dopuścił, by pisanie historii było domeną zwycięzców i by dramatyczne wydarzenia przeszłości stały się żerem jedynie polityków i mediów. IPN potrafił też wykorzystać doświadczenie Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, ale swe struktury musiał tworzyć od zera. Dziś zatrudnia blisko 900 fachowców w Warszawie i ośrodkach terenowych. Jego archiwa sięgają 95 km, a do końca sierpnia zostaną powiększone o zasoby UOP i WSI. Prowadzi już ok. 800 śledztw, ogłosił ponad 100 publikacji i rozpoczął udostępnianie pokrzywdzonym przez PRL-owską bezpiekę zebranych na ich temat materiałów (o udostępnienie swoich teczek wystąpiło 8 tys. osób). A parę dni temu IPN podpisał porozumienie z Uniwersytetem Jagiellońskim: na UJ ruszyć ma studium podyplomowe dla nauczycieli historii i pracowników IPN, a uniwersyteccy badacze najnowszej historii będą mieć dostęp do archiwów Instytutu. Podobną umowę IPN zawarł z Uniwersytetem Marii Curie Skłodowskiej.

Patrząc na IPN, chce się powiedzieć jak prosta kobieta na widok żyrafy w ZOO: takich zwierząt nie ma. Państwowa instytucja w Polsce? I moralny prestiż? A jednak – jest.

Ks. Adam Boniecki

 

 

 

 

 

 

 


Czary się przelały

Minister Lech Kaczyński forsował radykalne i dyskusyjne zmiany w kodyfikacjach karnych, bez pardonu atakował środowisko sędziowskie nie bacząc na specyficzną pozycję III władzy w państwie, sięgał po ręczne mechanizmy sterowania prokuraturą, znany był z daleko idących, a nieudowodnionych, sugestii powiązań osób publicznych ze światem przestępczym. Wiceminister Szeremietiew lansował kontrowersyjną ideę obrony terytorialnej kraju, nie wahał się krytykować kolejnych przełożonych, oskarżany był o bałagan w podlegającej mu sferze zamówień wojskowych.

Pierwszy został zdymisjowany, gdy wdał się w publiczną awanturę z Urzędem Ochrony Państwa i zarzucił premierowi uleganie służbom specjalnym. Drugiego zawieszono w obowiązkach, gdy media poinformowały o dziwnych źródłach jego majątku oraz podejrzanej roli jego doradcy przy przetargach na uzbrojenie.

Obu się należało. Czary się przelały. Tyle że obie sprawy pokazują także wadliwość mechanizmów ustrojowych i praktyki życia publicznego III RP. Chodzi choćby – powtórzmy – o niesprawdzającą się zasadę łączenia politycznej funkcji ministra sprawiedliwości z rolą Prokuratora Generalnego, o parasol ochronny rozpościerany nad ludźmi o wątpliwych kwalifikacjach, a wielkich ambicjach, jeśli mają oni zaplecze partyjne, o chwytliwość populistycznych haseł (obaj ministrowie kreowani byli – skutecznie – przez niektóre media na symbole zdecydowania, twardości i porządku). 

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

Kohl i jego „teczka”

To że Helmut Kohl nie zgodził się na ujawnienie dotyczących go akt służby bezpieczeństwa NRD “Stasi”, nie powinno dziwić – przynajmniej tych, którzy przebrnęli przez jego wspomnienia. W miniony wtorek do skargi eks-kanclerza przychylił się sąd, uznając, że licząca tysiące stron „teczka” Kohla nie może być przekazana dziennikarzom i historykom przez Urząd Gaucka, sprawujący pieczę nad spuścizną „Stasi”. To pierwszy wyrok, w którym sąd, rozpatrując skargę osoby publicznej, nie zgodził się na ujawnienie jej akt; dotąd czyniono to zakładając, że interes społeczny jest najważniejszy.

Kanclerz, którego polityczna socjalizacja dokonywała się w RFN lat 50. (gdy postawiono nie na rozliczanie przeszłości wielu Niemców, ale ich integrację), był w 1990 r. przeciwnikiem otwierania archiwów. Podczas rokowań nad traktatem zjednoczeniowym Kohl uważał, że akta powinny znaleźć się w Archiwum Federalnym, niedostępne przez kilkadziesiąt lat. Kohl mówił we wspomnieniach, że obawiał się, iż otwarcie akt „zatruje atmosferę”. Potem przyznał, że obawy nie sprawdziły się i udostępnienie (o czym zdecydował jeszcze parlament NRD) było potrzebne. Dziś, blokując możliwość ujawnienia swej „teczki”, Kohl wykorzystał niejasność w ustawie, która dopuszcza nieograniczone ujawnianie akt „osób publicznych o znaczeniu historycznym”, a zarazem mówi, że ofiary „Stasi” mogą decydować, czy ich akta będą upublicznione (takiego prawa nie mają ludzie „Stasi”).

Wyrok ten może mieć ogromne znaczenie dla korzystania z archiwów – i to w momencie, gdy zainteresowanie kierować zaczęło się ku elitom Niemiec Zachodnich, a mniej już w stronę b. NRD (bo tu rozliczono chyba wszystko; inna sprawa, z jakim skutkiem społecznym). Minister spraw wewnętrznych Otto Schily już żąda od Urzędu Gaucka, by „teczki” prominentów wydawał tylko za ich zgodą. A że chodzi głównie o prominentów z dawnych Niemiec Zachodnich, casus Kohla potwierdza tezę, że stosuje się tu podwójną miarę: o ile biografie obywateli NRD, kraju nieistniejącego, upubliczniano przy blasku fleszy, o tyle elity zachodnie, gdy sprawa zaczyna ich dotyczyć, rozliczeniami zainteresowane nie są. Nieprzypadkowo Schily zablokował kilka miesięcy temu ujawnienie akt wywiadu NRD – zdobytych w 1990 r. przez CIA i przekazywanych teraz Niemcom – dotyczących głównie Niemiec Zachodnich.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29, 15 lipca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl