Nr 28, 15 lipca 2001

 

On-line: Obraz tygodniaKronika religijnaKomentarze  Medytacja BiblijnaLiturgiczne czytania tygodnia

 


 

           O ZACHĘCIE, PIENIĄDZACH I NIE TYLKO

 

 

                         

 

 

Bilans ostatnich lat Zachęty jest imponujący. Spełnia swe zadania, czyli zachęca publiczność o różnej świadomości kulturalnej czy artystycznej do uczestniczenia w krajowych i światowych wydarzeniach w sztuce współczesnej. Jest też miejscem, gdzie oprócz zjawisk mających znamiona klasyki mogą pojawiać się inne – dyskusyjne, polemiczne, wprowadzające niepokój intelektualny czy estetyczny.

 

Elżbieta Grabska    

 

 

 

 

Nasze społeczeństwo jest słabo wyedukowane artystycznie. Trzeba zacząć w nieco inny sposób, wprowadzenie powinno być bardziej elementarne. W Tate Modern umieszcza się obszerny opis przy każdym eksponacie. Rzeźbie Cattelana – słynnej u nas ze skandalu w Zachęcie – towarzyszyła tam olbrzymia tablica informująca o intencjach artysty. A działo się to Anglii, w której Papież nie jest świętością!

 

Joanna Sosnowska

 

 

WIĘCEJ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pyjas i nie tylko

 

6 lipca krakowski sąd rejonowy skazał na dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata dwóch funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych: Zbigniewa K. – b. inspektora Wydziału Inspekcji Biura Śledczego MSW i Jana B. – b. naczelnika Wydziału III Operacyjnego KW MO. Zostali oni uznani winnymi utrudniania śledztwa w sprawie zabójstwa Stanisława Pyjasa.

Publikujemy fragmenty pracy dyplomowej „Rozpoznawanie i ograniczanie przez Służbę Bezpieczeństwa działalności Studenckiego Komitetu Solidarności na terenie Krakowa w latach 1976–1979” autorstwa plut. Ireneusza Krassowskiego – absolwenta Wyższej Szkoły Oficerskiej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie. Praca powstała w roku akademickim 1988/89. Jak i inne dokumenty PRL-owskich służb specjalnych, nie tylko napisana jest ideologicznym językiem (a przecież trwały już rokowania Okrągłego Stołu!), zawiera wiele szokujących dziś tez ideologicznych, ale też – co ważne – sporo błędów merytorycznych (mylone są np. imiona, nazwiska, a nawet płeć opisywanych osób). Stąd z ostrożnością podchodzić trzeba także do rewelacji dotyczących liczby i wpływów tajnych współpracowników SB w SKS-ie (sam autor przyznaje, że nawet przy ich pomocy SB nie zdołała sparaliżować ruchu).

 

 

Niektóre aspekty pracy operacyjnej
  w odniesieniu do działalności SKS


Specyfika współczesnej wrogiej działalności, jej charakter, zasięg oraz dynamika spowodowały konieczność stosowania w coraz szerszym zakresie działań operacyjnych. Praca operacyjna często zajmuje główne miejsce w realizacji zadań resortu spraw wewnętrznych. Jest to bowiem praca ciągła, ukierunkowana na rozpoznawanie, zapobieganie, wykrywanie i zwalczanie wrogiej, przestępczej lub szkodliwej działalności, która godzi w podstawowe interesy państwa i jego obywateli. (...) 
Środki pracy operacyjnej można podzielić na osobowe i rzeczowe. Rzeczowymi środkami pracy operacyjnej są: przedmioty materialne, będące nośnikami informacji operacyjnych. Będą to wszelkiego rodzaju dokumenty, przedmioty zakwestionowane podczas przeszukań oraz materiały dzięki użyciu środków techniki operacyjnej.
Do osobowych środków pracy operacyjnej zaliczymy: tajnych współpracowników, kontakty operacyjne i służbowe, konsultantów, rezydentów. Najaktywniejszymi i najbardziej wszechstronnymi są tajni współpracownicy. Są to osoby celowo pozyskane do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Działają przede wszystkim w ramach spraw operacyjnych. Wykorzystywani są do bardzo różnych celów. 
W ramach sprawy operacyjnego rozpracowania kryptonim ALFA, która obejmowała działalność krakowskiego SKS-u, rola tajnego współpracownika była bardzo duża. Tajni współpracownicy wykorzystywani w tej sprawie byli zasadniczym środkiem pracy. Bardzo istotny jest fakt, że były to źródła ofensywne i ulokowane bardzo dobrze w hierarchii SKS. Informacje przekazane przez TW pozwalały na ustalenie:
– nazwisk osób zaangażowanych w różnego rodzaju akcje organizowane przez SKS,
– schematów kontaktów w obrębie UJ oraz między członkami a sympatykami,
– miejsca spotkań i zebrań roboczych SKS, a także spotkań towarzyskich skupiających osoby z tego kręgu,
– danych odnośnie osobowości, charakteru i zamiłowań figurantów, ich przekonań, stopnia zaangażowania i przekonania do prowadzonej działalności, słabych i silnych punktów,
– miejsca i czasu przekazywania i powielania nielegalnych materiałów oraz kanały ich kolportażu,
– posiadanych przez figurantów maszyn do pisania lub maszyn, do których mają oni dostęp, a także zdobycie prób pisma tych maszyn.

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowy na nowy wiek

 

Historia prawdziwa

Z NORMANEM DAVIESEM

rozmawiają Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski

 

Wszystkie narodowości w Europie Środkowej straciły podczas wojny miliony ludzi. Jeśli Żydów spotkał najgorszy los, to nie znaczy, że można zapominać o tragedii innych. Na tym polega wrażliwość.

 

Przez ponad 50 lat wszystkie podręczniki były pisane tak, jakby Stalin był przyjacielem demokracji, sprawiedliwości i wolności. Tak jakby nie było strasznej tyranii, jakby Stalin nie mordował najpierw Rosjan, później Ukraińców i wreszcie obywateli krajów, objętych reżimem.

WIĘCEJ

 

 

 

 

 

 

 

 

KRAJ I ŚWIAT

 

 

Polska atrakcyjna

Z RAFAŁEM WIŚNIEWSKIM, dyrektorem Departamentu
 Dyplomacji Kulturalnej MSZ, rozmawia Piotr Kosiewski

 

Największym atutem Polski jest wielobarwność. Dlatego sprzeciwiać się trzeba promowaniu Rzeczypospolitej przy pomocy 3-4 schematów, nawet tych pozytywnych. 

 

Po to przyjęto program promocji członkostwa w UE, by nie uszczuplać środków na promocję prowadzoną do tej pory na całym świecie, w tym w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Więcej: nasza obecność w regionie może okazać się głównym atutem. I to nie tylko w okresie poprzedzającym akces do Unii: zasadnicza batalia o nasz wizerunek w Europie rozegra się po wejściu. Przed nami otworzy się wtedy wielki rynek, a – wbrew eurosceptykom – niesie on ze sobą szanse, a nie zagrożenia. Nie wolno myśleć kategoriami typu „zaleją nas”, ale umiejętnie promować to, z czego jesteśmy dumni.



 

 

Przypadków gen. Aussaressesa ciąg dalszy

 

„Blond Anioł Śmierci”

Jacek Kubiak z Paryża

 

Najpierw Francja skazała kpt. Alfredo Astiza – jednego z dowódców argentyńskich „szwadronów śmierci” w czasach junty wojskowej przełomu lat 70. i 80. – na dożywotnie więzienie za mordowanie jej obywateli. Teraz okazuje się, że „Blond Anioła Śmierci” (jak nazwano Astiza z racji charakterystycznej czupryny) szkolić mogli w jego rzemiośle francuscy wojskowi.  

 

Francja odkryła swój kolejny – po sprawie Vichy i wojny algierskiej – szkielet w szafie: okazuje się,
że prawdopodobnie Ojczyzna Praw Człowieka szkoliła członków „Szwadronów Śmierci” południowoamerykańskich
junt wojskowych.

 

 

 

 

REPORTAŻ

 

 

„Twój ksiądz przyszedł”

Michał Wawrzonek

 

 

Wysowa – mała miejscowość wśród łagodnych pagórków 
Beskidu Niskiego, przy granicy ze Słowacją. Tutaj Opatrzność i decyzja biskupa rzuciły ojca Jakuba: został proboszczem parafii greckokatolickiej w odległym o 10 kilometrów Uściu, które kiedyś zwało się Ruskim, a dziś nazywa się Gorlickie. 


 
W nowej plebanii katolickiej w Uściu (tej, w której nie było miejsca dla proboszcza greckokatolickiego) urządzono kaplicę. Bo nagle, po tym, jak unitom przywrócono tytuł własności do cerkwi, okazało się, że jest ona za ciasna dla katolików obydwu obrządków. Łacinnicy postanowili się wynieść. Nagle, bo wcześniej przez lata obie wspólnoty współużytkowały świątynię bez problemów. Jeszcze w umowie w sprawie przekazania tytułu własności do cerkwi w Uściu – podpisanej przez ówczesnego biskupa tarnowskiego Józefa Życińskiego i arcybiskupa greckokatolickiego Jana Martyniaka – znalazł się zapis, iż strona rzymskokatolicka „zastrzega sobie nieodpłatne współużytkowanie przekazanego kościoła” do czasu wybudowania nowej świątyni. 
Wicekanclerz kurii tarnowskiej, ks. dr Zbigniew Dusza, twierdzi dziś jednak, że grekokatolicy po przekazaniu im uściańskiej cerkwi nie wykazywali dobrej woli, niezbędnej do zgodnego współużytkowania świątyni przez wiernych obu obrządków. To przyspieszyło decyzję o jej opuszczeniu przez łacinników.

 

Wielu Łemków porzuciło dziś wschodni obrządek, podobnie jak swą mowę i tradycję. Wtopili się w polskie, rzymskokatolickie morze.
Robili to sami z siebie, pod wpływem nieubłaganego procesu asymilacji, a czasem ze względu na polskiego współmałżonka.

 

 

 

 

 

 

Dzień z życia Krystiana

Joanna Czarnocka

Od świtu do późnej nocy na przykopalnianych torach Krystian toczy walkę o przeżycie. Zaczajony w krzakach trzynastolatek czeka na okazję, aby ukraść kilka kilogramów węgla. Do szkoły wróci, gdy matka i siostra będą mieć na jedzenie.

 

 

 

 

 

KOŚCIÓŁ

 

 

 

Spór o diakonat stały

 

Odważną decyzję polskiego Episkopatu o wprowadzeniu diakonatu stałego, musi jeszcze zatwierdzić Jan Paweł II. Ale trzeba wiedzieć, że diakon nie jest „księdzem drugiej klasy”, „wyższej kategorii ministrantem” czy „pomocą duszpasterską”.

 

Leszek Biczyk

 


  

 

Otwarcie drogi dla diakonatu stałego w Polsce jest docenieniem tego powołania i zerwaniem z koncepcją diakona jako „zapchajdziury” tam, gdzie brakuje księdza, bądz kolejnego schodka na drodze do bycia kapłanem. Decyzja ostatniej Konferencji Episkopatu to nie żadna rewolucja, ale świadectwo, że Kościół w Polsce idzie w kierunku soborowym – jak to określił jeden z biskupów: „co prawda w tempie ślimaka, który ma w dodatku za ciężką skorupę, ale idzie”.

 

Ireneusz Cieślik


 

 

Co więc oznacza fakt, że Episkopat, choć w Polsce nie brakuje księży, godzi się na posługę stałego diakonatu nie tylko jako etapu przejściowego do święceń kapłańskich? Sądzę, że chce dowartościować świecki sposób bycia w Kościele w jego wymiarze społecznym. A może, co daj Panie Boże, dać szansę, aby stali diakoni byli widocznymi ambasadorami polskiego laikatu, aby głośno mówili – księżom i biskupom – czym żyje i co myśli polski katolik.

 

Jarosław Makowski
 

 

 

 

 

 

Spory–polemiki

 

Świątynie i pomoc ubogim

Ks. Bronisław Fidelus

Budowa nowych świątyń nie wyklucza pomocy ubogim i potrzebującym, nie jest prowadzona ich kosztem. Każda nowa parafia czy dom zakonny organizują od początku działalności pomoc dla potrzebujących.

 

 

 

 

 

 

Mija 200 lat od konkordatu Napoleona i Piusa VII

 

Cena wolności Kościoła

Ks. Jan Kracik

 

Tylko 14 na 28 kardynałów było za ratyfikacją konkordatu podpisanego w Paryżu 15 lipca 1801 roku. Ale miesiąc później papież Pius VII zatwierdził i ogłosił ów traktat. Powiedziano w nim: rząd Republiki uznaje, że katolicyzm jest „religią znacznej większości obywateli” i religia ta „będzie swobodnie wyznawana we Francji. Jej kult będzie publiczny”.
Za to naturalne prawo do jawnego działania trzeba było tym razem płacić, jak płaci się nieraz za odzyskanie wolności. Koszta objęły żądanie dymisji wielu biskupów, zgodę na mianowanie nowych przez rząd, likwidację wielu diecezji, rezygnację z żądania zwrotu rozgrabionych przez rewolucję majątków kościelnych. Taką cenę podyktował ten, kto mógł i chciał Kościołowi, choć nie z miłości do niego, przywrócić swobodę – pierwszy konsul Francji, Napoleon. A jednak „po ludzku sądząc, Bonaparte uratował religię od ruiny” – napisał sto lat później autor ważnej pracy o konkordacie 1801 roku, kardynał F. Mathieu. Czy nie pomylił on ratowania z konserwacją ruin? Zniszczenia te dotknęły wielu dziedzin.

 

 

 

 

 

 

 

KULTURA

 

Świat według Romy Ligockiej

Katarzyna Zimmerer

 

Przez długi czas starałam się zapomnieć o latach Holocaustu, choć przeżycia z tego okresu ciągle do mnie wracały. Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego właśnie ja zostałam ocalona, a inni zginęli. Uważam, że nie do mnie należy stawianie tego pytania i odpowiedź na nie. Kiedy jednak podczas premiery „Listy Schindlera” znów zobaczyłam getto, kiedy w niektórych bohaterach filmu rozpoznałam moich bliskich, kiedy pojęłam, że przez całe życie byłam przestraszoną dziewczynką, która za wszelką cenę pragnie ukryć swe istnienie, zrozumiałam, że teraz moim obowiązkiem jest ocalić od zapomnienia tych, których kochałam, albo pokochać mogłam, tylko nie zdążyłam, bo zostali zamordowani. Pisząc moją książkę świadomie powróciłam do wspomnień, które wcześniej próbowałam wymazać z pamięci, świadomie przeżyłam jeszcze raz całe moje życie po to, by choć na chwilę wskrzesić moich zmarłych, a także po to, by opisać blaski i kolory życiorysu, którego przecież miało nie być.

 

 

 

 

 

 

 

Pamięć i terapia

Tomasz Potkaj

 

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” ukazała się w Niemczech tuż przed ubiegłorocznymi targami we Frankfurcie nad Menem i niemal od razu została bestsellerem. W samych Niemczech sprzedano 80 tysięcy egzemplarzy, prawa do jej wydania kupiło 18 wydawnictw w kilkunastu krajach świata. Pochlebną recenzję zamieściły „Der Spiegel” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, autorkę „zagospodarowały” także pisma kobiece (obszerny wywiad w „Brigitte”). Duży sukces jak na debiut. Debiut, dodajmy, dość późny – autorka wspomnień, Roma Ligocka, w tym roku kończy 63 lata. Ale też było wystarczająco wiele powodów, by z opowiedzeniem tej historii czekać tyle lat.

 

 

 

 

 

 

 

XI Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie
  (30 czerwca – 8 lipca 2001)

 

Bar Micwa na Kazimierzu

Agnieszka Sabor

 

Każdej wiosny na Kraków spada niepokój. Czy w tym roku Festiwal Kultury Żydowskiej się odbędzie? Mnożą się trudności. Kolejne instytucje odmawiają wsparcia, wycofują się sponsorzy... Ale w końcu czerwca poranną modlitwą w synagodze Tempel znów rozpoczyna się święto. Bo Janusz Makuch, dyrektor festiwalu, jest szaleńcem z chasydzkiej opowieści – takim, którego szaleństwo jest aktywną i pełną wiary odpowiedzią na obłęd rzeczywistości.

 

 

W czasie finałowego sobotniego koncertu, gdy zapadł już zmrok, zapalono hawdalowe świece, aby odmówić błogosławieństwo nad winem, światłem i wonnymi ziołami. Po chwili świece zgasły i rozległy się delikatne dźwięki zmirotu – pieśni na odejście Szabatu. Zakończyło się święto. Powróci za rok. Ale między Szabasem, który minął, a tym, który nadejdzie, coś zmieniło się na zawsze. 

 

 

 

 

 

 

 

Księga różnorodności

Tomasz Cyz

 

„To chyba nie będzie zwykła recenzja” – powiedział do mnie redaktor działu kulturalnego „TP”, kiedy rozmawialiśmy podczas festiwalu, gdzieś pomiędzy koncertami. „Raczej nie” – odpowiedziałem. Niezwykle trudno byłoby bowiem recenzować imprezę, która prócz wartości czysto muzycznych, słyszalnych, sprawdzalnych i dotykalnych, zawiera w sobie jakiś naddatek wymykający się „szkiełku i oku”, która staje się czymś więcej: modlitwą. A poprzez to wyrazem radości, szczęścia, smutku, skupienia. Muzyka XI Festiwalu Kultury Żydowskiej to wielka Księga Różnorodności, rozpisana na kilka głosów, kilkanaście instrumentów, kilkaset (a podczas finałowego koncertu kilka tysięcy) dłoni składających się do rytmicznie wybijanych oklasków, nie mówiąc o roztańczonych stopach i rozkołysanych ciałach.

 

 

Bardzo piękny i intensywny ślad pozostawił „The Cracow Klezmer Band” (Jarosław Tyrała, Jarosław Bester, Oleg Dyyak, Wojciech Front), młody krakowski kwartet przygotowujący się właśnie do nagrania drugiej płyty w nowojorskim wydawnictwie „TZADIK” Johna Zorna. Szczególnym zaś wydarzeniem był – jak zwykle – wielogodzinny koncert finałowy na wypełnionej po brzegi ulicy Szerokiej. Jego sens ujęła kiedyś najtrafniej Alicia Svigals z zespołu „The Klezmatics”, mówiąc ze sceny: „Koncert ten poświęcamy pamięci wszystkich tych, którzy przez wieki żyli tu, kochali się i umierali. Pamięci wszystkich krakowskich Żydów”. Zachodzące słońce, roztańczony i rozentuzjazmowany tłum, wibrujące rytmy (m.in. stali już goście festiwalu – „Brave Old World” z pełnym życia i emocji Michaelem Alpertem oraz „Habrera Hativeet” z profetycznym brzmieniem głosu Shlomo Bara). Spełnienie rodzące nową tęsknotę, radość współuczestnictwa zabarwiona niepokojem oczekiwania.
W którymś momencie przypomniałem sobie słowa: „Nie ma już wczoraj, nie ma jeszcze jutra, jest tylko odrobina dzisiaj”. I zabrałem tę odrobinę dzisiaj ze sobą, nie doczekawszy końca święta. Bo jak mawiał rabin Nachman: „jesteś tam, gdzie są twoje myśli. Upewnij się, czy twoje myśli są na pewno tam, gdzie chcesz, żeby były”.

 

 

 

 

 

 

 

Teatr czasu przemian

Rafał Węgrzyniak

 

Aktorzy i reżyserzy często narzekają, że krytyka teatralna stała się niekompetentna, pozbawiona poczucia miary, agresywna i destrukcyjna, utraciła autorytet i znaczenie. Opinia ta uwzględnia jednak wyłącznie, rzeczywiście często kompromitujące, poczynania recenzentów komentujących życie teatralne w dziennikach. Podważa ją natomiast zbiór recenzji i szkiców Grzegorza Niziołka „Sny, komedie, medytacje”. 

 

 

 

 

 

 

Pierwsza rocznica śmierci Gustawa

Herlinga-Grudzińskiego

 

Pamiętaj, ile od ciebie zależy

Jan Mazurkiewicz

 

– Posso parlare con Gustavo – jak co tydzień od paru lat, zadzwoniłem do Neapolu. Telefon odebrała pani Lidia: – Gustavo, Gustavo, Silesiano! – usłyszałem znajome wołanie.
– Jak się masz, Janku? Co słychać u pani Zofii, co u dzieci? – ostatniego czerwca głos mojego przyjaciela był wyraźnie znużony, słowa wypowiadał z wysiłkiem, wyczuwało się w nich wyczerpanie. Zwykle nasze rozmowy trwały około godziny, ta ostatnia 10 minut...

 

 

 

 

 

 

 

 

FELIETONY

 

 

 

Votum separatum

 

Namawiani, uwodzeni

Józefa Hennelowa

 

Ilekroć, włączając Telewizję Puls na „Wydarzenia”, natrafiam na ostatnie klatki poprzedzających je „Gumityków”, to prócz niezmiennego uczucia antypatii do programu (który dalej nie wiem jakiej satysfakcji dostarczać ma telewidzom, prócz taniej uciechy towarzyszącej wszelkiemu prześmiewaniu się), zastanawiam się z pewnym zdumieniem nad niebywale długą listą osób program ten tworzących. Ze trzydzieści nazwisk sunie przez ekran, na tyle szybko, by nie zdążyć ich policzyć. I nawet już nie o to chodzi, że dziesięciominutowe szyderstwo potrzebuje aż tylu twórców i pomocników, bo być inaczej nie może. Ale patrząc prozaicznie, jest to przecie lista tych, którym należy się honorarium. Program „Gumitycy” jest ewidentnie drogi. Drogich jest bardzo wiele innych. Telewizja jest droga. Media kosztują. Ta smętna prawda uświadamia się nam na nowo, gdy czytamy, że „kurczy się rynek reklam” i w związku z tym zagrożone są i telewizje, i wydawnictwa gazet i periodyków. Ale co to znaczy tak naprawdę? 
 WIĘCEJ

 

 

 

 

 

Gęślom stanowcze NIE!

Jacek Podsiadło

 

Mieszkam w Opolu. Ale festiwal omijam z daleka, bo nie lubię, gdy ktoś stęka. Nawet tegoroczny koncert folkowy mnie nie skusił, choć lubię, gdy skrzypią skrzypki i dują dudy. Kupiłem sobie za to gazetę, do której dołączony był festiwalowy dodatek. A tam rozmowa ze scenarzystą koncertu folkowego, dziennikarzem muzycznym Robertem Leszczyńskim.

 

 

„Polska do tej pory była ewenementem – mówi dziennikarz muzyczny – bo jeśli w radiu czy w telewizji puszczano przy okazji jakichś świąt czy niedziel folk, to była to zwykła cepeliada”. Oj dyrydy, chyba dziennikarz muzyczny jakichś nietypowych stacji słuchał przez ostatnie, hopszarga, piętnastolecie. Mniej więcej przed tyloma właśnie rokami skończyła się era dominacji „Śląska” i „Mazowsza”, a w pierwszych trzech programach Polskiego Radia zaczęły pojawiać się audycje „folkowe”, nie tylko Wojtka Ossowskiego i braci Kleszczów. Chyba, że do „cepeliady” dziennikarz muzyczny zalicza, hosadyna, muzykę prezentowaną w audycjach np. Marii Baliszewskiej, Andrzeja Bieńkowskiego czy świętej pamięci Mariana Domańskiego. To niewiarygodne, ale i niewykluczone, skoro dalej dziennikarz muzyczny mówi: „Mnie zależy na atmosferze pikniku (...). Bez żadnych gęśli i skrzypków, tylko z czadem”. WIĘCEJ

 

 

 

 

 

 

 

Z dziennika „Mój rok 2001...”

 

Biją mistrza!

Zbigniew Mentzel

 

1. W nostalgicznej książce Romana Śliwonika o pisarzach z tzw. pokolenia „Współczesności” („Portrety z bufetem w tle”. Iskry, Warszawa 2001) za najbardziej oczywiste atrybuty zdolnego poety, prozaika czy dramaturga uważane są: marskość wątroby, złamany nos i twarde pięści. „W tym pokoleniu – powiada autor – tak się złożyło, że pijący i bijący okazywali się najzdolniejsi” (s. 126). Andrzej Brycht, na przykład, „bił, pił, kopał” (182), uderzając „silnie i bez uprzedzenia”, toteż na wieczorach autorskich z jego udziałem rozlegały się raz po raz „krzyki, brzęk tłuczonego szkła i łoskot przewracanych sprzętów” (180). Stanisław Grochowiak, który dla odmiany nie potrafił bić inaczej niż po pańsku, pierwszy na ogół „dostawał w zęby” i „zaczynał puchnąć”(67), kiedyś jednak sam w końcu „wytrzaskał rękawiczkami po twarzy jednego z portierów w »Kameralnej«” (47). Jan Himilsbach z kolei, choć „promienność z niego nie tylko biła, ale waliła wszystkimi porami” (184), gotów był nieustępliwie stawiać czoło pojemnikom na śmieci: „Rozpędził się, pochylił jak byk na arenie i pobiegł przed siebie cwałem. Dopadł do najbliższego pojemnika na śmieci (...) wyrżnął w niego głową (...) Rozległ się huk, brzęk (...) Jan nie upadł (...) Stał” (188). 

 

 

 

 

 

 

Frywolitki (116)

czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!

Małgorzata Musierowicz

 

Noc taka ciepła i spokojna. Olbrzymi księżyc w pełni – zawsze tak samo zadziwiająca kula – unosi się na tle gwiaździstej otchłani. Natura trwa w ciszy – nawet ptak nie piśnie, nie drgnie nawet listek. Ogród jest widmowo oświetlony, a pośród cieni majaczą białe kwiaty. Mocno pachnie kapryfolium. Nie zdziwiłabym się, gdyby trawnikiem przeszedł anioł.
Siedząc tak w tym spokoju, w tym zachwycie, można bez trudu zapomnieć o reszcie świata – o tym, że w ogóle istnieją duszne, rozdygotane, zatłoczone miasta, a w nich – rozdygotani ludzie, raniący się nawzajem; o tym, że sprawy idą na ogół w złym kierunku, głupota triumfuje, bezczelność popłaca, a całe oceany złej woli, pychy i niekompetencji zalewają to, co zdołano zrobić dobrego i mądrego. Tak, można o tym zapomnieć do reszty. Albo też – pod tym rozświetlonym niebem – spokornieć i powiedzieć sobie: nihil novi. Czyż kiedykolwiek w historii było inaczej? Nie. Nigdy. A przecież mimo to świat trwa i rozwija się, z czego prosty wniosek, że jednak rację ma ojciec Krzysztof, dominikanin, który z uśmiechem optymisty powtarza: „W ludziach jest wiele dobra. Dobro na świecie przeważa”.

 

 

 

 

 

 

 

Dwanaście koszy ułomków

 

Święty pisze list do szatana

Ks. Stanisław Musiał

 

Morze łez przelano z powodu nietolerancji religijnej. Tymczasem wszystko mogło być inaczej. Przynajmniej jeśli idzie o chrześcijaństwo. Gdyby tylko chrześcijanie stosowali się do wskazówek ich Mistrza! Chrześcijaństwo mogło być łagodne jak buddyzm. Ewangelista Łukasz podaje (rozdz. IX), że Chrystus udając się na Święta do Jerozolimy chciał się zatrzymać na nocleg w jednej z wiosek samarytańskich. Wysłał więc wcześniej niektórych uczniów, żeby przygotowali kwaterunek. Ci jednak wrócili, nie posiadając się z oburzenia: mieszkańcy wioski odmówili im gościnności, uważając że pielgrzymi udają się do niewłaściwego sanktuarium (Samarytanie czcili bowiem Boga nie w Jerozolimie, tylko na ich górze Garizim). Rozczarowani i upokorzeni tą odmową uczniowie Chrystusa prosili swego Mistrza, by im pozwolił zesłać ogień na nieprzyjazną wioskę (widać na tym przykładzie, jak złość zaślepia umysł; przeceniali bowiem biedacy swoje możliwości, bo można wprawdzie samemu podłożyć ogień, ale ogień sprowadzić na kogoś z Nieba, żeby go ukarać, to już nie jest w gestii śmiertelników). Chrystus zrugał swych uczniów bardzo za ich chęć zemsty.

WIĘCEJ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28, 15 lipca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl